GN 42/2020 Archiwum

Neil, uważaj na kabel!

Dokładnie 40 lat temu człowiek postawił nogę na Księżycu. Dzisiaj, analizując na chłodno misję Apollo 11, można stwierdzić, że albo to była komedia pomyłek, albo cud boski, że nie doszło do tragedii.

Lądowanie człowieka na Księżycu miało miejsce 20 lipca 1969 roku. Ale historia tego programu rozpoczęła się dużo wcześniej. Przyciśnięty do muru przez szybkie postępy Rosjan w kosmosie amerykański prezydent John F. Kennedy w 1961 roku obiecał, że do końca dekady człowiek (czyt. Amerykanin) postawi nogę na Księżycu. Misja wystartowała 16 lipca 1969 roku. Na szczycie rakiety Saturn V, w ciasnej kapsule zamknięto trzech astronautów (termin „kosmonauci” zarezerwowany jest przez Rosjan), Neila Armstronga, Michaela Collinsa i Edwina Aldrina.

Start i lot
Nie wiadomo kiedy doszłoby do zdobycia Księżyca, gdyby Amerykanie po II wojnie światowej nie pozyskali do współpracy nazistowskiego zbrodniarza Wernhera von Brauna. To on w III Rzeszy nadzorował projekt budowy rakiet V1 i V2, które miały dać zwycięstwo Hitlerowi. W ówczesnym świecie nie było nikogo, kto o rakietach wiedziałby więcej niż inżynierowie von Brauna. To dzięki nim udało się zbudować ogromną rakietę Saturn V. Mierzyła 111 metrów i ważyła 3 tys. ton. Gdyby eksplodowała w czasie startu, kawałki o masie 50 kilogramów mogłyby zostać rozrzucone w promieniu nawet 5 kilometrów. Na wszelki wypadek NASA postanowiła ustawić trybunę dla gości honorowych w odległości 5,5 km od platformy startowej.

Załogowa misja na Księżyc była zwycięstwem polityków i lobby wojskowego. Naukowcy chcieli kosmos badać robotami. Dodatkowo politycy chcieli przyłożyć ZSRR. Niestety, wysyłanie ludzi na Księżyc jest skomplikowane. Nawet dzisiaj. Lądownik musi być większy. Sporo miejsca zajmuje w nim aparatura podtrzymująca życie. Człowiek bywa zmęczony, znacznie częściej niż maszyny się myli. I, co najważniejsze, nie jest odporny na stres. Kapsuła musiała być też lepiej wytłumiona, osiadać łagodniej na powierzchni… Ilość komplikacji z powodu wpuszczenia człowieka na pokład była ogromna. Wyzwanie zdecydowano jednak podjąć. Kalkulacja polityczna, ot co.

W kapsule zabrakło miejsca na baniaki z wodą. Załoga uzyskiwała ją jako produkt „spalania” wodoru w ogniwach paliwowych. Niestety, na samym początku misji popsuł się jeden z filtrów. W efekcie astronau-ci przez całą misję pili spienioną i mętną zawiesinę. Gdy do tego dodać paczkowane jedzenie i stres, nie dziwi, że w ciągu pierwszych kilku godzin lotu wszyscy zaczęli cierpieć na kłopoty żołądkowe. Do końca trwania misji prawie cała załoga zażywała lekarstwa przeciwko biegunce. Akurat ta niedyspozycja w kosmosie jest szczególnie uciążliwa.

« 1 2 3 »
DO POBRANIA: |
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się