Nowy numer 48/2020 Archiwum

Jestem dobra, i już!

Nie będę nikogo przekonywać, że jestem dobra – mówi minister Elżbieta Jakubiak w rozmowie z Julią Markowską.

Julia Markowska: Marzyła Pani o byciu ministrem?
Elżbieta Jakubiak: – Gdyby ktoś kilkanaście lat temu powiedział mi, że tak potoczy się moja kariera, nie uwierzyłabym. Byłam ogromnie zaskoczona, gdy dostałam pierwszą poważną pracę w Społecznym Towarzystwie Oświatowym. Nie za bardzo wierzyłam, że ją otrzymam. A później wszystko już samo się potoczyło. Jedna praca wynikała z drugiej. Szefowie byli zadowoleni z mojej pracy i wystawiali mi dobre rekomendacje. Od pięciu lat mam tego samego szefa i sądzę, że współpracuje nam się bardzo dobrze. Wynika to chyba z tego, że jestem osobą lojalną i że sprawy państwowe są dla mnie bardzo ważne. Prezydent na pewno ceni we mnie to, że nie umiem pracować na pół gwizdka. Gdy się już za coś biorę, to robię to całą sobą, z pasją. Nie rozpamiętuję też intryg i złych rzeczy. Wolę patrzeć w przyszłość.
W domu uczymy się rzeczy, które towarzyszą nam przez całe życie. Jaki był Pani rodzinny dom?
– Moi rodzice nie trzymali nas krótko, Nie było reżimu i zakazów. A mimo to wiedzieliśmy, gdzie są granice, których nie możemy przekroczyć. Rodzice nauczyli mnie szacunku do innych, tolerancji i zrozumienia. Wynika to pewnie z tego, że mój rodzinny dom był zawsze otwarty dla gości i pełen ludzi. Nauczyłam się, że ludzie są zupełnie różni i wcale nie jest to złe. A wręcz przeciwnie, można się od innych wiele nauczyć. Mój dom jest podobny. Często sama nie wiem, kto z rodziny czy znajomych akurat w nim gości. Może to być moja mama, rodzeństwo z dziećmi. W moim domu wciąż się coś dzieje. Chyba dzięki temu dzieci nie odczuwają tak boleśnie mojej nieobecności.

Nie jest to chyba idealny sposób na zastąpienie mamy. Czy znalazła Pani sposób na pogodzenie pracy z rodzicielstwem?
– Faktycznie, bardzo trudno jest pogodzić bycie dobrą matką z pracą po kilkanaście godzin na dobę. Ale nie jest to niemożliwe. Trzeba wciąż starać się utrzymywać równowagę między czasem poświęcanym pracy a rodzinie. A nie można tego wszystkiego rozplanować, bo po prostu nie da się. Niektórzy zarzucają mi, że zabieram dzieci do pracy. A nie ma w tym przecież nic złego. Na przykład wczoraj pracowałam w Słupsku, a dziś w Gdańsku. I dzieci wzięłam ze sobą, by wykorzystać każdą wolną chwilę na bycie z nimi. Wakacje i weekendy są takim czasem, gdy moja nieobecność jest dla nich chyba najbardziej bolesna. Podczas roku szkolnego mają wiele zajęć pozalekcyjnych i częściej spotykają się z rówieśnikami. Podobnie było kiedy umierał Jan Paweł II. Pojechałam na kilka godzin do ratusza i wzięłam ze sobą pięcioletnią Joasię. Ale Papież akurat tego dnia zmarł i dziecko zostało ze mną w pracy całą noc. Nie miałam po prostu innego wyjścia. Nie uważam, by komukolwiek to przeszkadzało. A Joasia miała szansę przeżyć coś wyjątkowego.


« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama