Nowy numer 48/2020 Archiwum

Bo życie jest z Boga

Dlaczego dzisiaj, gdy świat taki piękny, ludzie boją się nowego życia?

Ileż to lat temu było? Wtedy w każdym szpitaliku była „porodówka”. Bo dzieci rodziło się sporo. Dziś oddziałów położniczych na całe województwo zostało ledwie kilka. I to bywają przestoje. Byłem wikarym w parafii z takim szpitalikiem naprzeciw kościoła. Codziennie chodziło się z Komunią po pokojach. W pierwszy dzień Bożego Narodzenia padło na mnie. Obszedłem oba piętra, przed kaplicą złapał mnie lekarz. „A na porodówce leży młoda mama, był ksiądz u niej? Nie? To się ksiądz wróci”. To się wróciłem. Maleństwo musiało się urodzić dopiero co. Leżało na maminym sercu, a oboje wyglądali na zmęczonych. Popatrzyła na mnie nieco spłoszona – no bo... Rozumiecie, sytuacja, „ubiór”, do tego młody ksiądz. „Ooo, zagadnąłem. Ja też tak moje pierwsze święta spędziłem!”.

Popłoch zmienił się w zaskoczenie. „Jak to?”. Ano tak, że urodziłem się w wigilijną noc i jak pani mały miałem święta z mamą w szpitalu. Zrozumiała, uśmiech przesłonił zmęczenie. „Niech ksiądz przeżegna mojego małego”. Zrobiłem krzyżyk na maleńkim czółku. Podałem Komunię. Mnie wtedy nikt krzyżyka nie zrobił. Chyba tylko Mama. Kończyła się wojna. Lwowskim szpitalem rządzili już Sowieci. Księdza żadnego tam nie było. Ale były dzieci. Ktoś mi powiedział, że nasze roczniki to „dzieło przypadku”. Nawet jeśli to przytyk do mnie, to się nie obrażam. Bo od kiedy pamiętam Mamę i Tatę, to nigdy żadnej swojej przypadkowości nie odczułem. A poza tym – czy dziś „przypadków” nie ma? Nawet stosowne słowo ludzie sobie utworzyli.

„Wpadka” – mówią czasem. Wtedy, w epoce szalejącej śmierci, każde nowe życie było cudem niezwykłym. Trudne warunki? Mój Boże! Wtedy innych nie było. Wiele by o tym pisać – ale to na książkę, nie na felieton. Ważne, że nowe życie było darem, który można przyjąć. Właśnie tak: można! Nie żadne „trzeba”, czy „musi się”. Bo chyba tym jest wolność: możnością przyjmowania darów, także niespodziewanych, także trudnych. Mama przyjęła całym sercem. Ileż się natrudziła, by dotrzeć do pustego domu przez bezdroża najsroższej wojennej zimy... Bohaterka. Tato, gdy wreszcie odnaleźliśmy się – też przyjął. Nawet Wojtek, nasz jamnik, acz niechętnie, zaakceptował. Brat także. Dlaczego dzisiaj, gdy świat taki piękny, ludzie boją się nowego życia? Chyba mam prawo nie rozumieć. Odwagi trzeba nam więcej. Bo życie jest z Boga.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Agata Puścikowska

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2006 r. redaktor warszawskiej edycji „Gościa”, a od 2011 dziennikarz działu „Polska”. Autorka felietonowej rubryki „Z mojego okna”. A także kilku wydawnictw książkowych, m.in. „Wojenne siostry”, „Wielokuchnia”, „Siostra na krawędzi”, „I co my z tego mamy?”, „Życia-rysy. Reportaże o ludziach (nie)zwykłych”. Społecznie zajmuje się działalnością pro-life i działalnością na rzecz osób niepełnosprawnych. Interesuje się muzyką Chopina, książkami i podróżami. Jej obszar specjalizacji to zagadnienia społeczne, problemy kobiet, problematyka rodzinna.

Kontakt:
agata.puscikowska@gosc.pl
Więcej artykułów Agaty Puścikowskiej

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także