Nowy numer 21/2022 Archiwum

Odwagi! Idziemy dalej!

Do historii przeszły jego brawurowe spacery po linie. To również niezwykła metafora. Naprawdę balansował na krawędzi. Swymi kazaniami doprowadzał do furii turyńskich masonów i przeżył wiele zamachów na swoje życie.

Kim był Giovanni Melchiorre Bosco? Wychowawcą młodzieży, założycielem nowego zgromadzenia, wydawcą katolickich książek, gorliwym obrońcą papiestwa, linoskoczkiem, sztukmistrzem, świetnym gawędziarzem. Potrafił świetnie szyć, robić znakomite likiery i naprawiać buty. Miał fenomenalną pamięć. Choć był niskiego wzrostu (zaledwie 163 cm), zdumiewał otoczenie niezwykłą sprawnością fizyczną (współpracownicy śmiali się, że doganiał zające) i siłą (widzieli, jak miażdżył palcami twarde włoskie orzechy). Stworzył nowoczesny system wychowania oparty na zaufaniu i słuchaniu. Prawdziwą innowacją było to, że zakazał wszelkiego rodzaju kar cielesnych, wprowadzając rewolucyjną zasadę, że wychowawca ma być przyjacielem, a nie surowym nadzorcą.

Nieprzypadkowo za początek jego apostolstwa uznaje się dzień 8 grudnia 1841 roku. Bezgranicznie ufał Maryi i wielokrotnie przekonał się o sile Jej wstawiennictwa. Żył w czasach, gdy jego rodzinny Piemont targany był potężnymi społecznymi zawirowaniami. Jednoczyły się Włochy, co doprowadzało do wielu napięć. Młodzi, do których ruszał z Ewangelią, harowali za grosze w turyńskich fabrykach po 15 godzin dziennie. – Wchodził do ich świata. To była jego metoda wychowawcza. Nigdy nie zaczynał od katechizacji, ale od pierwszego kontaktu. Był na ulicy, tam, gdzie włóczą się dzieciaki – wyjaśnia salezjanin ks. Przemysław Kawecki. – Był wybitnym wychowawcą, ale nie napisał żadnego opasłego podręcznika. Własnoręcznie skreślił zaledwie kilkanaście stron esencjonalnych wskazówek. Był praktykiem. Każdy, kto chciał poznać styl jego pracy, słyszał: „Jeśli chcesz zrozumieć, na czym polega moja metoda wychowawcza, to przyjdź do Oratorium i zobacz, jak to robię…”. Najbardziej poruszająca historia? Spotkanie na dworcu Caramagnola z Michałem Magone, chłopakiem wychowanym przez ulicę, który staczał się po równi pochyłej. „Kim jesteś, klecho, że nie boisz się gadać z takimi jak ja?” – usłyszał salezjanin. Tak zaczęła się ich szczera przyjaźń. Chłopak zmarł jako czternastolatek, a na łożu śmierci szepnął: „Niech ksiądz powie wszystkim chłopakom, że czekam na nich w niebie”.

Salezjanie nie mieszkają w klasztorach. Ich założyciel nazywał swe dzieła „domami”. To klucz do zrozumienia jego metody wychowania. Uczył współpracowników, by tworzyli w placówkach ciepłą, rodzinną atmosferę. Starał się być tam, gdzie byli młodzi ludzie: w bramach, na ulicach, w miejscach ich pracy. Organizował dla nich zabawy, wycieczki, konkursy. Jako dziewięciolatek miał proroczy sen, w którym ujrzał rys swej przyszłej misji wśród zagubionej młodzieży. Zapamiętał go do końca życia, traktując jako „odgórną” wskazówkę. Jego ulubione powiedzenie? „Niech cię nic nie niepokoi. Odwagi – idziemy dalej!”. Tak żył.

Zmarł o świcie 31 stycznia 1888 roku, pozostawiając aż 65 domów, w których pracowali salezjanie.

Marcin Jakimowicz

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama