Nowy numer 38/2022 Archiwum

Jak dobrze, że jesteście!

Jeżdżą do wiosek przylegających do linii frontu, bo tam największa bieda. Wożą żywność i lekarstwa, ale przede wszystkim wsparcie duchowe. – Ludzie pragną teraz Boga bardziej niż chleba – mówią polskie szarytki z Odessy.

W wiadomościach z Ukrainy słyszę: „Rosjanie przypuścili zmasowany atak na Mikołajów. Miasto znajduje się pod ostrzałem artyleryjskim, który obrońcy nieugięcie odpierają”. Ta nazwa nie jest mi obca – ma twarz polskich zakonnic, które udając się na przyfrontowe tereny, zawsze tędy przejeżdżają. Objeżdżają cały obwód mikołajowski, docierając aż pod oblężony Chersoń, bo tam, w podchersońskich wioskach, żyją najbardziej potrzebujący ludzie. – To są bardzo ubogie tereny, a mieszkańcy poprzyjmowali wielu ludzi, których domy zostały zniszczone przez Rosjan. Staramy się odwiedzać te miejscowości, aby objąć pomocą jak najwięcej osób. Jeździmy tam, gdzie nikt inny nie pojedzie – mówi „Gościowi” siostra Magdalena Czekaj ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo, popularnie zwanego szarytkami. Pomoc humanitarna realizowana jest we współpracy z wincentyńskim stowarzyszeniem DePaul, w którego ramach od dwunastu lat siostry w Odessie pomagają bezdomnym i odrzuconym na margines z powodu różnych uzależnień. – To są ludzie słabo związani z Kościołem, ale nasza obecność jest dla nich znakiem, że Pan Bóg ich nie zostawił i że cokolwiek by się działo, to są siostry, On też z nimi jest.

Miasto kontrastów

Odessa to ponadmilionowe miasto portowe nad Morzem Czarnym, które po wybuchu wojny ma więcej mieszkańców niż wcześniej. Od zawsze była to ziemia spotkań ludzi różnych kultur i religii, którzy przybywali tu m.in. za pracą. Bogactwo i luksus mieszają się ze skrajną nędzą, wyzyskiem i skutkami działalności wielu mafii, które wykorzystują ludzi poszukujących uczciwej pracy, spychając ich na dno rozpaczy i depresji. W kanałach, na wysypiskach śmieci, przy punktach skupu butelek i makulatury oraz na cmentarzach żyje pięć tysięcy bezdomnych, nie licząc dzieci. Po stronie tych ludzi, pozbawionych wszelakich praw, stanęły szarytki, uruchamiając projekt pod nazwą „Pomoc na kołach”. Nazwa pochodzi od zakupionego autobusu, który dostosowano do pomocy bezdomnym. Z czasem siostry przeniosły się do stacjonarnego gabinetu medycznego w budynku stowarzyszenia DePaul, gdzie potrzebujący mogą być godnie przyjmowani. Obie szarytki są pielęgniarkami. Każdego dnia opatrują rany, robią zastrzyki, wykonują proste zabiegi chirurgiczne, wydają potrzebne leki na schorzenia, które powinny być leczone w szpitalu, ale nie są, ponieważ ci ludzie nie mają żadnych praw. Siostry prowadzą też łaźnię, w której potrzebujący mogą skorzystać nie tylko z kąpieli, ale też się ostrzyc, otrzymać czystą odzież czy buty.

Każdy dzień zaczynają od wspólnej z bezdomnymi modlitwy. – Czytamy słowo Boże i odnosimy je do naszego życia. Nieraz widzę, jak mężczyźni nisko spuszczają głowy, ukrywając łzy płynące po twarzach, gdy to słowo do nich przemawia. Znamy osoby, które wyszły z bezdomności i dzięki terapii we Wspólnocie w Dialogu, z którą współpracujemy, pokonały także uzależnienia. Jest wśród nich nasz kierowca, z którym jeździmy na przyfrontowe tereny – mówi siostra Marta.

Wojna nie zmieniła wiele w pracy szarytek. Pomoc bezdomnym i uzależnionym stanowi ich pierwsze zadanie. A doszły jeszcze inne – niesienie pomocy humanitarnej w przyfrontowych wioskach, pomoc uchodźcom w Odessie, współpraca z Caritas, nieustanna troska o zdobycie podstawowych leków i poszukiwanie wsparcia dla żołnierzy.

Najtrudniejsze doświadczenie

Ich dom w Odessie leży w linii brzegowej, stąd nie tylko słyszą, ale i widzą rakiety unieszkodliwiane przez system obrony przeciwlotniczej. – Wrażenie jest straszne, jest duży lęk, bo ci się zdaje, że uderzenie jest za płotem, a kolejne będzie już w nasz dom – mówi siostra Marta. Trudne są noce, gdy alarmy rozlegają się wielokrotnie. – Nie możemy ludziom powiedzieć, że nie spałyśmy, więc nie przyjedziemy z pomocą – mówi szarytka. Jednak to nie rakiety czy wyjazdy na przyfrontowe tereny są dla nich najtrudniejszym wojennym doświadczeniem. Było nim opuszczenie Odessy 24 lutego i dwa miesiące spędzone za zachodzie Ukrainy. – Nasz ksiądz w pół godziny zorganizował konwój kilku samochodów, w których wysłał kobiety z dziećmi. Zabezpieczyłyśmy Najświętszy Sakrament z kaplicy, wzięłyśmy naczynia liturgiczne oraz najważniejsze dokumenty i wyruszyłyśmy w drogę – wspomina siostra Magdalena. Dotarły do domu ich zgromadzenia w Śniatynie. – To był czas Wielkiego Postu, który pierwszy raz w życiu przeżyłam jako prawdziwe wyrzeczenie. To, że nie mogłam być wśród naszych ludzi w Odessie, wiele mnie kosztowało. Z perspektywy czasu widzę jednak, że nasza obecność była tam potrzebna. Pomogłyśmy naprawdę wielu uciekającym matkom z dziećmi, a dzięki naszym siostrom z Krakowa udało się zorganizować dla nich bezpieczne schronienie w Polsce. Dzięki temu uniknęły potencjalnego niebezpieczeństwa, ale i lęku, że nie wiadomo, do kogo trafią. Pan Bóg wiedział, co robi, gdy nas tam wysyłał.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy