GN 43/2020 Archiwum

Choroba, co wyżera duszę

Kiedyś modne było powiedzenie: „Jeśli mam się już od czegoś uzależnić, niech to będzie seks”. – Durne to – pod nosem komentuje Andrzej. – Ale nie życzę mądralom, żeby się przekonali na własnej skórze.

Andrzej jest erotomanem. Biernym erotomanem, należałoby dodać. Jego walka o „trzeźwienie” trwa już ósmy rok. Raz było trudniej, raz łatwiej. Kilka razy zupełnie upadał. Straszliwe uczucie: upodlenie, strach, poczucie, że jest się nikim… I znów walka. Teraz zaczyna wierzyć, że mu się uda. Wsparcie ma w grupie SLAA (Sex and Love Addicts Anonymous, czyli Anonimowi Uzależnieni od Seksu i Miłości) z miasta na północy Polski. Mityngów już nie unika. Wyjeżdża nawet na spotkania rekolekcyjne. Rzeźbi siebie na nowo.

Na zewnątrz – wszystko gra
– To, czy ktoś ma problem z uzależnieniem od seksu i miłości, jest sprawą bardzo delikatną i bardzo osobistą. To tylko sam zainteresowany może stwierdzić, ale to bardzo sprytna i przebiegła choroba. Jeżeli pan X onanizuje się za kierownicą i ma z tego powodu niegroźny wypadek samochodowy, to czy otworzą mu się oczy? – pyta terapeuta uzależnień Adam Krupski. I zaraz sam odpowiada: – Niestety, marna szansa. Bo wtedy dochodzą demony racjonalizacji i ugłaskiwania problemu. Że wszyscy są przeciwko, że nic się złego nie dzieje. – Leczenie podejmują osoby, których życie legło w gruzach – twierdzi Krupski. – Uzależnienie od seksu to nie epidemia, która nagle zaatakowała ludzkość, to choroba, która wyżera duszę od środka i najczęściej jest ukryta w rodzinie od pokoleń. To straszna choroba, która atakuje osobowość, godność, poczucie wartości, stopniowo wżera się i przenika w głąb.

A na zewnątrz? Na zewnątrz na ogół nic nie widać. Dobry mąż, dobry pracownik… Choroba długo rozwija się w tajemnicy. – W walce z tą chorobą nie rozwiązujemy problemów, ale właśnie odkrywamy tajemnice. To nie jest łatwe, ponieważ tajemnice ukryte są w ludzkich historiach i przeżyciach, a te z kolei przygniecione są lękiem, wstydem i poczuciem winy – opowiada terapeuta.

Tajemnica Romana
Matka Romana piła, biła, piła, a potem znów biła. Roman myśli teraz, że była bardzo nieszczęśliwa, mocno skrzywdzona. Ale wtedy tak nie myślał. Potwornie się bał. – Jedyne marzenie z dzieciństwa: żeby przestała – wspomina. Nie przestawała jednak, zaczął uciekać z domu. Co robił? Lepiej nie pytać. W każdym razie lęk przed kobietami pozostał i to strach kształtował wszelkie relacje z nimi. Potem się dowiedział, że jest uzależniony od chorej miłości i uległości. – W wieku 28 lat przypomniałem sobie, że podobno istnieje jakiś Bóg. Padłem na kolana i krzyczę: „Jeśli jesteś, to nie pozwól, bym był jak moi rodzice”. Bóg zesłał ludzi, którzy powiedzieli o terapii, pomogli. Ale terapia to droga przez mękę. Im mocniej się angażował, tym więcej bólu odnajdywał w sobie. – Nie potrafiłem kochać moich dzieci, przytulać, być troskliwym ojcem. Uciekałem przed dziećmi lub kupowałem ich akceptację prezentami – wspomina ojciec, który dziś samotnie wychowuje dwóch synów i córkę.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama