Nowy numer 28/2018 Archiwum

Szał tolerancji

Najgorsza jest walka o pokój, bo nikt jej nie przeżyje

Niedawno cypryjski poseł do Parlamentu Europejskiego, Marios Matsakis, otrzymawszy pocztą elektroniczną materiały reklamujące wychowywanie dzieci przez pary homoseksualne, wyraził, także drogą elektroniczną, dezaprobatę dla takich praktyk. W odpowiedzi jego biuro w Parlamencie Europejskim zostało oblepione plakatami reklamującymi wystawę na temat adopcji dzieci przez homoseksualistów, a niektóre z nich znalazł nawet wepchnięte pod swoimi drzwiami.

Im bardziej protestował, na przykład w liście do przewodniczącego Parlamentu Hansa-Gerta Peotteringa, tym większa była zajadłość zwolenników „tolerancji” dla homoseksualistów. Jeden z nich dopadł go nawet w zachodniej Australii. Nazywa się on Roland Rocchiccioli i jest podobno gwiazdą telewizji ABC w Perth. W liście do europosła Matsakisa napisał dosłownie: „Przykro mi to mówić – ludzie tacy jak pan sprawili, że Hitler mógł działać. Jakie mamy szanse, skoro politycy sieją nienawiść?”. Ciekawe, czy pan Rocchiccioli naprawdę nie zauważa, że sam sieje nienawiść?

Podobny szał tolerancji ogarniał już wielokrotnie ludzi żądających prawa do życia „inaczej”. Swego czasu zwolennicy „małżeństw” homoseksualnych wpadli do kościoła Notre Dame w Paryżu z hałaśliwą demonstracją. Niedawno lewicowi demonstranci obrzucili kamieniami działaczy ruchu Pro Koeln, protestujących pokojowo przeciw budowie meczetu w Kolonii. Wszystko w imię tolerancji. Przypomina się dawne powiedzenie z czasów komunistycznych, że najgorsza jest walka o pokój, bo nikt jej nie przeżyje.

Szał tolerancji rozlewa sie też szeroko w Polsce. Pod hasłami „miłości” używa się takich określeń jak „dorzynanie watahy”, „bydło” i innych, których nawet nie warto powtarzać. Historia tego zjawiska jest tak długa jak III Rzeczpospolita. Kto to zaczął? Prawdopodobnie były rzecznik prasowy rządu PRL, tyle że on nie krył swego nihilizmu. Obecnie jednak coraz więcej jest przypadków publicznego chamstwa stosowanego w imię kultury. Czy istnieje szansa, by powstrzymać zalew tej paskudnej praktyki?

Trudno powiedzieć, gdyż żyjemy w czasach mediów wizualnych. Te zaś kierują się zasadami dalekimi od zdrowego rozsądku i przyzwoitości. Jak napisał niedawno spec od telewizyjnych talk-shows, Witold Orzechowski, „jeśli na ekranie są cztery osoby, które mówią, i pies, który się kręci, pokazuje język, szczeka, i (najlepiej) obsikuje nogę fotela, to całkowita uwaga widowni skupi się na psie, a nie na rozmowie tych czterech osób”.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji