Nowy numer 48/2022 Archiwum

Komisarze biorą się za media

Akt wolności mediów będzie dla tej wolności poważnym zagrożeniem. Tak uważają ci, których nowe prawo ma chronić przed politykami.

W Polsce nie ma wolnych mediów, podobnie jak praworządności. Taka jest niestety opinia Komisji Europejskiej. W tej drugiej sprawie już zastosowano wobec nas sankcje. Teraz nadszedł czas na media. Komisarze Věra Jourová (wiceprzewodnicząca KE) i Thierry Breton (odpowiadający za rynek wewnętrzny UE) przygotowali projekt nowego rozporządzenia, które da Komisji narzędzia prawne, zmierzające do tego, by w mediach zapanowały wolność, pluralizm i przejrzystość. Oczywiście chodzi o wszystkie kraje członkowskie, ale nikt w Brukseli nie ukrywa, że to „autokratyczne rządy w Polsce i na Węgrzech” były inspiracją do stworzenia nowego prawa.

Dyktatura panuje w Warszawie

Ważny jest kontekst przyjętego przez KE zbioru przepisów regulujących ten rynek. Przez cały ubiegły rok płynęły z Brukseli sygnały, że Polska ma problemy z wolnością mediów, głównie publicznych. Krytykowano także próby dostosowania do europejskich standardów polskiego prawa dotyczącego obecności obcego kapitału w mediach. Oceniano je jako próbę wzmocnienia politycznej kontroli nad prywatnymi wydawcami i nadawcami. „Strategia repolonizacji mediów jest sprzeczna z naszymi wartościami” – mówiła wprost Věra Jourová. Z kolei organizacja Reporterzy bez Granic orzekła, że „wolność i pluralizm mediów są obecnie w Polsce zagrożone i Unia Europejska nie powinna pozwolić, aby jeden ze swoich członków deptał podstawowe wartości UE”.

W ostatnim raporcie wolności mediów przygotowywanym przez tę organizację Polska zajęła 66. pozycję. Ale biorąc pod uwagę tylko polityczne kryterium, było to 110. miejsce na 180 notowanych, w gronie najgorszych dyktatur. Reasumując: mamy w Brukseli opinię kraju niedemokratycznego, gdzie szaleje cenzura, dziennikarze są prześladowani, władza kontroluje media publiczne i terroryzuje prywatne. Trzeba nam więc pomóc. Temu ma służyć Akt o wolności mediów.

Nowe prawo, nowa Rada

Věra Jourová, prezentując nowe prawo, tłumaczyła, że ma ono „chronić media przed politykami”. Tak jak to Komisja Europejska robi zawsze, czyli poprzez regulacje, dyrektywy oraz instytucje nadzorcze, które będą wchodzić w kompetencje tych już istniejących w państwach członkowskich. A wchodzić mają zamiar głęboko, bo aż w relacje między redakcją a wydawcą, w zasady funkcjonowania rynku reklam, transakcje i fuzje na rynku kapitałowym. Nie mówiąc już o mediach publicznych, sposobie ich finansowania, wybierania władz, aż po ocenę bezstronności przekazywanych w radiu i telewizji treści.

Porządek w polskich (i nie tylko) mediach ma zrobić nowa instytucja: Europejska Rada ds. Usług Medialnych. To ona oceni, czy nasze prawo dostatecznie chroni wolność słowa, czy sprzyja dziennikarzom i skutecznie wspiera pluralizm. Wynik takiego audytu nietrudno przewidzieć, biorąc pod uwagę fakt, jak jesteśmy oceniani przez komisarzy z Brukseli i jaka jest nasza pozycja w dorocznych zestawieniach wolności mediów. Możemy się więc spodziewać najpierw rekomendacji, potem zaleceń, wreszcie kolejnych sankcji. Trudno się bowiem spodziewać, by rządzący dziś w Polsce obóz Zjednoczonej Prawicy zaakceptował utratę kontroli nad tak wrażliwym politycznie sektorem gospodarki, jakim są media. Zwłaszcza że miałoby ją przejąć kolejne ciało nieposiadające demokratycznej legitymacji, wymyślone i obsadzone przez eurokratów.

„Kawaleria” z Brukseli

Jak w praktyce może wyglądać „ochrona mediów przed politykami”, widać tam, gdzie pojawia się konkret, czyli pieniądze. KE zapowiada na przykład „nowe wymogi dotyczące przydzielania reklam państwowych mediom, tak aby było ono przejrzyste i niedyskryminujące”. Zwraca uwagę słowo „przydzielanie”. Dotąd myśleliśmy, że reklamy wykupuje się w wybranych mediach po to, by dotrzeć do konkretnego klienta, w sposób wybrany przez reklamodawcę i według reguł marketingu. Teraz – jeśli chodzi np. o spółkę skarbu państwa – będzie musiała ona „przydzielać” reklamy poszczególnym redakcjom według parytetu ustalonego przez urzędników w Brukseli. To prawda, że bez względu na to, kto rządzi, mamy do czynienia ze wspieraniem tą drogą mediów życzliwych władzy przez państwowe podmioty, ale administracyjne przydzielanie reklam to leczenie dżumy cholerą.

O liberalizacji rynku też nie ma mowy, jeśli chodzi o traktowanie wydawców prasy czy właścicieli stacji radiowych i telewizyjnych. Akt o wolności mediów zakłada bowiem daleko idącą możliwość ingerencji w prawo wydawcy, jeśli chodzi o określenie linii programowej danego medium. Wystarczy, że część zespołu redakcyjnego nagle uzna, iż tej strategii nie podziela i wezwie na pomoc „kawalerię” z Brukseli, a wydawca (lub nadawca) może mieć kłopoty. Nic dziwnego, że ów akt wolności nie wywołał euforii na rynku medialnym. Aplauzem zareagowali jedynie… Reporterzy bez Granic.

Komisarze przelicytowali

Prasa branżowa w Europie komentuje pomysł nowego rozporządzenia bardzo chłodno. „Komisja Europejska nie rozróżnia między właścicielami i wydawcami. Ci ostatni ponoszą merytoryczną, ekonomiczną i prawną odpowiedzialność za całość publikacji” – czytamy w oświadczeniu niemieckiego Federalnego Związku Wydawców Cyfrowych i Prasy (BDVZ). Mowa w nim o nadchodzącym poważnym zagrożeniu redakcyjnej suwerenności wydawców, które oznaczałoby… „zniszczenie wolności prasy”. Takie – jednobrzmiące – są reakcje europejskich central, także Polskiej Izby Wydawców Prasy. Komisarze, jak widać, mocno przelicytowali, co tylko potwierdza, jak bardzo są oderwani od europejskich realiów rynkowych; nie wyczuwają nastrojów i nie dostrzegają faktycznych zagrożeń.

Prasa znajduje się w ogromnym kryzysie, bo załamał się tradycyjny model finansowania mediów oparty na reklamie. Ten rynek opanowali cyfrowi giganci (Google i Facebook), ale KE jest za słaba, by z nimi walczyć. A powinna, bo właśnie z tej strony płyną dziś faktyczne, a nie mityczne zagrożenia dla wolności słowa. Komisarze Jourová i Breton uznali, że nie osiągną tu żadnego sukcesu, wybrali więc polityczną krucjatę, wymierzoną de facto w kilka państw członkowskich. Nie wzięli widać pod uwagę, że jeśli się ona powiedzie, najbardziej ucierpią walczący dziś o życie wydawcy i nadawcy. Mało tego, przeregulowanie rynku i scentralizowanie kontroli nad mediami jest zagrożeniem dla pluralizmu i demokracji.

Ingerencja na zamówienie

Najistotniejszy w całej tej operacji jest oczywiście wątek polityczny. Żniwo zbiera właśnie konsekwentnie budowany obraz naszego kraju jako pełzającej dyktatury, nieomal reżimu nękającego wolne media. Obraz budowany przez polskich opozycyjnych polityków i dziennikarzy. To przecież oni, pracujący w największych portalach, tygodnikach i prywatnych stacjach telewizyjnych, kształtują na Zachodzie opinię o Polsce. To oni na spotkaniach organizowanych przez Parlament Europejski roztaczają dramatyczne wizje upadku demokracji w Polsce.

Tymczasem wolność mediów jest u nas zabezpieczona systemowo. Mało tego, w Polsce nie obowiązują tak surowe ograniczenia dla obecności obcego kapitału jak w innych krajach UE. Nie ma też mowy o autocenzurze związanej z polityczną poprawnością. Jest za to dużo bardziej zróżnicowany ideowo wachlarz tytułów i stacji. Dominacja w krajach UE mediów o orientacji lewicowo-liberalnej na pewno ogranicza wolność wypowiedzi w stopniu większym. Nieustanne podtrzymywanie opinii, że w Polsce zagrożona jest wolność słowa, zakrawa więc na jakąś obsesję – z punktu widzenia przeciętnego obywatela RP. Ale zewnętrzni obserwatorzy nie mają podstaw, by tym opiniom nie dawać wiary. Ruszają więc z odsieczą.

Co na to opozycja?

Już rok temu ustępujący Rzecznik Praw Obywatelskich udzielił wywiadu AFP, w którym skrytykował Komisję Europejską za… wyrozumiałość wobec Polski. Ocenił, że KE reaguje na to, co dzieje się w naszym kraju, za wolno i za słabo. Dodał, że ombudsmani z innych krajów wyrażają „zaskoczenie i zaniepokojenie sytuacją w Polsce”. W innym miejscu zasugerował, że nasz kraj powinien zostać poddany nadzorowi organizacji zajmujących się w UE ochroną praw obywatelskich. I to właśnie się dzieje…

Nie należy się spodziewać, by nowe prawo medialne zostało przez obecny polski rząd i parlament zaakceptowane. Prawdopodobnie zablokują je w obecnym kształcie także największe europejskie koncerny medialne. Pozostaną zapewne tylko te przepisy, które umożliwiają polityczne nękanie niepokornych krajów. Ciekawe, jak się do tego odniesie opozycja, określająca się przymiotnikiem „demokratyczna”, która wkrótce może przejąć władzę w Polsce. To będzie kolejny dominujący temat nadchodzącej kampanii wyborczej.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy