GN 40/2023 Otwarte Archiwum

Trajektoria zagłady

„Nie patrz w górę” obnaża zakłamanie życia politycznego w USA, ale przede wszystkim uderza w media i branżę Big Tech.

Filmowa satyra McKaya przedstawia pesymistyczny, miejscami brutalny obraz amerykańskiego społeczeństwa ogłupianego przez media, serwisy społecznościowe i skorumpowanych polityków. Film stoi w opozycji do wielu katastroficznych fantazji w rodzaju „Armageddonu” Michaela Baya z 1998 roku. Tym razem Ziemi zagraża nie asteroida, ale ogromna kometa. Odkryła ją doktorantka Kate Dibiasky. Dziewczyna i jej promotor dr Randall Mindy obliczyli, że za 9 miesięcy, jeżeli nie zostanie podjęta jakaś akcja, kometa przyniesie zagładę całej ludzkości. Przerażeni astronomowie usiłują przekonać o zagrożeniu amerykańską administrację. Kiedy pani prezydent lekceważy informacje, astronomowie postanawiają się zwrócić do mediów. Tu również nie spotykają się z większym zainteresowaniem.

Rządzą ignoranci

Obraz amerykańskiego establishmentu, jaki wyłania się z filmu, nie nastraja optymizmem. Rządzący to zadufani w sobie ignoranci, dla których nauka jest potrzebna o tyle, o ile jest im w jakiś sposób przydatna. Oglądając film, musimy jednak pamiętać, że reżyser jest ofiarą politycznego zacietrzewienia charakterystycznego dla hollywoodzkiej elity, która po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta deklarowała chęć wyjazdu z kraju. Jak dotąd nikt nie wyjechał. Wystarczy wejść na Twittera, by przekonać się, że McKay jest zwolennikiem Berniego Sandersa, który otwarcie deklaruje się jako socjalista, a w 2015 roku w prawyborach Partii Demokratycznej przed kampanią prezydencką przegrał rywalizację z Hillary Clinton, chociaż ostatecznie ją poparł. McKay przed rozpoczęciem zdjęć do filmu deklarował, że postać prezydent Orlean i jej doradców wzorował na Donaldzie Trumpie i jego otoczeniu. Reżyser szczerze nienawidzi Trumpa. Niezależnie jednak od wcześniejszych deklaracji wydaje się, że pokazane w filmie rządy pani prezydent Orlean bardziej przypominają to, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych za czasów Joego Bidena.

Orlean pozostaje w zażyłych stosunkach z Peterem Isherwellem, szefem wielkiej korporacji produkującej telefony komórkowe, który ma ogromny wpływ na jej decyzje. Isherwell, uzurpujący sobie prawo do bycia zbawcą ludzkości i pchnięcia ewolucji na nowe tory, wzorowany jest niewątpliwie na postaciach właścicieli wielkich korporacji Big Tech w rodzaju Steve’a Jobsa, Elona Muska czy Marka Zuckerberga, szefa Facebooka i Twittera. Firma Isherwella, która w filmie cieszy się nieomal fanatycznym uwielbieniem konsumentów, przypomina Apple z roku 2007, kiedy Jobs przedstawiał światu iPhone’a. Pożytki, jakie według deklaracji założycieli miały przynieść ludzkości nowe media, w znacznej części okazały się złudzeniem. Dzisiaj stanowią one znakomite narzędzie manipulacji, dezinformacji i destabilizacji politycznej. W „Nie patrz w górę” wątek związany z postacią Petera Isherwella w niesamowitej interpretacji Marka Rylance’a stanowi tego doskonałą ilustrację. Media potrafią tak zakłamać rzeczywistość, że nawet patrząc w górę, nie widzimy tego, co tam naprawdę się znajduje.

Plagi nie tylko amerykańskie

Reżyser nie ukrywał, że inspiracją dla zagrożenia ze strony komety była sprawa globalnego ocieplenia. No i oczywiście pandemia. Tytuł filmu można zrozumieć jako aluzję do ruchu antyszczepionkowców ignorującego dowody na działanie szczepionki. Kiedy kometa widoczna jest już gołym okiem, Kate Dibiasky nawołuje, by spojrzeć w górę. „Nie patrzcie w górę” krzyczą z kolei negacjoniści. Trudno jednak stawiać na równi problem zagrożenia ze strony asteroidy czy komety, których trajektorie można precyzyjnie obliczyć, ze sprawą globalnego ocieplenia.

Film, mimo politycznych sympatii reżysera, w sposób bezwzględny obnaża mechanizmy i zakłamanie, jakie panoszy się w całym życiu politycznym Stanów Zjednoczonych, przede wszystkim jednak uderza w media i branżę technologicznych gigantów. Z pewnością nie stanowi to jakiegoś wielkiego odkrycia, bo zdają sobie z tego sprawę wszyscy, którzy interesują się głębiej polityką, dziennikarstwem i mediami, ale chyba po raz pierwszy działania te zostały w filmie tak bezpośrednio przedstawione. Liczy się tylko zysk, dlatego wszystko jest na sprzedaż. W tym całym procesie obowiązuje też zasada, że klient ma zawsze rację. Chociaż teza, że trudniej sprzedać np. złe wiadomości, nie wydaje się do końca słuszna. Wystarczy wziąć do ręki jakąkolwiek gazetę codzienną, czy wejść na portal informacyjny, by przekonać się, że królują tu „złe” wiadomości. Z tej masy informacji trudno natomiast wyłowić ważne. Znakomicie obrazuje to wątek telewizyjnego programu śniadaniowego prowadzonego przez parę dziennikarzy, w którym wszystko ulega trywializacji, a najważniejszą informacją okazuje się rozstanie pary celebrytów. O ile kiedyś dziennikarstwo, przynajmniej to poważne, cieszyło się szacunkiem, o tyle obecnie w znacznej części stało się elementem kultury masowej, rozrywką. Powstaje problem, jak w takim razie w tym wszystkim obroni się prawda. Reżyser dowodzi, że nie ma na to szans.

Kto pamięta o Bogu?

Czy pesymistyczna teza, jaką McKay stawia w filmie, że ludzkość nawet w obliczu niebezpieczeństwa nie jest w stanie się zjednoczyć, by znaleźć rozwiązanie globalnego problemu, jest prawdziwa? Może jednak nie do końca. Reakcja na zagrożenia związane z pandemią pokazała, że możliwe jest skupienie się na poszukiwaniu rozwiązań dla wspólnego dobra. Przynajmniej częściowo, bo i dzisiaj szczepionki na COVID-19 stały się problemem politycznym. Świadczy o tym fakt, że część krajów uznaje tylko te, które zostały wyprodukowane w danym regionie. Można zapytać dlaczego. Czy chodzi tylko o czysty biznes i uwarunkowania polityczne, gdzie nie liczy się dobro wspólne?

W filmie znajdziemy wiele cennych spostrzeżeń, ale zdajemy sobie też sprawę, że jest to szyta grubymi nićmi satyra. Według McKaya większość ludzi to idioci. Pierwszoplanowi bohaterowie filmu przypominają marionetki poruszane pod z góry przyjętą tezę. Z postaci pierwszego planu właściwie tylko odstawiona na boczny tor doktorantka Kate Dibiasky jest bohaterką, z którą widz może się identyfikować. Została wyśmiana i zdyskredytowana, nie chcąc poddać się presji wywieranej przez jej własne środowisko i przyjaciół, bo zebrane przez nią naukowe dowody, chociaż prawdziwe, okazują się dla wszystkich z różnych powodów niewygodne.

W tym satyrycznym obrazie amerykańskiego społeczeństwa na krawędzi rozpadu nikt zdaje się nie pamiętać o Bogu. Ludzie myślą i działają wyłącznie w kategoriach egoistycznie pojętego interesu. Warto jednak zauważyć, że chociaż zapomnieli nawet, jak się modlić, w obliczu zagłady część pierwszoplanowych bohaterów jednoczy się w modlitwie, odmawiając ją własnymi słowami. Ta scena w kontekście całego filmu, który ma trzy zakończenia, jest dla widza pewnym zaskoczeniem.•

Nie patrz w górę, reż. Adam McKay, wyk.: Leonardo DiCaprio, Jennifer Lawrence, Rob Morgan, Jonah Hill, Mark Rylance, USA 2021

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Dziennikarz działu „Kultura”

W latach 1991 – 2004 prezes Śląskiego Towarzystwa Filmowego, współorganizator wielu przeglądów i imprez filmowych, współautor bestsellerowej Światowej Encyklopedii Filmu Religijnego wydanej przez wydawnictwo Biały Kruk. Jego obszar specjalizacji to film, szeroko pojęta kultura, historia, tematyka społeczno-polityczna.

Kontakt:
edward.kabiesz@gosc.pl
Więcej artykułów Edwarda Kabiesza

Quantcast