Nowy numer 25/2018 Archiwum

Pociąg do pociągów

Podróż pociągiem jest mierzeniem się z życiem w całej jego chropowatości, zmaganiem z materią, która stawia opór

Ze wszystkich środków lokomocji najbardziej lubię pociągi. Jest coś metafizycznego w oczekiwaniu na peronie, gwiździe lokomotywy, stukocie kół i delikatnym kołysaniu. A także w rozkładach jazdy, planach podróży, mapach sieci kolejowej. Każdy z tych elementów niesie za sobą tyle poetyckich znaczeń, że przegrywa z nimi świat szybkich samochodów i autostrad, będących symbolem luksusu, ale również ślizgania się po powierzchni życia. Podróż pociągiem jest mierzeniem się z życiem w całej jego chropowatości, zmaganiem z materią, która stawia opór. Nawet doświadczenie tłoku, zimna czy brudu wydaje się bliższe prawdzie o naszym byciu w świecie niż superszybka jazda klimatyzowanym autem, z którego głośników wydobywa się rąbanka w stylu techno.

Myśli te przyszły mi do głowy podczas miesięcznego pobytu w Anglii – kraju, który słynie z bardzo wygodnych, czystych, punktualnych, ale horrendalnie drogich kolei. Za podróż płaci się tam kilka razy więcej niż w Polsce. Za to komfort też jest nieporównywalnie wyższy. A jednak czegoś mi tam brakowało. Jechaliśmy właśnie z Portsmouth do Westbury, kiedy pociąg nagle zakołysał i usłyszeliśmy charakterystyczny stukot. Spojrzeliśmy na siebie z kolegą z Litwy i zrozumieliśmy się bez słów. To, co u nas jest wpisane w istotę kolei, tam stanowiło niedoróbkę, wypadek przy pracy. Angielskie pociągi suną po szynach jak po maśle, więc przejazd nimi bardziej przypomina podróż samolotem. I to taką, podczas której nie występują turbulencje. My przynajmniej możemy poczuć, że jedziemy. Za dużo mniejsze pieniądze.
Nie chciałbym, żeby ktoś mnie źle zrozumiał. Nie twierdzę, że im gorzej w pociągach, tym lepiej.

Z angielskich kolei chętnie przeniósłbym do Polski wiele rzeczy: punktualność, dogodne połączenia, wszechobecną informację i czyste toalety. Zdaję sobie sprawę z tego, że dwa pierwsze punkty to zadanie na lata. Obawiam się, że przy obecnym stanie naszej sieci kolejowej nawet magiczna liczba 2012 nie wyznaczy terminu pokonania tych niedogodności. Ale dwa pozostałe punkty nie wydają się aż tak nieosiągalne. Niestety, to tylko pozory. Uprzejme panie w kasach i informacji stanowią ciągle odległy standard. A toalety… Nie żądam, żeby było sterylnie, byleby człowiek nie bał się tam wejść. Na taką poprawę wcale bym się nie obraził. Taki już jestem wygodnicki. Za żadne skarby nie oddam jednak stukotu kół i kołysania. Bo każda podróż – także ta, w której jedziemy przez całe życie – musi mieć swój rytm.

« 1 »
oceń artykuł

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji