Nowy numer 2/2022 Archiwum

W najlepszych rękach

Prosili i odpowiedział. Nie bez powodu słyszymy o Józefie, że to „święty mówiący czynami”.​ Poprosiliśmy naszych dziennikarzy o świadectwa, w których opowiadają o doświadczeniu jego szczególnej opieki w poświęconym mu roku.

Otrzymał konkretne zadanie: miał wychować Syna Boga, by ten wyszedł na ludzi. Ponieważ mamy dziś mocne doświadczenie Kościoła wyprowadzonego na pustynię, przechodzącego przez ogień oczyszczenia („Czas bowiem, aby sąd się rozpoczął od domu Bożego”), niezwykle wyraźnie przemawia do nas fakt, że opiekun Świętej Rodziny wszystkie swoje najważniejsze decyzje podejmował w ciemnościach. Wbrew licznym rozterkom i wątpliwościom wciąż bombardującym jego głowę. Milczący święty w tym roku wreszcie wyszedł z cienia, a wielokrotnie na wszystkich możliwych szczeblach przypominano sobie, że jest niezawodnym patronem Kościoła.

Przed laty opublikowaliśmy w „Gościu” świadectwa jego konkretnego wstawiennictwa. Opisywaliśmy historie ludzi, którzy pisali do niego listy, choć w chwili, gdy brali do ręki długopis, czuli, że porywają się na jakieś szaleństwo. Długo nie musieli czekać na pozytywne rozpatrzenie sprawy: Józef odpowiadał. Bo to święty mówiący czynami.•

Po starej znajomości

Właściwie nie wiem, czy można to nazwać przyjaźnią. Od czasu do czasu umawiam się z nim, żeby pogadać, pożalić się, skonfrontować. Zdecydowanie częściej raczej milczę w jego obecności i czasami mam wyrzuty sumienia, że za mało czasu i serca inwestuję w tę znajomość.

Chociaż słyszałem o nim od dawna, to taki bardziej osobisty kontakt nawiązaliśmy dopiero przed kilkoma laty. To było dokładnie przed Bożym Narodzeniem. Miałem do przygotowania kazanie na Pasterkę i zmęczony powtarzaną każdego roku sielankową opowieścią o Dzieciątku w żłóbeczku z wołkiem i osiołkiem w tle, trochę z przekory po inspirację postanowiłem udać się na daleki Wschód. I stało się coś, czego się nie spodziewałem. W świecie ikon mojej uwagi nie przykuł wtedy ani żłóbek jak sarkofag, ani nawet całun zamiast pieluch. Całą scenę (i świąteczne kazanie też) skradł on!

Pamiętam jak dziś: smutny, markotny, odwrócony plecami do groty, z dłońmi zakrywającymi twarz w geście „to się w głowie nie mieści”. Na jego twarzy z ikony czytałem zniechęcenie, strach, wątpliwości, rozczarowanie. Wydał mi się wtedy taki bliski i taki ludzki w tym boskim wizerunku. I tak to się niewinnie zaczęło, a z czasem przemieniło w dyskretne towarzyszenie i inspirujący przykład do naśladowania. I nawet ucieszyłem się trochę, mając nadzieję, że to jego zapowiedziane przez papieża Franciszka „wyjście z cienia” będzie mogło odświeżyć naszą znajomość i choć trochę bardziej zacieśnić więzy i relację.

Niestety. Znowu za mało się starałem, a on przemknął przez swój rok prawie niezauważony. Mówię to jednak ze spokojem, bo wiem, że on raczej nie ma mi tego za złe. Jemu po prostu to pasuje. Cały on! Prawdziwy mistrz drugiego planu, z gotowym scenariuszem i receptą na szczęście: posłuchać, zaufać i po prostu robić swoje. I nie dyskutować, bo w obliczu Słowa, które zaprasza do współpracy, ludzkie słowa, plany i marzenia stają przereklamowane.

To wyzwanie, którego nie da się załatwić po znajomości ani tym bardziej przerobić w rok. Wiem to i wiem, od kogo czerpać inspiracje i motywacje. Od najlepszego…

ks. Tomasz Wojtal

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL