Nowy numer 48/2020 Archiwum

Chatka europejskiej historii

Wygląda na to, że Dom Historii Europy będzie koślawą chatką, a nie miejscem wspólnej pamięci Europejczyków

Coraz bardziej sfrustrowany czytałem słynny francusko-niemiecki podręcznik licealny do historii świata i Europy XIX i XX wieku, gdy dowiedziałem się, co szykuje grono europejskich autorytetów historycznych w programie planowanego muzeum – Domu Historii Europy w Brukseli. Często narzekamy na brak zbliżenia pamięci historycznych w krajach członkowskich Unii Europejskiej. Myślę jednak, że brak wspólnej pamięci jest może lepszy od pamięci fałszywej. Wygląda bowiem na to, że Dom Historii Europy będzie koślawą chatką, a nie miejscem wspólnej pamięci Europejczyków.

Program ułożyła dziewiątka historyków z Finlandii, Francji, Hiszpanii, Holandii, Niemiec, Polski, Węgier i Włoch. Polskę w tym zespole reprezentował prof. Włodzimierz Borodziej. Jest to program niepełny, źle sformułowany, obarczony skrzywionymi proporcjami. Wiele mówi o wspólnych korzeniach Europy, ale jego autorzy wyraźnie unikają ich wskazania. Mówią o stosunkach handlowych w obrębie Morza Śródziemnego, akcentują zainteresowanie Indiami i Chinami (czyżby tam szukać korzeni Europy?), natomiast nie mówią ani o filozofii greckiej od Talesa do Arystotelesa, ani o rzymskim prawie i organizacji, ani o chrześcijaństwie, którego uniwersalizm moralny, oparty na wierze w jednego Boga Stwórcę, stał się kamieniem węgielnym kultury europejskiej.
W
sposób zupełnie kuriozalny chrześcijaństwo pojawia się dopiero w punkcie 33. programu, gdzie mowa jest o tym, jak to „myślenie wyzwoliło się spod kontroli kościelnej”(!). Wygląda więc na to, że cywilizacja europejska powstała poprzez wyzwalanie się spod jarzma Kościoła. W następnym, 34. punkcie programu możemy wyczytać, że „religia chrześcijańska wykształciła się w wyniku połączenia tradycji żydowskiej (semickiej) i organizacji kościelnej”. Autorzy oparli się tu chyba na badaniach niejakiego Dana Browna. W dalszej części programu mamy też piękne sformułowanie o „potędze systemów klerykalnych”. Fraza ta brzmi zupełnie jak zdanie z podręcznika instruktora KC PZPR. Można być historykiem ateistycznym, ale trzeba cokolwiek wiedzieć o historii chrześcijaństwa.

Marksistowskie echa pobrzmiewają też w sformułowaniu o „klasach” w państwach europejskich. „Klasy” w odniesieniu do epoki przedkapitalistycznej to nawet nie klasyczny marksizm, lecz jego stalinowska interpretacja. Na początku epoki nowożytnej autorzy nie zauważają natomiast powstania państw narodowych. Do tego stopnia obawiają się nacjonalizmów, że w ogóle nie chcą o nich pisać, a nawet myśleć.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama