Nowy numer 47/2020 Archiwum

Ostatnie i najważniejsze kazanie

Cóż bardziej adwentowego niż odejście z tego świata?

Kawalkada samochodów wolno jechała od jednego kościoła do drugiego. Wśród wielu pojazdów – karawan. Odprowadzaliśmy naszego kolegę, proboszcza. Jeszcze zbyt młodego, by odejść. Ale tak bywa w życiu. Zmrok o tej porze roku zapada szybko. Majaczył nad nami zarys gór, światła samochodów tworzyły przedziwną czerwoną wstęgę. Gdzieś tam migały niebieskie koguty straży granicznej i policji. Pomagali w zorganizowaniu przejazdu, tak jak zresztą za życia pomagali swojemu proboszczowi. Do smugi czerwonych świateł dołączyły znicze zapalone w oknach domów. Parafianie żegnali proboszcza. Skojarzyły mi się te lampki z roratnimi lampionami. Bo cóż bardziej adwentowego niż odejście z tego świata?

Pogrzeb proboszcza... Każdy inaczej wygląda, każdy inaczej zapisał mi się w pamięci. Jak ten sprzed lat. Proboszcz był tam „od zawsze”. Ślązacy ponoć nie płaczą. Płakali, jak dzieci. Starsza kobieta w staroświeckim stroju przekonuje mnie, że są spokojni. „Nasz farorz na pewno poszedł do nieba. To był człowiek”. Właśnie tak powiedziała: człowiek. Bez żadnych określeń. Albo inny pogrzeb proboszcza, całkiem młodego i pełnego życia. Zawał serca zabrał go po kryjomu nocą. Szpilki by nie wetknął do kościoła.

Czuwali przy jego trumnie całą noc. Młodzi i starzy. I też płakali, śpiewając wielkanocne pieśni. „Otrzyjcie już łzy, płaczący!” zdawało się pieśnią ułożoną na tę właśnie okazję. Smutną czy pełną radości? Wielkanocną czy adwentową? Odczucia wierzących w szczególny sposób materializują się w czasie pogrzebów księży. Bo, jak ktoś powiedział, pogrzeb księdza to jego ostatnie i najważniejsze kazanie. Dopiero te czerwone lampki w oknach wzruszyły mnie. Bo z pogrzebami obyłem się od dziecka i nie wzruszam się zbyt łatwo. A jednak.

W czasie poczęstunku przygotowanego dla gości wzruszyłem się drugi raz. Był piątek, panie z koła gopodyń przygotowały dziesiątki, może nawet ze dwie setki małych, apetycznie wyglądających, piątkowych i smacznych kanapeczek. Poszedłem do kuchni podziękować. Jedna z nich popatrzyła na mnie jakoś tak ciepło i jeszcze cieplej powiedziała: „To dla naszego proboszcza. On zawsze z nami w kuchni przed odpustem wymyślał”. Bo zanim został księdzem, był kucharzem. Nie przestał nim być. I to chyba też było jego kazanie. Także to ostatnie, choć pewnie nie najważniejsze.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Agata Puścikowska

Dziennikarz działu „Polska”

Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Warszawskim. Od 2006 r. redaktor warszawskiej edycji „Gościa”, a od 2011 dziennikarz działu „Polska”. Autorka felietonowej rubryki „Z mojego okna”. A także kilku wydawnictw książkowych, m.in. „Wojenne siostry”, „Wielokuchnia”, „Siostra na krawędzi”, „I co my z tego mamy?”, „Życia-rysy. Reportaże o ludziach (nie)zwykłych”. Społecznie zajmuje się działalnością pro-life i działalnością na rzecz osób niepełnosprawnych. Interesuje się muzyką Chopina, książkami i podróżami. Jej obszar specjalizacji to zagadnienia społeczne, problemy kobiet, problematyka rodzinna.

Kontakt:
agata.puscikowska@gosc.pl
Więcej artykułów Agaty Puścikowskiej

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także