Nowy numer 49/2020 Archiwum

Giełda na deskach

Kryzys finansowy. W ciągu jednego tygodnia z warszawskiej giełdy wyparowało kilkanaście miliardów złotych. Kiedyś pewnie znowu będzie można zarabiać. Tylko kiedy?

Między 6 a 10 października wartość 20 największych spółek (WIG20) spadła aż o 15 procent! W ciągu jednego dnia indeks zanurkował o 8,1 procent – tak głęboki spadek indeksu ostatnio zdarzył się w 1997 roku. Dla trzech milionów Polaków oznaczało to utratę oszczędności ulokowanych w funduszach inwestycyjnych. Wielu postanowiło ratować resztę pieniędzy i wycofać się z funduszy, w których oszczędzają na przyszłe emerytury.

Chwila oddechu
Po koszmarnym tygodniu przyszła chwila oddechu. Giełdy w Warszawie, Londynie, a przede wszystkim w Nowym Jorku odzyskały na chwilę wigor. Nie wiadomo jednak, na jak długo udało się wyhamować spadki. Tak niskich notowań – poniżej 2 tys. punktów – nie było na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych od 2004 roku. W okresie najgłębszych spadków w latach 2002–2003 indeks balansował nieco powyżej tysiąca punktów. Tyle, że to były inne czasy, inna gospodarka, aspirująca dopiero do członkostwa w UE. Dramatyzmu obecnej sytuacji dodaje fakt, że niemal równo rok temu, 29 października 2007 roku, WIG20 odnotował rekordową wartość 3918 punktów. Pierwszy poważny dołek po prawie czterech latach wzrostów GPW odnotowała w styczniu br. Wtedy wystarczyły trzy miesiące, by zgubić gdzieś ponad tysiąc punktów.

Hazard i emocje
Indeksy giełdowe informują o ogólnej sytuacji rynkowej. Opisują wydarzenia i obroty akcjami firm obecnych na parkiecie. Warszawski Indeks Giełdowy (WIG) liczony jest dla wszystkich spółek notowanych na rynku podstawowym giełdy. Najważniejszy, bo wyznaczający trendy WIG20 – opisuje wartość 20 największych spółek. Oprócz tego bada się notowania czterdziestu średnich spółek (mWIG40) i osiemdziesięciu małych (sWIG80). Indeks rośnie, kiedy jest więcej kupujących niż sprzedających. Rosną bowiem wtedy ceny akcji i wartość spółek. Kiedy dzieje się coś niedobrego, giełdowi gracze zaczynają pozbywać się akcji. A kiedy jest bardzo źle – wycofują się nawet więksi inwestorzy. Giełda to hazard. Nie tylko dlatego, że w krótkim czasie można tu zarobić bądź stracić fortunę. Głównym powodem są emocje. Każdy, kto poczuł wibrujące napięcie towarzyszące maklerom na parkiecie, wie, że kupnie i sprzedaży w równym stopniu co wiedza towarzyszy irracjonalny odruch stadny. Kiedy wszystko idzie dobrze, mamy samonapędzającą się hossę – optymizm inwestorów każe im wierzyć, że każda transakcja przyniesie zysk. Kiedy jednak nadejdzie załamanie albo – jak to jest obecnie – pęknie bańka spekulacyjna, fala pesymizmu przynosi głębokie spadki i ponure miesiące giełdowej depresji.

Czym grozi dno?
Pierwszym zauważalnym skutkiem giełdowych zawirowań jest osłabienie złotówki. Droższe dolary, euro czy franki sprawiają, że kosztowniejsze są i kredyty w walucie. Jeżeli sytuacja się nie poprawi, niebawem zaczniemy odczuwać zmiany cen, potem spowolnienie gospodarcze, a wreszcie – może powrócić zmora ostatnich lat – bezrobocie. Jedyna nadzieja w tym, że polska gospodarka wciąż będzie rozwijać się najlepiej w tej części świata, inflację utrzymamy w cuglach i uda się wreszcie przeprowadzić reformę finansów publicznych. Sporo polskich spółek osiągnęło w ostatnich latach pozycję na tyle silną, by zyskać na słabości swych zachodnich partnerów bądź konkurentów.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama