Nowy numer 48/2020 Archiwum

Idę na zachód zielony

Z kilku powodów wzdragam się przed pisaniem o kłopotach irlandzkiego Kościoła. Dziwię się, skąd w nas biorą się ta odwaga, zdecydowane sądy i krytycyzm, gdy piszemy o innych Kościołach, zwłaszcza na Zachodzie.

Czy zdobywamy się na podobnie ostre opinie w stosunku do Kościoła w Polsce? A przecież irlandzkie chrześcijaństwo ma w sobie tyle światła, że pisanie akurat o jego cieniach wydaje mi się nie tyle nietaktem, ile raczej głupotą. Kościół katolicki w Irlandii, owszem, przeżywający kryzys, pokonał już kilka z tych pokus, które wciąż stoją przed naszym.

Skąd się biorą problemy?
W Polsce o irlandzkim katolicyzmie mówi się najczęściej w odniesieniu do dwóch socjologicznych wskaźników: spadającej liczby uczestników niedzielnej Mszy oraz powołań kapłańskich i zakonnych. Jako przyczynę tych zjawisk często podaje się dwa zasadnicze argumenty: skandale seksualne wywołane przez duchownych w latach 90. i dobrobyt, który „zepsuł” Irlandię. Tymczasem sprawy nie wyglądają chyba aż tak prosto.

Zacznijmy od dobrobytu, który niewątpliwie zmienił oblicze tego społeczeństwa i kraju. Unia Europejska, a ściślej fundusze unijne przyczyniły się do tego, że produkt krajowy brutto wzrósł dwukrotnie między rokiem 1989 a 2001, a w roku 1999 przewyższył nawet produkt krajowy Wielkiej Brytanii. Można by to, ze względu na historyczne i psychologiczne analogie, porównać z hipotetyczną sytuacją, w której Polacy staliby się bogatsi od Niemców.

– W ten sposób poczucie godności i własnej wartości zostało odbudowane po latach masowej emigracji zarobkowej i bezrobocia – mówił do członków Episkopatu Polski abp Sean Brady, prymas Irlandii, w przeddzień wstąpienia Polski do UE.

Mimo że wciąż odzywają się głosy publicystów katolickich, którzy wyrażają tęsknotę za starą, katolicką Irlandią, socjologowie coraz powszechniej odrzucają tezę, że modernizacja kraju nieuchronnie wiąże się z jego laicyzacją. W sukurs przychodzą im badania przekonań i postaw Irlandczyków. W największym uproszczeniu: mimo spadku liczby dominicantes w roku 2004 do 44 procent (co i tak stawia mieszkańców Zielonej Wyspy w gronie najbardziej praktykujących Europejczyków, obok Polaków i Maltańczyków) wskaźniki ich przekonań i postaw religijnych (z jednym, znaczącym wyjątkiem, o którym za chwilę) nie zmieniają się i pozostają na bardzo wysokim poziomie. To prowadzi do wniosku, że faktyczną przyczyną kryzysu jest pozycja Kościoła w społeczeństwie, która była nie do utrzymania. Jeszcze bowiem na początku lat 60. więcej było na wyspie księży niż urzędników, Kościół był regulatorem niemal każdej dziedziny życia społecznego. Dzisiaj sytuacja jest diametralnie inna. Zaufanie do Kościoła hierarchicznego oscyluje w granicach 20 procent i jest znacząco niższe niż w odniesieniu do instytucji państwowych.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama