Nowy numer 38/2022 Archiwum

Fotoarchiwista

Pasję realizuje po godzinach. Dzięki temu bezcenne zdjęcia nieistniejącej wsi przetrwają.

To, co robi Marek Wojtaszek sam, z powodzeniem mógłby robić sztab ludzi. I to za duże pieniądze. Od prawie 20 lat działa społecznie, wspierany przez rodzinę i tych, którzy rozumieją wagę starych zdjęć. W tym przypadku zdjęcia przetrwały wielki potop, również obojętności i zapomnienia. Stare fotografie domów, ludzi, ulic okazały się trwalsze od zatopionej wsi.

Klasyczna rodzina

– Pochodzę z rodziny... klasycznej. Tata pracował na nasze utrzymanie, mama zajmowała się domem. Nasz dziadek natomiast za okupacji był sołtysem, grał też w orkiestrze. Pałeczkę odpowiedzialności za wieś i muzyczną orkiestrę przejął po nim tata, który również grał – opowiada Marek Wojtaszek z Maniów. – Po latach okazało się, że ja i moja siostra Kaśka odziedziczyliśmy muzyczny talent. Zaczęliśmy grać jeszcze jako dzieci.

Orkiestra była pierwszą lekcją działania społecznego, aktywności z pasji, nie za pieniądze. W praktyce wyglądało to tak: dużo zajętych niedziel, zapłata w postaci lodów i obowiązkowe próby dwa razy w tygodniu. – Rodzice wychowywali nas w wierze katolickiej, więc etos pomocy innym, szczególnie słabszym, mniej zaradnym, był u nas dość mocny. Gdy tata został wójtem, jeszcze się to pogłębiło, czas był trudny, gdyż zapora zmieniła wszystko. Z mamą tworzyli nasze nowe miejsce do życia, od początku. Budowali ośrodek zdrowia, gminę, remizę, kościół – wspomina Wojtaszek.

Dlaczego z mamą? Przecież nie pracowała zawodowo. – Bo moja mama, wójtowa, nie brylowała we wsi, tylko konkretnie wspierała ojca. Pamiętam, jak podgrzewała z koleżankami kiełbasę dla robotników, którzy często jeszcze wtedy pracowali we wsi w czynie społecznym. To był początek lat 90. Ojciec miał wizję rozwoju wsi, mama też z nim działała. Po latach widzę, że tata był pierwszym i ostatnim wójtem, który wiedział, w jakim miejscu powinna być gmina za 20–30 lat – mówi. „W czynie społecznym” i ku takiej pracy ukształtował pana Marka jego ojciec. – O rodzinę trzeba dbać. Bliscy cię kochają, więc masz łatwiej, bo wspólne działania trudniej zepsuć. Praca społeczna to jednak zupełnie inne wyzwanie: najczęściej... nikt cię nie kocha, niezbyt szanuje. Ewentualne docenienie przychodzi (jeśli w ogóle) po dziesiątkach lat.

Maniowy stare i nowe

Maniowy – wieś w powiecie nowotarskim, w gminie Czorsztyn. Nowe Maniowy są przeniesione z (obecnego) dna zbudowanego Zalewu Czorsztyńskiego. Wieś została zaplanowana i zbudowana całkowicie od zera, gdy zapadła decyzja – jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku – o zatopieniu Starych Maniów. Zapora miała zabezpieczać przed powodziami, które nawiedzały regularnie okolicę. – To były czasy, gdy władze zupełnie nie liczyły się z mieszkańcami. Górale latami buntowali się przeciwko konieczności przesiedlenia. Ale ostatecznie nie mieli wpływu na wydarzenia – opowiada Wojtaszek. – My mieszkaliśmy w Maniowach od pokoleń. Miejscowość była przepiękna – stare drewniane domy urzekały.

Ludzie musieli się jednak wynieść. Nie zadbano o ich komfort, bezpieczeństwo psychiczne. Nie zadbano o zabezpieczenie dziedzictwa wsi. Mało kto wówczas też myślał o zabraniu rodzinnych pamiątek czy o sfotografowaniu przeznaczonej do likwidacji miejscowości. Gdy ludzie opuścili wieś, przeprowadzili się do Nowych Maniów – zamieszkali w jednakowych domach, bo innych władza ludowa nie pozwalała budować. Przyszedł czas przełomu, trudne lata 90. Mieszkańcy nie mieli sił i czasu myśleć, co stracili wraz z zatopioną wsią. Woda z zalewu przykryła nie do końca rozebrane budynki, ulice. Dawne dzieje. – Nie oznacza to, że wszyscy się z tym pogodzili. Starsi, pamiętający dawną wieś, wciąż noszą w sercu ból – mówi Marek Wojtaszek. – Ja także. I chyba dlatego zacząłem szukać, zbierać, dokumentować fotografie związane z naszym miejscem.

O Maniowach mówi krótko: ojcowizna. – Jestem domatorem. Lubię swoje miejsce, moją rodzinę, znajomych, przyjaciół. Kocham wolność, a Maniowy są wioską, która pozwala na zaspokojenie obu tych miłości. Tu się urodziłem i tu chcę umrzeć, przy okazji sprawiając, żeby ten skrawek Podhala miał ze mnie jakiś pożytek.

Skąd pasja?

Z fotografowaniem to był najpierw... przypadek. Jedna wizyta u fotografa w Nowym Targu i wywołanie zdjęć po kolejnej wędrówce w Tatry. – Byłem jeszcze dzieckiem, lecz najwyraźniej miałem oko. Fotograf wywołał zdjęcia i stwierdził, że jak na tak młody wiek dobrze widzę świat. Potem się okazało, że lubię reportaż, „podglądanie” ludzi. Na 18. urodziny dostałem od taty prawdziwą (choć dość toporną jeszcze) lustrzankę. Dużo mnie ten sprzęt nauczył. Także pokory – wspomina M. Wojtaszek.

Po latach został organistą w maniowskim kościele. Nie zapomniał jednak o fotografii. Wręcz przeciwnie: robił coraz więcej zdjęć, również na ślubach. Zaczął też projektować strony www. – Zdjęcia starych Maniów spadły na mnie, gdy byłem już dość doświadczonym fotografem. Myślę więc, że Bóg wtedy stwierdził, że się nadaję. Prowadziłem też bloga poświęconego Maniowom: staremaniowy.pl.

Najpierw ojciec pana Marka przyniósł mu stos starych zdjęć zatopionej wsi, które otrzymał przypadkiem w Nowym Targu. – Miałem już własną stronę o naszej wsi. Dodałem więc podstronę o dawnej – bo mogłem ją zilustrować. Redagowałem własne opisy opowiadające o wsi, tak jak ją pamiętałem. Z czasem moje zbiory się powiększały: ludzie dowiadywali się, że zbieram, skanuję, szanuję i przynosili, co mieli w szafach, skrzyniach, albumach. Bywało, że otrzymywałem stare klisze, które trzeba było wywołać.

Po 19 latach pan Marek posiada wiele bezcennych fotografii archiwalnych. A w pakiecie ludzkie historie, opowieści… – Zbieram to wszystko, bo nikt tego nie robił. Mam nadzieję że za sto lat ktoś powie: „Ale fajnie, że ktoś to przechował”.

W sieci ma stały krąg fanów, w realu też. – Jak nietrudno się domyślić, przeważają starsi – uśmiecha się M. Wojtaszek. – Młodych to za bardzo nie interesuje.

Pasja czy zawód?

Szukanie i obróbka zdjęć zajmują ogrom czasu. Zatem czy to jeszcze pasja, czy już praca? – Pracę mam w kościele. Zresztą z pasji do muzyki, liturgii. Stare Maniowy to nadal projekt z pasji dłubany po godzinach. Komercyjnie nie do wykonania – za małe jest ludzkie zainteresowanie, żeby na tych zdjęciach zarobić na życie. Napisałem projekt do MKiDN – liczę na stypendium dla twórcy. Skoro państwo spowodowało (lata temu) wyburzenie Starych Maniów, to mogłoby obecnie pomóc w przechowaniu pamięci o naszym dziedzictwie.

Udało się otrzymać pieniądze, przy pomocy lokalnego Koła Gospodyń Wiejskich, na zakup zdjęć lotniczych z 1982 roku i wykonanie interaktywnej mapy wioski. – Z KGW współpracuję od dawna, mają izbę regionalną, w którą moje zdjęcia idealnie się wpisały. Będziemy chcieli wydrukować tę mapę w dużym formacie i zorganizować parę spotkań z mieszkańcami pamiętającymi starą wieś. Jeśli się uda, mapa powinna zostać opisana kompletnie. Obecnie mam jakieś 60 proc. opisów poszczególnych gospodarstw – pan Marek pokazuje ekran komputera, a na nim dawne ulice, domy... Siedzi więc i uzupełnia mapę. Skanuje nowe fotografie od ludzi, systematycznie opisuje i wrzuca kolejne zdjęcia. – Na stronie jest nieco poniżej tysiąca, na dysku mam ponad 1600, więc przyszłość zapewniona.

Przyszłość?

Pan Marek ma trójkę dzieci. Najstarszy Grzesiek to już niemal dorosły człowiek, najmłodsza Gosia idzie do zerówki. Interesują się pracą ojca? – To jest dość niszowa sprawa i nie dziwię się, że... niezbyt ich interesuje. To całkiem inne pokolenie. Może też potrzeba czasu? Dojrzałości? Dzieci grają w orkiestrze, tańczą w zespole Mali Maniowianie, należą do Młodzieżowej Drużyny Pożarniczej – opowiada dumny ojciec. – Chyba to jest tak, że czym skorupka za młodu...

Dodaje, że jego mama jest główną informatorką i zachęca koleżanki do szukania kolejnych zdjęć. – Siostra natomiast szuka linków do archiwów państwowych, do projektów, zbiera też opisy. Ponieważ pasjonuje się folklorem, odwdzięczam się i podrzucam jej zdjęcia przedstawiające ludzi w starych strojach. Ona prowadzi zespół Mali Maniowianie – zdjęcia pomagają jej w pracy. Na stronę są mało ciekawe, ale jako zapis etnograficzny – bezcenne. Także dzięki temu małemu wkładowi nasz zespół jest prawdziwy.

Gdy ktoś się dziwi, że panu Markowi się chce, on wzrusza ramionami. – Pan Bóg dał mi jakieś talenty. Jeśli coś od Niego dostałem, chcę oddać z nawiązką, jak w tej biblijnej przypowieści. Oddać Jemu przede wszystkim, ale też moim bliskim, wsi, przyszłemu pokoleniu.

Opłaci się. Jak nie tutaj, to w niebie.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy