Nowy numer 38/2022 Archiwum

Kierunkowskaz na codzienność

Tą tragedią żyła cała Polska. Młoda, pełna życia, talentów i marzeń dziewczyna z Libiąża została zamordowana w dalekiej Boliwii, dokąd wyjechała na misje. Czy Helena Kmieć zostanie wyniesiona na ołtarze?

Biskup Jan Zając dobrze pamięta dzień, kiedy księża salwatorianie poprosili, by pojechał do rodziców i przekazał im wiadomość o śmierci córki. – Trzeba było myśleć, jak to powiedzieć, by choć odrobinę złagodzić ból – wspomina wydarzenia sprzed ponad pięciu lat wujek Heleny. Słowa znalazły się same: „Helenka poszła do nieba”. – Teraz, po latach, widzę, z jaką wiarą i zaufaniem przyjęli ten cios. Był płacz, bo nic nie ukoi takiego bólu, ale świadomość, że Helenka wytrwała do końca, dawała jej rodzicom potrzebną siłę – dodaje. Akurat była Godzina Miłosierdzia, odmówili koronkę. – Modlili się rodzice, modliła się babcia. Wszyscy czuliśmy, jak krew Helenki łączy się z krwią Chrystusa – opowiada honorowy kustosz łagiewnickiego sanktuarium Bożego Miłosierdzia.

Trzeba robić dobro

Justyna Dalasińska, dziś nauczycielka w jednej z warszawskich podstawówek i koordynatorka wolontariuszy przygotowujących się do wyjazdu na misje, dołączyła do Wolontariatu Misyjnego „Salvator” kilka miesięcy przed śmiercią Heleny. – Śledziłam jej poczynania w internecie, już wtedy była dla mnie inspiracją, ale osobiście jej nie poznałam – przyznaje. Wiadomość o jej śmierci przyszła w czasie, kiedy wolontariusze podejmują decyzje o wyjazdach. – A ja byłam przed swoją pierwszą misją i wielu rzeczy się bałam – opowiada Justyna. Kiedy miała już przygotowany mail z podaniem, zajrzała do internetu i zobaczyła informację o zamordowaniu Heleny. – Nie wysłałam go, bo wydawało mi się, że jakikolwiek wyjazd na misje w tej sytuacji to jakaś abstrakcja – wyjaśnia. Ostatecznie zrozumiała, że potworne zło można zwyciężyć tylko w jeden sposób: nie wolno się poddać, trzeba kontynuować misję i mimo wszystko nadal robić dobro. Podanie zostało wysłane, a Justyna od tamtej chwili ma wrażenie, że Helena stale jej towarzyszy – w Gruzji, Kazachstanie czy na Filipinach. W codzienności.

Adam Paturej jest rówieśnikiem Heleny, przedsiębiorcą, mężem i ojcem czwórki dzieci. Z postacią tej misjonarki zetknął się rok temu na Mszy św., która była odprawiona z okazji poświęcenia szkoły na warszawskich Kabatach nazwanej jej imieniem. – To był kulminacyjny moment mojego dojrzewania duchowego. Czytaliśmy w rodzinie książki o niej, świadectwa. Niezwykle zaimponowała mi jej bezinteresowna chęć pomocy drugiej osobie – wyznaje. Jak podkreśla, taka postawa dziś nie jest popularna, zwłaszcza w biznesie, który rządzi się zasadą „co ja z tego będę miał?”. – Sam zresztą to pytanie zadawałem. Postawa osoby, która nie kalkuluje w ten sposób, która rzuca pracę i jedzie w nieznane, na misje, jest niezwykła – mówi pod wyraźnym wrażeniem dobroci Heleny. Jej korzeni upatruje w wychowaniu. Jego zdaniem wartości wyniesione z domu rodzinnego zaprocentowały życiem prostym, ale będącym wzorem wiary i zaufania.

Nie chcą pomników

Helena Kmieć nie przestaje zaskakiwać i zachwycać. – Teraz, po ponad pięciu latach od jej śmierci, mam mocne przeświadczenie, że ta po ludzku ogromna tragedia przynosi dobre owoce i zmienia życie wielu – uważa Marta Omieczyńska, koleżanka Heleny, dziś dyrektorka fundacji jej imienia. Wie, o czym mówi, bo od dwóch lat jeździ po całej Polsce z wystawą o Helence. – Wszędzie, gdzie trafiamy, ludzie ją znają: od Świnoujścia, przez Dębicę, Białystok, Szklarską Porębę. Odwiedziliśmy dotąd kilkadziesiąt parafii, a historii Helenki wysłuchały w tym czasie tysiące osób – wylicza.

Ludzie są poruszeni. Poprzez śmierć młodej misjonarki mogą zobaczyć, jak pięknie żyła. – Poznają ją i przekonują się, jak można na co dzień żyć Panem Bogiem i robić to w zwyczajny sposób – dodaje M. Omieczyńska. Jej zdaniem Helena jest bliska ludziom, bo miała normalne rozterki i problemy, a jej życie i śmierć budzą nadzieję. – Słowo to zestawione ze śmiercią brzmi paradoksalnie, ale w perspektywie osób wierzących tak nie jest. Pojawia się nadzieja na jej wsparcie z nieba. Ja je bardzo odczuwam – zapewnia koleżanka misjonarki. Jak dodaje J. Dalasińska, po kilku latach łatwiej zobaczyć owoce dobra, które zrodziła śmierć wolontariuszki. – Jestem dumna, że jako wspólnota nie załamaliśmy się, że przetrwaliśmy to tragiczne wydarzenie, a nawet rozwinęliśmy się, bo mamy swoją nieoficjalną patronkę i rozbudzoną chęć dążenia do świętości, naśladowania jej postawy i kontynuowania misji – przekonuje.

Marta Omieczyńska widzi to owocowanie na co dzień. Fundacja im. Heleny Kmieć prowadzi kilka projektów, których celem jest – jak mówi – wbicie klina dobra w zło, które się dokonało w Cochabambie. Jej członkowie nie chcą stawiać Helenie pomników. Pragną, by pamięć o niej była żywa w działaniach i w ludziach, którzy będą mogli inspirować się jej pięknym życiem. Dlatego wznoszą w podkrakowskiej Trzebini Centrum Wolontariatu Misyjnego nazwane jej imieniem.

Ważnym aspektem życia Heleny była pomoc dzieciom, dlatego opieką stypendialną fundacji otoczeni są najmłodsi mieszkańcy Boliwii, Zambii, Tanzanii i Meksyku. – Jako osoby z wieloletnim doświadczeniem pracy na misjach wiemy, jak łatwo można skrzywdzić ludzi pomaganiem. Pomoc musi być mądra – wyjaśnia dyrektor fundacji. Program stypendialny ma więc koordynatora na miejscu, który rozpoznaje potrzeby i weryfikuje efekty udzielanego wsparcia. – W Meksyku przydzielamy stypendia indywidualne, opłacamy czesne w szkołach, a w niektórych sytuacjach zabezpieczamy środki na dojazd do szkoły czy jedzenie, materiały dydaktyczne. Ale w Zambii nie ma stypendiów indywidualnych, fundujemy tylko etat nauczycielowi i opłacamy posiłki dla całej szkoły, bo w realiach kulturowych zambijskiej misji stypendium dla konkretnego dziecka jest odbierane jako faworyzowanie. Nie spotyka się to z dobrym przyjęciem przez rówieśników nieobjętych stypendiami – podaje przykłady Marta Omieczyńska.

Życie Helenki nie toczyło się jednak wyłącznie na misjach. Pokazywała, że nie trzeba wyjeżdżać na koniec świata, by głosić Chrystusa. Robiła to na co dzień, zwyczajnie, pośród codziennych obowiązków, pragnień i marzeń. Życie i śmierć Heleny są odpowiedzią na rozterki ludzi młodych, którzy dziś zadają Kościołowi trudne pytania i odchodzą rozczarowani, bo nie odnajdują swojego miejsca we wspólnocie. – Helena ma w sobie to, czego ludzie młodzi szukają w Kościele i co jest dla nich ważne. Ma w sobie prawdę i otwartość. To, co boli młodych w Kościele, to obłuda, zamiatanie trudnych spraw pod dywan. Helena była autentyczna. Nie opierała się tylko na słowach, ale pokazywała swoim życiem wiarę i miłość do Pana Boga – wyjaśnia dyrektorka fundacji.

Wtedy proszą ją o pomoc

– Kiedy jest się wolontariuszem misyjnym, wydaje się, że zapał, energia i motywacja nigdy nie zgasną. Rzeczywistość jest jednak inna. Przychodzą chwile zwątpienia, braku wiary we własne siły i umiejętności, spadku motywacji. Wtedy proszę o pomoc Helenę, żeby nie tracić gorliwości i szukania okazji do czynienia dobra – mówi Justyna Dalasińska.

– Nigdy nie afiszowała się z pobożnością, ale całe jej życie było konsekwencją więzi z Jezusem – uważa bp Jan Zając. Opowiada, że kiedy spotkali się po raz ostatni, pytał, czy nie boi się jechać do Boliwii, bo to przecież niebezpieczny kraj. „Tam są dzieci, trzeba tam być” – odpowiedziała. Przez lata zaświadczała, że misje to nie młodzieńcza przygoda, ale oddanie siebie do końca – i przypieczętowała to śmiercią. – Znakiem gotowości na tę ofiarę jest Biblia z kroplami jej krwi – dodaje wujek Heleny, przekonany, że należy kontynuować przygotowania do wszczęcia procesu beatyfikacyjnego dziewczyny. Nie jest w tym odosobniony. Pragnienie, by Kościół oficjalnie potwierdził jej świętość, żywi wiele osób, które ją znały, i tych, które pod wpływem przykładu jej życia zmieniły swoje. Pojawiają się też pierwsze sygnały, że te pragnienia mogą się urzeczywistnić. Stolica Apostolska wyraziła już zgodę, by proces toczył się w rodzinnej archidiecezji Heleny, a nie w miejscu jej śmierci, jak to jest przyjęte.

– Pod urokiem Helenki są ludzie, którzy nie poznali jej osobiście. Spotkałem kiedyś nad jej grobem mężczyznę, który przyjechał z Wrocławia. Ewangelik. Zaczęliśmy rozmawiać. Słyszał o Helence, nazywał ją księżniczką. Mówił, że jej grób to takie miejsce, gdzie uświadomił sobie, jak można żyć słowem Boga – wspomina ze wzruszeniem bp Zając.

Śmierć Heleny Kmieć nie była jednorazową sensacją medialną, ale wciąż rodzi dobro. – Mam przy sobie misyjny krzyżyk Heleny, miała go w Zambii. Pokazuję go młodzieży w czasie udzielania sakramentu bierzmowania jako znak jej związania z Chrystusem. Docierają do mnie echa, że do tych młodych ludzi nasza Helenka przemawia jako świadek, prawie rówieśnica, żyjąca normalnie, pełnią życia, jako kobieta z krwi i kości, która stąpała po ziemi, ale głowę miała w niebie – podsumowuje wujek wolontariuszki.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy