Nowy numer 21/2022 Archiwum

Maleńkie perełki cierpienia

Maja czuła miłość babci. Skoro przez 19 lat nie została wyrzucona z domu, to musiała być miłość. Nie sądziła jednak, że tak wielka.

Zuzia nie odzywa się do Pana Boga. Kiedyś Go kochała, dużo się modliła, wierzyła Mu. Ale obraziła się. I to wcale nie dlatego, że nie chciał uzdrowić jej nóg, które od zawsze zniewolone są tą straszną diagnozą dziecięcego porażenia mózgowego. – Nigdy nie prosiłam o nic dla siebie, nigdy – ogromne łzy staczają się po trzęsącym się podbródku Zuzi. – Tylko dwa razy, żeby uzdrowił dziadunia, a później babunię. Ale mnie zawiódł.

Bardziej babcia czy mama?

To był typowy kryzys wieku średniego. 18- czy 19-letnia narzeczona, szalone uczucie, serce, które znów zabiło jak wtedy, gdy poznał Mariolę. Ale z Mariolą to było dawno temu, teraz rodziło się coś nowego. To nic, że w domu troje wystraszonych dzieci, że Mariola wylewa łzy, że bliscy tłumaczą. Odszedł, a żona postanowiła go nie zatrzymywać. „Jeśli mógł być szczęśliwy, to nie chciałam mu w tym przeszkadzać”. Wtedy coś w niej pękło, zawiodła się tak mocno, że nawet gdy próbował wrócić, przeprosić, nie chciała. Postanowiła dać sobie radę sama. A życie postawiło przed nią ogromne wyzwanie.

Prawie dwadzieścia lat temu na świat przyszły dziewczynki: Maja i Zuzia. Ich ojciec, syn Marioli, źle trafił. Partnerka nie dojrzała do macierzyństwa córek, które urodziły się z wieloma problemami neurologicznymi pod koniec 25. tygodnia ciąży. Mimo że wypis szpitalny jasno określał, iż bliźniaczki potrzebują natychmiastowego wsparcia wielu specjalistów, matka zaniedbała ich rozwój. Pojawiła się Mariola, zobaczyła dwie kruszyny i oddała im całe swoje babcine serce. Zajęła się nimi jak mama, a właściwie ze znanym tylko babciom oddaniem i miłością.

Ukochany Jancio

Miały być „warzywami”. To niezbyt eleganckie określenie obrazuje stan człowieka, który nigdy nie usiądzie, sam nie zje, nie ubierze się, na pewno jednak będzie nosił pieluchę i będzie wymagał całkowitej opieki. Można się załamać, no chyba że się jest babcią Mariolą, która nie słucha specjalistów, tylko walczy, rehabilituje, szuka nowych metod, zbiera pieniądze, niemal żebrze i modli się. A ponieważ nikt nie ma takich wejść w niebie jak babcie, to wymadla dla Mai niemal całkowite zdrowie (skolioza i kilka innych dolegliwości przy „warzywie” zupełnie się nie liczą), a dla Zuzi wózek, bystry umysł i coś jeszcze, co zdumiewa wszystkich. Zuzia kocha Jancia ponad wszystko. Kiedy pojawiła się tak wielka miłość do nieżyjącego już wówczas Jana Pawła II? Może wtedy, gdy odbywał się jego pogrzeb, a ona z siostrą pierwszy raz tak spokojnie przeleżały na tapczanie, by babcia z córką mogły skupić się na wydarzeniach. Dopiero gdy zamknęła się księga życia, wróciły do normalności, czyli towarzyszącej im nadpobudliwości. W każdym razie Jancio jest jej. Wierzy, że jej pomoże, że będzie dzięki niemu chodzić! Tak bardzo chciałaby pojechać do niego do Rzymu, pomodlić się przy jego grobie, wypłakać te piękne oczęta, dotknąć – choć na ułamek sekundy – zimnej płyty nagrobnej. Takie wielkie marzenie takiej małej, wówczas siedmioletniej Zuzi.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama