Nowy numer 48/2021 Archiwum

Śledziejowickie „Słoneczniki”

– Arka jest znakiem dla świata, że każdy człowiek jest ważny. Bo Pan Bóg najbardziej ceni sobie modlitwę ubogiego – mówi o. Andrzej Kostecki OP, od lat związany ze wspólnotami, które w tym roku obchodzą 40-lecie obecności w Polsce.

Mateusz jest specjalistą od kaset. Od kilkunastu lat codziennie wyciąga z nich taśmy, a puste pudełka ozdabia i obdarowuje nimi spotkanych ludzi. Nikt już nie liczy, ile tych dziwnych, ale dawanych prosto z serca prezentów powstało. Podobno ponad 5 tysięcy. Obdarowana została między innymi Wisława Szymborska. – Chyba była zachwycona! – opowiada Magdalena Jaworska, mama mężczyzny.

Ludzkie historie

Mieszkają w Czarnochowicach. Mateusz ma porażenie mózgowe, lekarze nie dawali mu szans. – Miał nie mówić, ale dogaduje się ze wszystkimi. Miał leżeć, ale jeździ na wózku. Jest sprawny fizycznie, pracowity, silny, ma dobrą pamięć. To jest nasz cud – matka patrzy na syna z dumą. Z Arką przyjaźnią się od lat. – To jego radość i życie. Nic więcej nie potrzebuje. Wystarcza mu, że są wokół niego ludzie, bo spotkania są najważniejsze na świecie – relacjonuje M. Jaworska. Gdy syn przez kilka godzin dziennie znajduje się pod dobrą opieką, ona może zadbać o siebie. – To ważne, bo chcę przecież żyć w dobrej formie dla mojego dziecka – mówi mama Mateusza.

U początku polskiej historii stworzonej przez Jeana Vaniera wspólnoty osób z niepełnosprawnościami i ich przyjaciół były małe siostry Jezusa, Wanda i Bożena. I Helenka, siostra Wandy z niepełnosprawnością intelektualną. Trzy kobiety 40 lat temu zamieszkały w Śledziejowicach. Dom kupiły dzięki zaangażowaniu L’Arche i pomocy kard. Franciszka Macharskiego. Potem byli kolejni ludzie: Ala, która dziś spisuje dzieje śledziejowickiej Arki, zawsze uśmiechnięta Cecylka, Karol, który rozmawiał z aniołami i pisał listy do Pana Boga, Ewa, nazywana van Goghiem ze Śledziejowic, Kasia, Agatka…

Dziś Arka w Polsce to pięć wspólnot: w Śledziejowicach, Poznaniu, Wrocławiu, Warszawie i Gdyni. Życie tętni w ośmiu domach typu rodzinnego, mieszkaniach chronionych, Środowiskowym Domu Samopomocy, Warsztatach Terapii Zajęciowej i w trzech innych działających przy wspólnotach pracowniach terapeutycznych. Dwie kolejne grupy, w Opolu i Bydgoszczy, są na etapie przekształcenia swojego marzenia o powstaniu nowej wspólnoty L’Arche w konkretny projekt.

Ojciec Andrzej Kostecki, od lat związany ze Śledziejowicami, dziś posługujący na Węgrzech, zapytany, jakim słowem określa Arkę, bez wahania odpowiada: dom. – A dom to miejsce, gdzie jesteśmy razem na dobre i złe. Dom tworzą ludzie, którzy mają w sobie piękno – uściśla.

Chodzi o szczęście

Joanna Chłopicka z Arką związana jest od ośmiu lat. Dołączyła do władz fundacji i, jak wszyscy pozostali członkowie zarządu, pracuje społecznie. – Dajemy swoje kompetencje, kontakty, talenty, ale o wiele więcej otrzymujemy – mówi. Jak przyznaje, początkowo miała obawy przed kontaktem z osobami z niepełnosprawnością intelektualną. – Kiedy tu przyjechałam po raz pierwszy, miałam w sobie wiele emocji, nie wiedziałam, jak się zachowam. Ale zostałam powitana tak serdecznie, że natychmiast poczułam się jak u siebie – wspomina. Od mieszkańców Śledziejowic uczy się radości i prostej przyjaźni, bo dla nich każdy człowiek jest ważny, niezależnie od tego, jak wygląda czy ile ma pieniędzy. – Taka jest Arka. Przychodzisz tu i nie wiesz, kto jest osobą z niepełnosprawnością, a kto nie – opowiada J. Chłopicka.

Najdłuższym stażem może pochwalić się Wojciech Zieliński, który poznał wspólnotę jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku, gdy raczkowała w Polsce. – Rolą Arki jest zmiana postaw ludzkich. Czasem to się przejawia w dość zabawny sposób. Początkowo przychodziły na kontrole groźne panie z sanepidu. Albo groźny pan strażak. Siadaliśmy przy stole i obserwowaliśmy, jak powoli miękną – śmieje się. – Widzieli, że tu jest dobro – przekonuje. To dobro zaraża. Można być wolontariuszem, który przyjeżdża raz z miesiącu, bo akurat tyle ma czasu, i idzie na spacer z domownikami Arki. Są osoby przyjeżdżające częściej, które na przykład gotują obiad czy sprzątają łazienkę. Przez domy Arki przewinęły się tysiące ludzi. – Cokolwiek się wydarzy w ich życiu, czy będą wierzący, czy niewierzący, tutaj dotknęli czystego dobra. A to zostawia ślad – podkreśla W. Zieliński.

Cuda też są

Izabela Waszkiewicz jest kierowniczką WTZ Arki w Śledziejowicach dla 34 osób z powiatu wielickiego. Ale dla niej to więcej niż praca. Po raz pierwszy zetknęła się z L’Arche w 2006 roku, kiedy wyjechała na rok do Bolonii i była wolontariuszką w jednym z domów wspólnoty.

Zarządzanie w Śledziejowicach opiera na żelaznej zasadzie: do osób z niepełnosprawnością intelektualną nie można podchodzić z litością. Należy im się miłość, która stawia zdrowe wymagania. Takie podejście przynosi owoce. Uczestnicy warsztatów podejmują pracę na otwartym rynku i potrafią się w niej utrzymać, są samodzielni. Z sukcesem pracują w gastronomii, przy sprzątaniu, a nawet w biurach.

Dobre i złe bagaże

Wiadomości o ciemnej stronie Jeana Vaniera, założyciela L’Arche, były bolesnym ciosem dla wielu osób, które znały go osobiście, czytały jego książki, uważały za autorytet. – Wojtek Bonowicz powiedział, że Vanier był drogowskazem, który upadł, ale kierunek, który wyznaczał, jest właściwy. Arka to wspaniałe dzieło, które nie upadnie – podkreśla Joanna Chłopicka. Dla Agnieszki Karolak, dyrektor krajowej L’Arche w Polsce, sprawa jest oczywista. – Wciąż dojrzewamy. Dowodem na to, że to, co robimy, ma głęboki sens, jest powstawanie grup założycielskich. One mogły się wycofać, gdy wybuchł kryzys związany z Jeanem. A jednak widziały, że to jest coś więcej niż dzieło jednego człowieka. To jest dzieło Boga – zauważa.

W życiu wspólnot nie widać oznak kryzysu. – Wizerunkowo Arka mogła stracić, ale w wymiarze codziennym nic takiego nie nastąpiło – ocenia o. Andrzej Kostecki. Czym bowiem jest duchowość Arki? – Życiem, odkrywaniem ubóstwa w naszych sercach i budowaniem na nim relacji, przekraczaniem tego, co w nas słabe. Najgorsza ciemna strona Jeana czy kogokolwiek innego tego ducha nie zniszczy – zapewnia zakonnik. – Są dobre i złe bagaże. Wszystkie trzeba nieść, by móc iść dalej – stwierdza.

Jest więc miejsce na marzenia – o wychodzeniu na zewnątrz i pokazywaniu, że osoby z niepełnosprawnością intelektualną są potrzebne w społeczeństwach; o odkrywaniu entuzjazmu, świętowaniu drugiego człowieka, spotkaniach, które przemieniają; o nowym domu.

– Ten stary, od którego zaczęła się historia Arki, ma swój klimat, ale jego mieszkańcy starzeją się i potrzebują dostosowanej do ich specjalnych potrzeb przestrzeni – wyjaśnia dyrektor wspólnoty w Śledziejowicach Rafał Ślusarczyk. W starym budynku nie jest możliwe zlikwidowanie barier architektonicznych. Dlatego Fundacja L’Arche podjęła decyzję o budowie nowego domu. Mają działkę, pozwolenie na budowę, kosztorys oraz… obrus na stół w nowym domu. Bo stół, obok kaplicy, jest sercem wspólnoty.

Ewa, śledziejowicki van Gogh, namalowała kiedyś dla o. Kosteckiego „Słoneczniki”. – Pamiętam, jak każdy szczegół dopracowywała pędzelkiem, jak pieczołowicie dobierała kolory, próbowała tak malować, żeby wszystko pasowało – opowiada zakonnik. Dla niego Arka jest takim obrazem. – Każde pociągnięcie pędzelka, każdy kawałek farby, każdy kolor jest ważny, najważniejszy. Każda osoba jest ważna i potrzebna, by obraz był piękny – wyjaśnia. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama