Nowy numer 28/2018 Archiwum

Pierogi ojca Mateusza

Sandomierz umie być wdzięczny ojcu Mateuszowi i udatnie wykorzystuje swoje pięć minut

Zwabiony (choć z zasady nie oglądam seriali) urokiem ojca Mateusza, udałem się… do Sandomierza. Nic nie ujmując wykonawcom, należy stwierdzić, że w filmie główną rolę odgrywa miasto Sandomierz. Sandomierz umie być wdzięczny ojcu Mateuszowi i udatnie wykorzystuje swoje pięć minut. Na wystawach można oglądać zdjęcia z kręcenia kolejnych odcinków, na stronach internetowych reklamuje się spacery „śladami ojca Mateusza”, w hotelach rozdawane są mapki, na których zaznaczone są obiekty „występujące” w filmie (np. w roli komisariatu policji obsadzono… Urząd Skarbowy przy ul. Żydowskiej). Niedaleko rynku jest „Świat pierogów”, który zachęca hasłem „pierogi 30 smaków, takich nie ma nawet Kraków”, gdyby to jednak było mało przekonujące, na końcu dodaje „tutaj jada ojciec Mateusz”!

I któż by się takiej pokusie oparł, tym bardziej że owe „smaki” to również pierogi miłosne, zazdrosne, karaibskie albo krewetkowe. Do Sandomierza zajrzałem w ostatnich dniach lipca. Niestety pogoda była taka sobie, jak to mówią – „w domu pada taniej”, ale dało się znieść. Z oczywistych powodów deszcze nie są tam mile widziane, choć trzeba sobie zdawać sprawę, że podczas powodzi zalane zostały prawobrzeżne dzielnice miasta. Stare miasto leży na lewym brzegu, na wysokim wzgórzu, na które trzeba się wciąż wspinać lub z niego schodzić. Jest to więc – subiektywnie – Sandomierz górski. Górski to był Kazimierz, ale akurat w tamtej okolicy Kazimierz jest Dolny, bardzo Atrakcyjny. Pozostańmy jednak w Sandomierzu.

Pewnego dnia, gdy kręciłem się po rynku wokół ratusza, zwróciłem uwagę na troje młodych ludzi przebranych w średniowieczne stroje. Myślałem, że przybyli, aby wystąpić w jakiejś inscenizacji (mało to ostatnio słyszy się o inscenizacjach? A to bitwa pod Grunwaldem, a to napad wikingów, a to co innego). Ale nie, oni sami mnie zaczepili, pytając, którędy do kościoła św. Jakuba. Na szczęście miałem przy sobie plan, poza tym rano przejeżdżałem obok. Chcieli dotrzeć do kościoła dominikanów.

Na pytanie: „skąd przychodzą?”, odpowiedzieli jak aktualny Pan Prezydent RP: „z całej Polski”. Na pytanie: „dokąd idą?”, padła odpowiedź: do Szydłowa. Na pytanie „kim są?” odrzekli: „jesteśmy pielgrzymami na szlaku św. Jakuba”. Okazuje się, że realizowali trasę alternatywną do coraz bardziej znanej w świecie drogi do Santiago de Compostela. Może to nie takie głupie? Może wszystkie drogi prowadzą do celu? W Sandomierzu wiele jest drogowskazów „do statku”, co przy mniej uważnej pisowni zmienia się w „dostatku”. Życzenie, które się spełnia w niedawnej Polsce B.

« 1 »
oceń artykuł

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji