Nowy numer 48/2022 Archiwum

Kochana

O mężu, zapisywaniu życia i zmaganiach z chorobą mówi poetka Janina Osewska.

Barbara Gruszka-Zych: Jasiu, czy można nauczyć się żyć?

Janina Osewska: Zawsze uczyłam się życia od innych, którzy mi czymś imponowali. Moją pierwszą nauczycielką była mama, osoba bardzo operatywna, zaradna, uwielbiająca podróże po świecie, nieustannie motywująca mnie do kształcenia. Gdyby przyszła na świat później, pewnie zostałaby znaną projektantką mody, a tak prowadziła salon dziewiarski w Augustowie, w którym ubierały się najelegantsze kobiety w okolicy. Dlatego mogę powiedzieć, metaforycznie i dosłownie, że nauczyła mnie pięknie żyć.

Spytałam o życiowe doświadczenie, bo masz większe niż inni kompetencje – jesteś z zawodu pedagogiem.

Ale najpierw skończyłam Politechnikę Białostocką i zostałam inżynierem mechanikiem, potem ukończyłam podyplomową informatykę i dopiero na końcu – podyplomową matematykę pedagogiczną i zarządzanie oświatą. Do podjęcia kształcenia pedagogicznego zmusiła mnie sytuacja po 1989 roku, kiedy zdecydowałam się współtworzyć szkołę społeczną w Augustowie. Jakiś czas po jej otwarciu koleżanka dyrektorka wyjechała w środku roku do USA i trzeba było ją zastąpić – jak się później okazało, na długie lata.

Pisałaś też wtedy wiersze?

Od początku liceum coś tam pisałam i lubiłam zapisywać w notesie utwory ulubionych poetek i poetów – Julii Hartwig, Anny Świrszczyńskiej, Małgorzaty Hillar, Bolesława Leśmiana. Ale przyszło małżeństwo z Tadziem i pochłonęły mnie sprawy rodzinne.

Kiedy się pobraliście?

Ja byłam na ostatnim roku studiów, a Tadzio, o pięć lat starszy, już skończył politechnikę. Poznałam go dzięki kalkulatorowi, który kupiłam wtedy od jego siostry. Odkąd mnie zobaczył, nie dał mi spokoju.

To była miłość od pierwszego wejrzenia?

Z jego strony tak, ale ja długo nie czułam się dojrzała do związku. Wciąż marzyłam o siedzeniu w Piwnicy pod Baranami w Krakowie, czytaniu wierszy i długich rozmowach, a tu raptem jakiś mężczyzna chciał, żebym z nim była aż do śmierci.

Czym Cię przekonał?

Swoją wielką dobrocią i poczuciem humoru. Z latami, poznając go, nauczyłam się akceptować jego wybory i podziwiałam jego podejście do życia. Kiedy zmarł, zadzwonił do mnie Wojciech Kass, pytając, jak mój mąż znosił te wszystkie nasze poetyckie spotkania. Po wieczorach autorskich zapraszaliśmy poetów do naszego domu, a on siadał z nami przy stole i był duszą towarzystwa. Dawał mi poczucie wolności.

Mówisz o nim w czasie przeszłym.

Bo zmarł 19 lat temu…

A Ty miałaś niewiele ponad 40 lat i sama musiałaś wychowywać trzech waszych synów.

Moi chłopcy zaczynali wtedy studia, a ja zostałam sama, bez grosza przy duszy. Tadzio zmarł dwa tygodnie po rozpoznaniu choroby. Płynęliśmy wtedy spływem kajakowym rzeką Ułą na Litwie. Któregoś wieczora zauważyłam, że ma blade ręce, przypominające prześwietlone negatywy, inne niż stojący obok niego koledzy. Zwróciłam na to uwagę znajomej lekarce, a ona poradziła, żeby po powrocie zrobić mu badanie krwi. Okazało się, że to białaczka szóstego stopnia. To był szok, bo rok wcześniej bardzo ciężko zachorował nasz syn Wojtek.

Nie mogłaś się roztkliwiać, bo musiałaś zarabiać na życie.

Nie przerwałam pracy. Powiem krótko – któregoś dnia przyszli do mnie rodzice uczniów z bukietem kwiatów, żeby mi podziękować, że nie przeniosłam problemów osobistych do szkoły.

A przecież przeżywałaś dramat.

Groziło mi wszystko – popadnięcie w nałóg, bezradność, załamanie. Siadłam wtedy w fotelu i pomyślałam: „Co mogę zrobić? I nagle przyszła mi do głowy zasłyszana wcześniej historia o dwóch myszach, które wpadły do śmietany. Jedna, która się nie ratowała, natychmiast utonęła, a druga tak machała łapkami, że ubiła masło i po nim wydostała się z pułapki. Zdałam sobie sprawę, że to jest przesłanie dla mnie: muszę się ratować. Znalazłam cel – zajęłam się kształceniem dzieci. Mąż też mi pomógł z góry, bo kiedy wychodziliśmy z kościoła po Mszy św. pogrzebowej, poczułam, że spłynął na mnie niespodziewany spokój. Zapytałam idącego obok mnie syna Wojtka, czy czuje to samo co ja, a on potwierdził. Wszystkie troski, zmartwienia, złość, że mnie zostawił, odpłynęły i stałam się lekka. Wyfrunęłam jak ptak z ciężkiego jak kamień ciała i natychmiast wzięłam się do roboty.

Jak dałaś sobie radę z jego nieobecnością?

Tuż przed jego odejściem dostaliśmy od Jana Pawła II list z błogosławieństwem na naszą 25. rocznicę ślubu. Po jego śmierci nagle wiele się zmieniło. Spora grupa dotychczasowych przyjaciół odeszła, bo zostałam bez mężczyzny, bez pieniędzy… Niestety, tak działa ten mechanizm. Pomyślałam wtedy: zostanie ten, kto ma zostać. Jak w moim wierszu – poławiacz bursztynu wyławia go wraz ze śmieciami i w sumie tej cennej żywicy znajduje naprawdę niedużo. Zadawałam sobie wtedy pytanie: „Na ile można zaufać człowiekowi?”.

A Panu Bogu ufasz?

Tak, rozmawiam z Nim codziennie. Nauczyłam się dziękować Mu za każdy dzień i wszystkie zdarzające się cuda. Jako pedagog uczyłam tego także dzieci w szkole. Wdzięczność jest też modlitwą, którą praktykuję od chwili, kiedy przeczytałam książeczkę o milczeniu o. Anselma Grüna. Uczy w niej, jak budować ciszę wewnętrzną, spokój bez rozedrgania. Dziś mogę zdradzić, że ten spokój w sobie udało mi się posiąść.

Potrafiłaś dziękować, kiedy dwa lata temu zachorowałaś?

Nadal dziękuję za każdy dzień…

Zwykle ludzie mają do Boga żal, gdy dotyka ich ciężka choroba.

Ale to wszystko dzieje się po coś. Moja wnuczka Klaudia powiedziała: „Babciu, gdyby nie twoja choroba, nie przyjeżdżałabyś do mnie, do Gliwic, tak często jak podczas chemioterapii”. A tak na marginesie – mój syn Wojtek przed laty podjął pracę w Instytucie Onkologii w Gliwicach, a teraz wspiera mnie w leczeniu. Kolega zaproponował mu tam praktykę pod warunkiem, że napisze pracę dyplomową „Matematyka w genetyce”. Podjął się tego wyzwania i dziś jest szefem zespołu, który odpowiada za serce Instytutu, jakim jest jego system informatyczny.

Powiedziałaś, że wszystko jest po coś.

Jeszcze do końca nie wiem po co… Ale to, że wcześniej założyłam swoją fundację zajmującą się promocją sztuki, edukacją, wydawaniem książek, daje mi napęd do leczenia. Mogłabym zostawać w łóżku, ale codziennie wstaję do pracy, żeby nie myśleć o chorobie. Zwłaszcza że rozpoczęłam nowy etap terapii, na który potrzeba ogromnych pieniędzy.

Życzę, aby zrzutka przyniosła efekty. A jednak mimo wewnętrznego spokoju zmagasz się z napięciem.

Spotęgowało się od czasu napaści Rosji na Ukrainę. Wtedy zaczęłam pisać „Dziennik wojny”. To właściwie dziennik dwóch wojen – tej z chorobą i tej ukraińsko-sowieckiej. Przez cały czas to, co się we mnie dzieje, naturalnie przekłada się na język poezji.

Co Ci daje pisanie wierszy?

Czuję taką potrzebę i jeśli się pojawia, muszę jej słuchać. Wiele z nich dedykowałam moim siedmiu wnuczkom. Uwielbiam, kiedy mogę je czytać im publicznie. Widzę, jakie są dumne, ale nie potrafią jeszcze tego wyrazić, bo są zbyt małe.

Może wnuki zajrzą kiedyś do naszych tomików i zamyślą się nad tym, co im babcia chciała powiedzieć. Co im chcesz przekazać?

Chciałabym im zaszczepić miłość do książek. Zawsze kupuję im klasykę i wspólnie czytamy pierwszy rozdział. One uczestniczą też w pracach mojej fundacji. Kiedy z drukarni przyjechała antologia „Wiersze od Augustowa”, rozpakowałam z nimi paczki i na gorąco czytałam im wiersze. Podczas wakacji wnuczki brały udział w warsztatach plastycznych „Augustów malowany historią”. Kiedy odbywał się wernisaż, usłyszałam od nich, że w przyszłym roku jeszcze bardziej będą się przykładać do malowania. Czułam, że odkryły, jaką radość daje tworzenie. Uważam to za swój sukces.

A jak wnuczki wspierają Cię w chorobie?

Stale przy mnie są. Kiedy niedawno zaczęłam tracić włosy, musiałam pójść do fryzjera, żeby ogolił mi głowę. Po moim przyjściu prosiły: „Babciu, pokaż, jak wyglądasz”. Mój wygląd ich nie przeraża, towarzyszą na każdym kroku od początku, więc nie odczuwają zaskoczenia. Czuję, że niezależnie od tego, czy mam włosy, czy nie, zawsze otaczają mnie miłością.

Co jest dla Ciebie w życiu najważniejsze?

W chorobie uświadomiłam sobie, że najważniejsi są najbliżsi. Rodzina skupia się wokół mnie, choć nie chcę swoją chorobą dominować nad ich życiem. Ale kiedy potrzebuję pomocy, wszyscy natychmiast są przy mnie obecni. Stale też towarzyszą mi znajomi i przyjaciele. Pierwszą chemię dostałam w grudniu 2020 roku i kiedy wróciłam do domu dzień przed Wigilią, czekało tam na mnie wszystko, przygotowane przez rodzinę i koleżanki: opłatki, ciasto, pieczone mięsa, ozdoby świąteczne. Dzięki temu miałam gotowe święta.

Widać, jak wielu Cię kocha. Może to doświadczenie jest też po to.

Może mam poczuć, jak dużo wokół mnie jest miłości? Bo na co dzień człowiek nie ma okazji sprawdzić, na ile jest kochany. A ta sytuacja pokazuje, że jestem w sercach tak wielu. •

Janina Osewska

poetka, pasjonatka fotografii, animatorka życia literackiego, wydawca. Opublikowała siedem tomów poezji. Założyła Fundację Słowo i Obraz, której jest prezesem.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..
TAGI:

Barbara Gruszka-Zych

od ponad 30 lat dziennikarka „Gościa Niedzielnego”, poetka. Wydała ponad dwadzieścia tomików wierszy. Ostatnio „Nie chciałam ci tego mówić” (2019). Jej zbiorek „Szara jak wróbel” (2012), wybitny krytyk Tomasz Burek umieścił wśród dziesięciu najważniejszych książek, które ukazały się w Polsce po 1989. Opublikowała też zbiory reportaży „Mało obstawiony święty. Cztery reportaże z Bratem Albertem w tle”, „Zapisz jako…”, oraz książki wspomnieniowe: „Mój poeta” o Czesławie Miłoszu, „Takie piękne życie. Portret Wojciecha Kilara” a także wywiad-rzekę „Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy z Elżbietą i Krzysztofem”. Laureatka wielu prestiżowych nagród za wywiady i reportaże, m.innymi nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w dziedzinie kultury im. M. Łukasiewicza (2012) za rozmowę z Wojciechem Kilarem.

Kontakt:
barbara.gruszka@gosc.pl
Więcej artykułów Barbary Gruszki-Zych

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się