Nowy numer 39/2022 Archiwum

Powiało chłodem

Czy Polsce wystarczy paliw na zbliżającą się zimę? Gdy pytam o to specjalistów, słyszę: „Miejmy nadzieję, że zima będzie łagodna”.

Mówiąc o trudnej zimie, eksperci podkreślają, że nie mają na myśli wysokich cen. Bo to, że te będą szybowały w górę, nie ulega wątpliwości. Mówiąc o trudnej zimie, mają na myśli brak paliw. Jeżeli skończy się tylko na wysokich cenach, będzie można mówić o szczęściu.

Dokręcanie śruby

A w zasadzie nie śruby, tylko kurka. Odcinanie kolejnych krajów od dostępu do rosyjskich surowców latem robi wrażenie głównie na politykach oraz na właścicielach zakładów oraz fabryk, które tego gazu potrzebują. Ma to jednak niewielkie przełożenie na poczucie zagrożenia u rzeszy obywateli. Zima zmienia jednak tę perspektywę. Bo co innego usłyszeć w telewizji, że Rosjanie zakręcili kurek z gazem, a co innego marznąć albo myć się w zimnej wodzie. Wodę czy mieszkanie można w jakimś stopniu ogrzać prądem elektrycznym, ale jego ceny też rosną, a poza tym nasza sieć przesyłowa jest zbyt przestarzała, by sprostać takiemu obciążeniu. W Polsce prądu mamy za mało, nasze bloki energetyczne są stare i nadają się jedynie do wymiany. Poza tym prąd produkowany jest w ogromnej większości z węgla. A z tym paliwem też może być tej zimy problem. Może energetyka nie będzie nim dotknięta, ale odbiorcy indywidualni tak. Pisaliśmy o tym w poprzednim numerze „Gościa”. Kłopot z węglem powoduje problemy z prądem. I koło się zamyka.

Jakie mamy opcje? Eksperci przedstawiają trzy scenariusze.

Największe problemy wystąpiłyby, gdyby Rosja zakręciła kurek na wszystkich gazociągach, jakimi błękitne paliwo dostarcza do Europy, i gdyby równocześnie zimowe miesiące były mroźne i bezwietrzne. Wtedy na rynku zabraknie gazu, a ceny tego, który jest dostępny – bardzo wzrosną. Gdy go zabraknie, gaz w pierwszym rzędzie zostanie odcięty odbiorcom przemysłowym. Przemysł w Polsce zużywa dwa razy więcej gazu niż odbiorcy indywidualni, więc ten scenariusz może się zakończyć np. wstrzymaniem produkcji nawozów, a to – w kolejnym sezonie – wpędzi w kłopoty rolnictwo. To może oznaczać też podwyżki cen chleba, bo wielu piekarzy korzysta z gazowych pieców. Przy tak ogromnym niedoborze surowca jego cena poszybuje w górę i może się okazać, że niektórych po prostu nie będzie na niego stać.

Zakręcenie dla Europy gazu plus mroźna zima to scenariusz najgorszy z możliwych i niestety, ostatnie doniesienia wskazują, że może się on ziścić, ale o tym za chwilę. Można mieć nadzieję, że sytuacja nie będzie aż tak bardzo eskalowała. Wtedy ceny będą rosły nieco wolniej, ale przede wszystkim gazu – przynajmniej nam – nie zabraknie. Tym bardziej, że polskie magazyny są wypełnione po brzegi. Polska od tygodni bardzo konsekwentnie uzupełniała zapasy. Niestety kraje zachodnie tego nie robiły, być może wierząc, że Putin nie jest aż tak straszny. W efekcie, gdy nam zacznie gazu brakować, nie ma co liczyć na sąsiadów, bo oni będą w jeszcze większych kłopotach niż my.

Co z Polską?

Jest jeszcze jeden scenariusz. Ostatnie godziny pokazały, że być może on będzie najbardziej realny. Moskwa może zakręcać i otwierać swoje gazociągi, by na europejskiej scenie gospodarczej wprowadzić chaos. W chwili zamykania tego numeru, pojawiła się informacja o tym, że strona rosyjska wstrzymała dostawy gazu gazociągiem Nord ­Stream 1. Nie wiadomo, czy zrobiła to nieodwołalnie czy chwilowo. Być może doszło do awarii – wcześniej pojawiały się sygnały o kłopotach jednej z turbin tłoczących gaz, a być może awaria była pretekstem. Rosja od lat używa gazu jako karty przetargowej. Trwałe zamknięcie Nord Stream 1 wpędziłoby niemiecką gospodarkę w ogromne kłopoty. Wiedzą o tym i Niemcy, i Rosjanie. Dlatego Moskwa dotychczas groziła, że zakręci kurek, choć na groźbach poprzestawała, a Berlin obiecywał, że pomoże Ukrainie, choć niewiele z tego wynikało. Czy w ostatnich godzinach sytuacja się zmieniła? Czy Moskwa postanowiła ukarać Berlin za te nieliczne sygnały wsparcia Kijowa? Berlin i Moskwa wiedzą, że w dłuższej perspektywie gra gazociągiem Nord Stream 1 będzie coraz trudniejsza, bo Niemcy szybko rozbudowują infrastrukturę, która umożliwi kupowanie gazu z innych kierunków. Na to potrzebują jednak czasu. Jeżeli więc grać, to tylko podczas najbliższej zimy. Podczas kolejnej Niemcy mogą już mieć alternatywę. Widocznie na Kremlu uznano, że czas na potężne uderzenie w Berlin.

Jak wygląda sytuacja Polski? Pod wieloma względami lepiej niż sytuacja Niemiec. Polska od wielu lat budowała alternatywę dla wschodniego kierunku pozyskiwania gazu. Mamy gazoport w Świnoujściu, dzięki któremu mogą do nas trafiać duże ilości skroplonego surowca np. z Kataru czy Stanów Zjednoczonych. Ponadto w ostatnich tygodniach tego roku ma być uruchomiony gazociąg łączący nasze wybrzeże ze złożami gazu w Norwegii. Infrastruktura będzie gotowa, ale czy rura zostanie wypełniona gazem? Nie wiadomo czy podpisane są już kontrakty na jego zakup. Jeżeli okaże się, że w naszym kierunku gaz nie popłynie, lista dostępnych dla Polski opcji się zmniejszy. Do niedawna jedną z takich opcji była możliwość kupowania gazu od Niemców. Wiedząc oczywiście, że jest to rosyjski gaz, który Niemcy dostają za pośrednictwem Nord Stream 1. Chociaż oficjalnie surowca z Rosji już nie kupujemy (zostaliśmy od niego odcięci), w rzeczywistości wciąż z niego korzystaliśmy. Nasze gazociągi nie są autonomiczne, są połączone m.in. z niemieckimi. Gdyby okazało się, że brakuje nam gazu, z „kierunku niemieckiego” mogło go płynąć więcej. Ale dzisiaj wydaje się, że taka możliwość właśnie zniknęła, bo zamknięcie Nord Stream 1 oznacza, że Niemcy znalazły się w bardzo trudnej sytuacji i nie są w stanie sprzedawać nam gazu, bo go po prostu nie mają. Jest jeszcze jedno wyjście. Wydobycie krajowe. Polska ma złoża gazu i niektóre z nich eksploatuje. Dlaczego nie wydobywamy więcej?

Potrzeba inwestycji

Polskie złoża nie są duże. Nie sposób ich porównać z tymi, którymi dysponują Norwegia czy Katar. Ale ich znaczenie nie jest zaniedbywane. Własne wydobycie zaspokaja około 20 proc. krajowego zapotrzebowania. Moglibyśmy wydobywać więcej, a tymczasem w ostatnich latach wydobywaliśmy gazu coraz mniej. Być może wyjątkiem od reguły będzie bieżący rok (przynajmniej tak wynika z porównania wydobycia w pierwszym kwartale tego roku), ale w 2021 roku wydobyliśmy o 3 proc. mniej niż w 2020 roku, a w 2020 roku o ponad 5 proc. mniej niż w roku 2019.

Dlaczego tak się dzieje? Brakuje nam planu i strategii. Przez wiele lat nie inwestowano w infrastrukturę, nie prowadzono odpowiednich badań złóż. Nie wykonywano także odpowiedniej ilości odwiertów, a nawet nie stworzono ułatwień administracyjnych, by złóż poszukiwać i je zagospodarować. Wydobywamy coraz mniej, bo bazujemy na złożach rozpoznanych przed wielu laty, a te się wyczerpują. Nie ma czego wydobywać, ale nie dlatego, że na obszarze Polski nie ma gazu, tylko dlatego, że mamy nierozpoznane złoża. Jak to możliwe, że tego nie robimy, że w to nie inwestujemy? Widocznie uznano, że takie inwestycje nie są potrzebne, skoro kupujemy gaz z Rosji. Dzisiaj można jedynie żałować błędnych decyzji i decydować się na inwestycje, których efekty pojawią się najwcześniej za kilka lat. Warto je ponosić, bo wstępne szacunki mówią, że mamy całkiem sporo gazu, który może zaspokoić nasze potrzeby. Tyle tylko, że to twierdzenia bazujące na badaniach przeprowadzonych w latach 70. XX wieku. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy