Nowy numer 38/2022 Archiwum

Bez paniki

– Kiedy się widzi jakieś zło, należy możliwie szybko spełnić jakieś dobro, dla równowagi, a nie wycofywać się na kanapę w roli zgorszonej ciotki – mówi s. Małgorzata Borkowska, benedyktynka.

Judyta Syrek: Mam ostatnio okazję przyglądać się życiu zakonnic w polskich klasztorach. Spotykam się z silnymi osobowościami. Siostra też do takich osobowości należy. Patrząc na Was, zastanawiam się, czy zakonnice mogą dzisiaj wyprowadzić Kościół z kryzysu?

S. Małgorzata Borkowska OSB: Nie mam pełnego obrazu żeńskich zakonów. Myślę, że to jest prawda i nieprawda zarazem. Środowisko zakonów żeńskich ma swoje mocne strony, ale również przechodzi kryzys, choćby dlatego że drastycznie zmalała liczba powołań. Poza tym, podobnie jak w przypadku księży, nasz świat ma swoje punkty hańby. Na pewno ma ich mniej niż świat męski, ale jednak…

Punkty hańby? Ma Siostra na myśli ostatnią sprawę w DPS-ie w Jordanowie?

Myślę na przykład o sprawie sióstr betanek, która była głośna swego czasu. Natomiast co do sytuacji w Jordanowie i licznych komentarzy, które się przy tej okazji wylały na zakonnice, prosiłabym, żeby nie stosować do nas innej miary, niż stosuje się do świeckich.

W jakim sensie?

Niektórzy komentatorzy zaczęli głosić tezy, że siostrom zakonnym trzeba odebrać DPS-y, że zakonnice trzeba odsunąć od pracy z osobami z niepełnosprawnościami. Jeszcze nie słyszałam, żeby po nadużyciach w państwowym zakładzie powiedziano, że trzeba wszystkich świeckich odsunąć od takiej pracy. Wielu świeckich patrzy dzisiaj na zakonnice jak na coś obcego. A skoro jest obce, tym bardziej musi być wszystkiemu winne.

Wielu obserwatorów, patrząc na sytuację w Jordanowie, zaznacza, że od sióstr zakonnych oczekuje się i wymaga czegoś więcej. Ludzie poczuli się zgorszeni.

Jeżeli się wymaga, to słusznie. Tylko że wymagać, a chcieć zlikwidować czy wyrzucić wszystkie zakonnice z pracy, to dwie różne sprawy. Są tacy, którzy by chętnie karnie egzekwowali od zakonnic wszystko, co ich rozczarowuje. Tylko że nie oczekują tego od innych grup społecznych. Nie wyrzucajcie nas do kosza tylko dlatego, że mamy problemy, bo musielibyście wszyscy też do tego kosza wleźć.

Ojciec Jacek Prusak, jezuita i psychoterapeuta, sugerował w jednej z wypowiedzi, że do zakonu przychodzą dzisiaj siostry z nieprzepracowaną przeszłością, z traumą, która ujawnia się w trudnych warunkach. Jego zdaniem może to być powód złych zachowań.

Może. Ale przecież do wszystkich innych zawodów też przychodzą osoby z nieprzepracowaną przeszłością. I wtedy się nie mówi, że ten zawód należy zlikwidować. Ile jest nadużyć w wojsku. I co w związku z tym? Zlikwidujemy armię? Ile jest nadużyć w świecie nauczycielskim. Czy to znaczy, że trzeba zlikwidować szkoły? Zakonnice są dzisiaj surowo oceniane i wylewają się na nie komentarze, w których jest więcej emocji niż rozsądnych propozycji.

Może dobrą propozycją byłoby prowadzenie psychoterapii w zakonach? Takie głosy pojawiają się wśród księży terapeutów czy spowiedników zakonnych.

Za taką propozycją stoi teza, że każdy potrzebuje psychoterapii. A to nie jest prawda. Pokażcie najpierw, że macie problemy, potem się leczcie. Problem DPS-u w Jordanowie jest złożony. I nieważne, czy prowadzą go zakonnice z problemami, czy osoby świeckie z nieprzepracowaną traumą. Problemy w pracy z osobami z niepełnosprawnościami są złożone. Znam kogoś, kto ma kilkoro dzieci. Najstarszy syn jest niepełnosprawny. Miewa bardzo agresywne zachowania. Wiem, co znaczą takie problemy. Nie można osądzać jednoznacznie tych sytuacji, nie da się rozwiązać poważnych problemów w kilku komentarzach. Problem opieki w DPS-ach jest złożony. Zakonnice oberwały za wszystkich. Może są inne sposoby opanowania trudnych pacjentów. Nie znam się na tym. Ale ten problem, z którym w Jordanowie zmierzyły się siostry zakonne, staje również przed świeckim terapeutą. Oczywiście od sióstr oczekuje się więcej. Zgoda. Siostry nie dały sobie rady z problemem. Ale są inne siostry, które takie zakłady prowadzą bez zarzutów.

Na przykład dominikanki z Broniszewic.

No właśnie.

Wróćmy do pytania o szansę. Czy zakonnice mogą wyprowadzić Kościół z kryzysu?

Zakonnice mogą (jak i wszyscy inni w Kościele) włączyć się w to dzieło i rzeczywiście (jak inni w Kościele) robią, co potrafią, ale obawiam się, że tu jest pewne nieporozumienie co do tych silnych osobowości. W potocznym rozumieniu to byłby taki wódz na białym koniu, który przyjedzie, zadmie w róg i wszystko odmieni, tłumy dadzą się porwać, a media będą robić reportaże. Otóż obawiam się, że w naszym pojęciu silna osobowość to nie jest ta, którą w mediach widać najlepiej, ale ta, która najciszej i najofiarniej spełnia swoje zadanie. A o takich bardzo rzadko się pisze reportaże. I może dobrze, bo spokojniej mogą pracować. Tyle że zrozumienie sensu naszego życia nadal jest bardzo małe. Może to i nie jest dziwne: każda z nas wyszła z rodziny świeckiej, więc znamy świeckie życie, ale nasi rozmówcy, nie mając doświadczenia życia zakonnego, nie rozumieją nas. Znają na ogół parę stereotypów na nasz temat i to im wystarcza. Na przykład, że zakonnica to ponura baba w czarnym habicie, która sobie i innym robi na złość. Albo że wspólnota zakonna to „stado baranów prowadzone przez wilka” (podwładne głupie, przełożona tyran). I wreszcie, że zakonnice to kobiety, którym w życiu coś się nie udało: „Poszły do zakonu, bo nie miały co ze sobą zrobić, narzeczony umarł…”.

To taki staroświecki stereotyp.

Powiedzmy, że romantyczny, dziewiętnastowieczny, bo nie wcześniejszy. Wcześniej ludzie nie myśleli w ten sposób. Zdarzały się pomysły, szczególnie w XVI wieku, żeby pozbywać się nadliczbowych córek, bo klasztory nie wymagały zbyt dużego posagu. Ale to był czas, kiedy mieliśmy do czynienia z drastycznym upadkiem życia zakonnego, także żeńskiego, i klasztory na kilkadziesiąt lat stały się czymś, co uważało się za ludzki śmietnik.

Chce Siostra powiedzieć, że do zakonu szła panna, która w życiu świeckim nie miała szansy.

Tak. Nikt jej nie chciał, bo brzydka, kulawa, chora, niebogata…

To wywoływało chyba spore napięcia w żeńskich zakonach. Jak sobie z nimi radzono?

W tamtej epoce głównie przez mnożenie praw, co zupełnie nie skutkowało. Po co było jeszcze bardziej utrudniać życie komuś, kto znalazł się w klasztorze tylko dlatego, że nie miał gdzie się podziać, a nie z pragnienia służenia Bogu? Ale właśnie wtedy, po Soborze Trydenckim, pojawiła się wielka fala takich, które szukały służby Bożej, i to one odmieniły sytuację.

Wróćmy do obrazu zakonów żeńskich dzisiaj.

Tak jak powiedziałam wcześniej, mamy przeciw sobie różne stereotypy i ludzie traktują nas jak ufoludki. Toteż rodzi się u nich ksenofobia. Patrzymy na siebie przez jednostronne szkło. My rozumiemy świeckich, świeccy nie rozumieją nas.

Ale przecież są świeccy, którzy przyjeżdżają do Was po to, by odnaleźć sens w życiu, coś od nowa poukładać, złapać oddech.

Tak, ale jest ich niewielu. Są świeccy, którzy korzystają z pobytu u nas. A są tacy, którzy nigdy progu klasztoru nie przestąpią. Ich jest więcej. Kiedy wstąpiłam do zakonu, a było to prawie 60 lat temu, znajomy moich rodziców, ateista, przyjechał kiedyś na wakacje niedaleko Żarnowca. Jego córki chciały mnie odwiedzić. Przywiózł je pod nasze opactwo, ale sam czekał w bezpiecznej odległości w aucie. Założył sobie, że jego noga nie postanie w klasztorze. A nuż coś by się przyczepiło do pana ateisty.

Gdy patrzy się na kryzys w Kościele z perspektywy osoby świeckiej, od razu nasuwa się jedno słowo: skandal. Skandale doprowadziły nas do kryzysu?

Nie. Skandale nie doprowadziły nas do kryzysu. Skandale są kryzysem. Tym, co doprowadziło nas do skandalu, mogą być zachowania duchownych. Ale tutaj znowu rodzi mi się refleksja, czy przypadkiem skandal nie wywołuje dzisiaj u niektórych świeckich westchnienia ulgi… Już nie trzeba przejmować się nauką Kościoła, można wszystko wyrzucić, bo tam jest zło, więc kończymy z tym złem. Można mieć święty spokój. Ale czy to jest dobre? Czy to coś zmienia? Uczono mnie kiedyś takiej sentencji: „Krytykujesz – proponuj; proponujesz – wykonuj”. Zawsze łatwiej jest się wycofać na „moralną pozycję” i z daleka osądzać, niż coś zrobić, żeby było dobrze. Kiedy się widzi jakieś zło, należy możliwie szybko spełnić jakieś dobro, dla równowagi, a nie wycofywać się na kanapę w roli zgorszonej ciotki.

Jaka jest więc możliwość wyjścia z kryzysu w Kościele? I jak długo ten kryzys może potrwać?

Odpowiem w taki sposób. Jedna z naszych pensjonariuszek wakacyjnych prowadziła w Gdyni antykwariat. To było w czasach PRL. Miała książki, które ludzie przynosili. Trudno było przewidzieć, ile tych książek otrzyma w ciągu roku. Kiedyś partyjni panowie kazali jej zaplanować z góry obroty na cały rok. To była kobieta odważna, po dużych doświadczeniach życiowych. Odpisała więc, że prosi o urzędowe przydzielenie szklanej kuli i czarnego kota. Często przypominam sobie tę historię, kiedy ktoś prosi mnie, bym przepowiedziała przyszłość Kościoła.

Znakomita historia! Ale jakieś poszukiwania dróg wyjścia z kryzysu trwają.

Drogi wyjścia są poszukiwane, owszem, ale wszyscy myślą, że one są gdzieś daleko, że trzeba je wymyślić. Nie. Drogi wyjścia są cały czas praktykowane przez zakonników, zakonnice, osoby duchowne i świeckie: przez wszystkich, którzy zamiast dużo mówić, po prostu dużo robią. Takich osób może się dzisiaj nie widzi, bo one są niemedialne. Jeden zły ksiądz zrobi więcej tak zwanego „klikania w internecie” niż stu porządnych. Podobnie jest z siostrami. Ci, którzy dobrze pracują, są właśnie drogą wyjścia z kryzysu. Można powiedzieć, że złe zachowania księży zasłaniają dobry obraz. Ale to nie jest cała rzeczywistość duchowa. Przez około 40 lat pracowałam nad historią wspólnot zakonnych w Kościele, prowadziłam badania. Wiem, że w Kościele liczebność zawsze falowała. Były okresy wzrostu liczby powołań i jej spadku. Dlatego nie będę się przejmować tym, że teraz mamy okres spadku: to naturalne zjawisko. A tęsknota za Bogiem jest odwieczna i wieczna. Mogą się zmienić środki wyrazu, ale pragnienie Boga nigdy w ludziach nie wygaśnie. Nigdzie nie jest powiedziane, że pewne rzeczy muszą trwać wiecznie, że jakiś zakon albo pojedynczy klasztor musi trwać do końca świata. Nie musi. Ale poszukiwanie Boga trwa zawsze. I przetrwa. Nie widzę powodu do paniki. Życie zakonne jest pomyślane jako próba możliwie bliskiego kontaktu z Bogiem. Ta próba była praktykowana zawsze i jest praktykowana nadal, jako wypróbowana; ale są także inne.

A mimo to odejścia ludzi z Kościoła bolą.

Myślę, że dzisiaj ludzie, zamiast szukać przyczyn obrażania się na Kościół, powinni po prostu zacząć szukać Boga w modlitwie.

Poza Kościołem?

Poza kościołem przez małe k, poza budynkiem, można się modlić akurat tak samo jak w nim. Szukać modlitwy trzeba we własnej duszy, a nie w jakimś miejscu. Szukać Boga można wszędzie. Nawet „nudna, szara” praca biurowa jest miejscem modlitwy i spotkania Boga. Bo nie jest ważna nuda, ale to, że daną pracę wykonuje się dla Boga i dla bliźniego. Bardzo ważne jest to, jak potraktujemy osoby, którym przez pracę mamy służyć. Współpracowników, petentów. Kiedyś Bóg może nam powiedzieć: „Byłem twoim petentem, a…”. Jeśli natomiast chodzi o Kościół przez duże K, o wspólnotę wierzących, to w nim znajduję sakramenty, które umożliwiają bezpośredni kontakt z Chrystusem. I tego tam przede wszystkim szukam, i bez tego trudno by mi było się obejść. To stąd rozlewa się łaska modlitwy na resztę życia.

Samodzielne szukanie może grozić błądzeniem, zejściem na drogę dewocji…

Dewocja jest skrzywieniem postawy, w której szuka się Boga, jest karykaturą; ale grozi głównie tam, gdzie człowiek bierze coś wprawdzie z nauki Kościoła, ale tylko to, co w niej najmniej istotne. Natomiast jeśli ktoś w ogóle odrzuci naukę Kościoła, pozostaje zdany na własne domysły, i to już jest raczej duchowa dewiacja niż dewocja. Szukanie Boga to szukanie Go wszędzie tam, gdzie jesteśmy. Może to być oczywiście pielgrzymka, ale nie jest konieczna. Bóg jest obecny we wszystkim. Wszystkie miejsca mogą być miejscami modlitwy. Modlitwa nie polega na liczeniu Różańców. Modlitwa jest trwaniem w relacji do Boga. Oczywiście trzeba wykorzystać wszelkie istniejące pomoce do tego, ale istotna jest intencja.

Zapytam jeszcze o duchownych. W „Oślicy Balaama” kierowała Siostra apel do księży, by inaczej traktowali zakonnice. A czy nie jest potrzebny apel, by inaczej zaczęli też traktować świeckich? Dzisiaj duchowni z ambon nie szczędzą moralnych pouczeń pod ich adresem, a święty Paweł mówił, że najpierw Jezus, a potem moralność.

To nie dzisiaj dopiero mamy taki problem. To jest spaczenie, które zdarzało się często. Mogłybyśmy o tym długo rozmawiać. Dlatego powiem krótko: jeżeli duchowny traktuje Kościół nie jako miejsce spotkania z Bogiem, tylko jako instytucję, to nieuchronnie będzie się zajmował wyłącznie żądaniem posłuszeństwa dla siebie i będzie głosił tylko pouczenia moralne. Umoralnianie jest chorobą odwieczną i ciężką. O wiele łatwiej jest człowiekowi mówić o czymkolwiek niż o samym Bogu. Jest taki dzień w roku, kiedy w prawie żadnym kościele w Polsce kazanie nie jest na temat. To niedziela Trójcy Świętej. O Trójcy nie mówi się wcale albo mówi się bardzo niewiele. Ten temat jest zbyt trudny. A przecież to właśnie w tajemnicy Trójcy Świętej jest cała rzeczywistość i nasze pochodzenie, stąd płynie sens naszego życia i tam jest jego cel. Rozmyślanie nad tym nie jest łatwe, ale jest owocne. Oczywiście łatwiej jest mówić o moralności niż o Trójcy. Ale co możemy powiedzieć o moralności, jeżeli jej nie wysnuwamy z teologii? •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy