Nowy numer 27/2022 Archiwum

Dokument tożsamości

Zdrowy człowiek może przeżyć dwa, trzy tygodnie bez jedzenia. Z piciem jest jednak inaczej.

Ciało pozbawione wody przestaje funkcjonować po trzech, czterech dniach. Woda to życie. Woda dla spragnionej ziemi jest tym, czym słowo Boga dla spragnionych dusz i całego złaknionego świata. Nauka, którą możemy z tego wyciągnąć, jest prosta. Każdy z nas ma w sobie coś z Samarytanki (J 4,1-26), która przyszła zaczerpnąć wody ze studni, a znalazła Źródło wody żywej. Ta sama żywa woda oferowana jest także nam. Jezus mówi: „Jeśli ktoś jest spragniony (…) – niech przyjdzie do Mnie i pije!” (J 7,37). Wodą dla mieszkańca postnowoczesnej rzeczywistości jest tożsamość. Ludzie są spragnieni identyfikacji, bo coraz trudniej w chaosie pojęć, teorii i poglądów odnaleźć odpowiedź na pytanie: kim jestem? Coraz trudniej w naszych czasach aberracji ustalić jednoznacznie, co znaczy być mężczyzną lub kobietą, małżonkiem lub narzeczonym, Polakiem czy Europejczykiem, katolikiem czy oświeceniowcem. Nieraz słyszałem okrzyk: „O, mój Boże!” z ust tego, kto deklarował się jako ateista. Zagubiona tożsamość to prawdziwa tortura dla mieszkańców zglobalizowanej wioski. Cierpią jak ci, co pobłądzili na pustyni i nie wiedzą, jak dojść do oazy z wodą. Można przez całe życie ustalać definicję siebie samego, w tym celu owijając się w tęczowe flagi, zdobiąc klubowymi szalikami albo pokrywając coraz to bardziej wyzywającymi w treści tatuażami.

Tymczasem my przez wiarę jesteśmy synami Bożymi, zostaliśmy ochrzczeni w Chrystusie i przyoblekliśmy się w Niego. Nasza tożsamość jest chrzcielna. Nie musimy jej sobie wypracowywać ani sztucznie narzucać, bo żyjemy identyfikacją podarowaną nam z góry, od Tego, który nas zrodził i który się do nas przyznaje. I do którego co dzień zwracamy się ufnie: „Ojcze, Tatusiu!”. Nie interesuje nas już za bardzo, kim jesteśmy, ale czyi jesteśmy, do kogo należymy, kto nas usynowił. Apostołowie, głoszący nam odrodzenie w Chrystusie, mówią, iż jesteśmy synami i córkami Boga w Jego jedynym Synu. Życie wiarą w to rozpoznanie pozwala nam padać na kolana z zachwytu wobec tej podarowanej nam tożsamości. Być Chrystusowym znaczy być świętym.

Jeśli należymy do Chrystusa, to i jesteśmy wraz z Nim dziedzicami. Dziedziczymy życie wieczne. Zrobiłbym, co w mojej mocy, żeby Kościół stał się bardziej święty. W tej dziedzinie nikt jednak nie może wiele zrobić poza tym, by zadbać o swą chrześcijańską przynależność. I zachęcać do niej innych słowem i przykładem. Kościół powinien zwracać mniejszą uwagę na głos świata, a większą na głos Jezusa Chrystusa i na poruszenia Ducha Świętego. Troska o to, by „wypaść” w odpowiedni sposób, często nie pozwala Kościołowi być tym, czym chce go widzieć Jezus. Jak pisał nieodżałowany o. Henri de Lubac, „wszelkie nasze religijne formuły, zabezpieczenia prawowierności, wszelkie skrupuły dotyczące dosłowności tradycji okazują się bezsilne, kiedy przychodzi strzec czystości wiary. Jeśli nie stanie ducha, dogmat okaże się jedynie mitem, Kościół zaś zwykłą partią”. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama