Nowy numer 48/2021 Archiwum

Mamucie safari na Syberii

Park Plejstoceński to próba odtworzenia na 140 km2 ekosystemu sprzed kilkunastu tysięcy lat. Tylko po co?

Mózgiem projektu jest rosyjski badacz Siergiej Zimow. Ten biolog od ponad 30 lat próbuje odtworzyć na obszarze 140 km2 ekosystem, w jakim kilkadziesiąt do kilkunasty tysięcy lat temu żyły m.in. mamuty. W tym czasie tereny dzisiejszej Europy i północnej Azji cechowało niezwykłe bogactwo biologiczne. Jego różnorodność można porównać z dzisiejszą sawanną afrykańską. 

Nazwa Park Plejstoceński może kojarzyć się z filmową nazwą Park Jurajski i coś w tym jest, bo celem projektu jest stworzenie rezerwatu, w którym istniałyby warunki podobne do tych z czasów prehistorycznych, gdy po Ziemi biegały jeszcze zwierzęta dziś już wymarłe, jak choćby mamuty, nosorożce włochate czy lwy jaskiniowe. Ekosystem ten nazywany dziś stepem mamucim, charakteryzowała bujna roślinność i obecność dużych gatunków ssaków, tzw. megafauny. Około 12 tys. lat temu obszary stepu mamuciego zaczęły się bardzo szybko kurczyć, a wraz z jego zanikaniem zniknęły liczne gatunki wielkich ssaków. Zdaniem rosyjskich badaczy ich odtworzenie może mieć wielkie znaczenie dla rozwiązania współczesnych problemów klimatycznych, ponieważ na wielką, nieznaną dziś skalę pochłaniał dwutlenek węgla z atmosfery. 

Problemem w odtwarzaniu stepu mamuciego jest nieznana dziś przyczyna jego zanikania. Jak dotąd twierdzono, że zniknięcie stepu przyczyniło się do zniknięcia dużych ssaków. Choć część naukowców podejrzewa, że w procesie wymierania stepu dominującą role odegrało ocieplenie klimatu, to jednak step przetrwał wcześniejsze ocieplenia. Zdaniem rosyjskich badaczy było inaczej - to zniknięcie zwierząt było pierwsze, a w następstwie ich wymarcia zniknął step. Megafauna najpierw wyginęła w Europie, następnie na terenie północno-środkowej Azji, a w ostatniej kolejności na północy Ameryki. Ta sekwencja sugeruje, że kluczową rolę w wyginięciu wielkich gatunków odegrał człowiek, który właśnie w takiej kolejności zasiedlał te tereny. Łowcy znacząco zmniejszyli populację zwierząt, te nie wydeptywały i nie wyjadały już na taką skalę stepu, który zaczął zarastać. W efekcie step się kurczył, ustępując miejsca lasom i tajdze, oferując mniej pokarmu i terytorium zwierzętom. Nałożyły się więc dwa wzmacniające się nawzajem procesy.

Zimow od trzech dekad stara się odtworzyć na obszarze 140 km2 faunę sprzyjającą rozwojowi roślinności stepowej. Pojawiło się już stado koników jakuckich, kilka wołów piżmowych, niewielka grupa żubrów, stadko jaków i domowych owiec z gatunku przystosowanego do znoszenia ekstremalnych temperatur, stado kałmuckich krów i wreszcie 12 bizonów. Oprócz nich żyje tu lokalna populacja łosi i reniferów. W międzyczasie zwiększył się areał trawiasty, wolniej niż poza parkiem ubywa też wiecznej zmarzliny, która rozmrażana uwalnia do atmosfery ogromne ilości dwutlenku węgla. Jak na razie eksperyment daje optymistyczne rezultaty. Czy uda się je przenieść na większą skalę? Trudno powiedzieć. Na pewno jednak projekt rosyjskich biologów pokazuje jedno - w przyrodzie nic nie jest samotną wyspą - wszystkie zjawiska są ze sobą ściśle powiązane i zaburzenie równowagi w jednym z elementów może uruchomić domino, które prowadzi do katastrofy.

 

« 1 »

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama