Nowy numer 26/2022 Archiwum

Gra (w) Chińczyka

Chiny grają na przeczekanie wojny na Ukrainie. Nie poparły wyraźnie Rosji, ale też nie odcięły się od niej zupełnie. Cena za tę pozorną neutralność może być jednak wysoka.

Jest taki rodzaj wstrzymania się od głosu, który może być odebrany jako poparcie dla jednej ze stron konfliktu. Tak postrzegana jest na Zachodzie niejednoznaczna postawa Chin wobec wojny Rosji z Ukrainą: jako ciche poparcie dla Putina. W Pekinie zdają sobie coraz bardziej sprawę z tego, że już teraz gospodarka chińska ponosi koszty tego niezdecydowania, odczytywanego jednak jako konkretna deklaracja. A gra toczy się przecież nie tylko o gospodarkę, ale również o pozycję w globalnej rozgrywce mocarstw. Chińczycy nie mogli otwarcie poprzeć USA – bo z perspektywy Pekinu wojna na Ukrainie to konfrontacja Moskwy z Waszyngtonem – ale nie chcieli też wyraźnie wspierać Rosji, choć w tym wypadku „neutralność” tak właśnie jest odbierana. Źródła tej postawy są bardzo złożone. A efekty mogą okazać się dalekie od założonych przez chińskich decydentów.

Rosyjska karta Chin

Pierwszym powodem tego balansowania Państwa Środka jest niestety to samo, co w przypadku zachowania Niemiec w pierwszych dniach wojny, czyli przekonanie, że to kwestia kilku dni, maksymalnie tygodnia. Otóż Pekin, podobnie jak Berlin, ale też Paryż czy inne zachodnie stolice, wierzył, że Putin załatwi „sprawę” z Ukrainą szybko i bez większych perturbacji dla niej i całej globalnej układanki. Wydawało się nawet, że przywódcy Rosji i Chin podczas igrzysk olimpijskich w Pekinie uzgodnili, że Putin poczeka z inwazją do zakończenia olimpiady, ale „operacja wojskowa” też nie będzie specjalnie skomplikowana – dla świata. Tak, Ukraina „nie miała prawa” przetrwać dłużej niż tydzień czy dwa tygodnie. I to jest punkt wyjścia do rozważań nad przeczekującą postawą Chin. Tyle tylko, że dziś, po 3 miesiącach wojny, jesteśmy w zupełnie innym miejscu historii. Również Chiny zdają sobie sprawę, że dalsze stanie w rozkroku może okazać się bardziej ryzykowne niż opowiedzenie się po jednej ze stron konfliktu. Sytuacja – z chińskiego punktu widzenia – wydaje się patowa. Trudno oczekiwać, by Chiny spontanicznie i radośnie przeszły na stronę zachodnią, bo dla Pekinu oznacza to sojusz z USA. Oba mocarstwa od dawna przygotowują się do poważniejszej konfrontacji o rolę światowego hegemona, dlatego ich sojusz byłby trudny do przełknięcia głównie dla Chin – bo w tym przypadku to Amerykanie dyktują warunki i to od ich postawy zależą dalsze losy wojny na Ukrainie. Ale na te losy wpływ ma także postawa Chin, bo gdyby nie różne chińskie kanały, które pomagają Rosji obchodzić zachodnie sankcje, wojna mogłaby zakończyć się szybciej – na korzyść Ukrainy. I – z perspektywy Pekinu to ważniejsze – na korzyść USA. Chiny stoją przed dylematem, bo Rosja, która miała być dla nich narzędziem do szachowania Stanów Zjednoczonych, może tę wojnę przegrać i wtedy Chińczycy stracą jedną ze swoich głównych kart w rywalizacji z Zachodem.

Liczenie strat

Chiny mają zatem problem: nie mogą do końca wyrzec się Rosji, bo ta mimo ogromnych strat, jakie ponosi, ciągle jeszcze stanowi zagrożenie dla swoich sąsiadów i Zachodu. Losy wojny na Ukrainie nie są jeszcze przesądzone, więc nie warto – myślą w Pekinie – pozbywać się potrzebnego do globalnej układanki sojusznika. Tyle tylko, że pułapkę takiego myślenia – pomijając kwestie etyczne tego podejścia, które dla Chin nie mają znaczenia – zaczynają rozumieć najbardziej opiniotwórcze środowiska w Pekinie, w tym w łonie partii komunistycznej. Moją uwagę zwróciła niedawno ciekawa analiza, jaką na łamach magazynu „Foreign Affairs” opublikował prof. Yan Xuetong, dziekan Instytutu Stosunków Międzynarodowych na Uniwersytecie Tsinghua w Pekinie. Przyznaje on, że wojna Rosji z Ukrainą postawiła Chiny w trudnej sytuacji. „Z jednej strony – pisze Xuetong – konflikt zakłócił wart miliardy dolarów chiński handel, zwiększył napięcia w Azji Wschodniej i pogłębił polaryzację polityczną w Chinach, dzieląc ludzi na obozy pro- i antyrosyjskie. Z drugiej strony Chiny obwiniają Stany Zjednoczone o prowokowanie Rosji swoim poparciem dla rozszerzenia NATO i obawiają się, że Waszyngton będzie dążył do przedłużenia konfliktu na Ukrainie, żeby pogrążyć Rosję. Pekin nie widzi zbyt wielu zysków w dołączeniu do międzynarodowego chóru potępiającego Moskwę”. Zaraz jednak dodaje trzeźwo: „Ta strategia równoważenia nie jest pozbawiona kosztów. Odmowa potępienia Rosji nadwyrężyła stosunki Chin z niektórymi sąsiadami i zdystansowała Pekin od wielu krajów rozwijających się, które stanęły w szeregu przeciwko rosyjskiej wojnie na Ukrainie. Spowodowała również koszty ekonomiczne, które mogą trwać jeszcze długo po wojnie (…). Konflikt wstrząsnął rynkami towarowymi i zakłócił łańcuchy dostaw, powodując straty miliardów dolarów dla chińskich firm. Na przykład chiński tytan niklu Tsingshan Holding Group stracił 8 mld dolarów na nieuczciwych transakcjach na skutek wojny, która spowodowała dramatyczny wzrost ceny niklu. Zakłócenia spowodowało również anulowanie chińskich zamówień eksportowych na dużą skalę i osłabienie chińskiej wydajności przemysłowej”.

USA nie odpuszczą?

Myliłby się jednak ten, kto z tego tekstu chciałby wyciągać wniosek, że oto u Chińczyków dojrzewa decyzja o przyłączeniu się do zachodniej koalicji antyrosyjskiej. Profesor pisze bowiem dalej: „Niemniej jednak, aby zminimalizować straty strategiczne, Chiny prawdopodobnie będą podążać tą środkową ścieżką do czasu zakończenia wojny na Ukrainie”. Jako powód Xuetong podaje to, że nawet gdyby Pekin przyłączył się do międzynarodowego potępienia Rosji, Stany Zjednoczone nie złagodziłyby swojej polityki powstrzymywania Chin. Na dowód przytacza słowa zastępcy sekretarza obrony USA, Kathleen Hicks: „Nawet gdy konfrontujemy się z działaniami Rosji, strategia obronna nakazuje, by departament utrzymywał i wzmacniał odstraszanie ChRL jako naszego najbardziej znaczącego strategicznego konkurenta”. Dlatego właśnie chińscy przywódcy są przekonani, że Waszyngton nie zmieni swoich priorytetów, nawet jeśli Pekin zdystansuje się wyraźnie wobec Moskwy. Tyle tylko, że pozostawanie w przychylnej Rosji „neutralności” też wystawia Chiny na ryzyko. Przykład: Stany Zjednoczone już zagroziły ukaraniem chińskich firm, które prowadzą interesy z Rosją. Jeszcze w lutym rzecznik Departamentu Stanu USA Ned Price powiedział dziennikarzom: „Mamy szereg narzędzi, które możemy wdrożyć, jeśli zobaczymy, że zagraniczne firmy, w tym te działające w Chinach, robią wszystko, co w ich mocy, aby obejść amerykańską kontrolę eksportu”.

Chińczycy podzieleni

Czy zatem Chiny do końca będą balansować i nie opowiedzą się wyraźnie przeciwko Rosji? Trzeba brać pod uwagę, że jeśli się zdecydują na jakiś krok, to jednak na korzyść Moskwy. Ciekawe jest to, co prof. Yan Xuetong sugeruje w dalszej części swojej analizy: „Jedną z kwestii, która może zmienić kalkulację Pekinu i popchnąć go w stronę Rosji, jest sytuacja, w której Stany Zjednoczone zapewnią militarne wsparcie dla tajwańskiej deklaracji niepodległości”. Tak, to jedna z głównych przyczyn pozornej neutralności Chin. Powiedzmy sobie jasno: gdyby Ukraina padła, jak się spodziewano, po tygodniu czy dwóch, gdyby Zachód nie dostarczał jej broni do odparcia agresora, prawdopodobnie już dziś lub w nieodległej przyszłości Chiny chciałyby ostatecznie rozprawić się z niepodległościowymi aspiracjami Tajwanu. Obrona Ukraińców i coraz silniejsze wsparcie militarne z Zachodu sprawiają, że również ten chiński plan może się posypać. Nie jest też tak, że USA, z obawy przed reakcją Chin, zrezygnowały ze wspierania Tajwanu. Przeciwnie, okazuje się, że już po rosyjskiej inwazji na Ukrainę Stany Zjednoczone zatwierdziły dla niego kolejne 95 mln dolarów pomocy wojskowej.

Czy to oznacza wpychanie Chin w sojusz z Rosją? I tak, i nie. Profesor Xuetong zwraca uwagę na jeszcze jeden wątek, który władze chińskie muszą brać pod uwagę. Choć nie mówimy o państwie demokratycznym, nastroje społeczne nie są zupełnie obojętne dla chińskich komunistów, którzy przecież nie są z Marsa, ale są tego społeczeństwa częścią. „Wojna na Ukrainie – pisze pekiński politolog – pogłębiła polaryzację polityczną w Chinach. Na WeChat i innych platformach społecznościowych chińscy obywatele połączyli się w przeciwstawne obozy, jeden za Rosją, a drugi przeciwko. Wkrótce po rozpoczęciu konfliktu niektórzy antyrosyjscy chińscy internauci zaczęli dyskutować o niesprawiedliwości traktatu z Aigun z 1858 r., który przekazał Rosji około 230 000 mil kwadratowych chińskiego terytorium. Polityczna wrażliwość tego historycznego wydarzenia w przeszłości sprawiała, że Pekin obawiał się wspierania jakichkolwiek rosyjskich wysiłków na rzecz ekspansji terytorialnej. W tym przypadku Pekin musi jednak szczerze rozważyć antyrosyjskie nastroje wśród niektórych chińskich obywateli”. To wszystko łącznie sprawia, że chińska gra może przeciągać się w nieskończoność. Jeśli w międzyczasie Rosja będzie tracić na znaczeniu, może oznaczać to wzmocnienie hegemonii USA i wyraźne osłabienie Chin, a tym samym odsunięcie mocno w czasie prognozowanej dotąd przez niemal wszystkich analityków konfrontacji między dwoma mocarstwami.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się