Nowy numer 42/2021 Archiwum

Pieszo do serca

19-letni Szymon Szymański przeszedł samotnie trasę z Jasnej Góry do Watykanu. W 59 dni pokonał ponad 1800 kilometrów w intencji Kościoła w Polsce.

Nie miał żadnego towarzysza, wziął ze sobą parę najpotrzebniejszych przedmiotów, ubrań i po prostu ruszył przed siebie. Ale ta decyzja nie wzięła się znikąd. 4 lata temu ksiądz zaproponował mu pieszą pielgrzymkę z Gdańska do Częstochowy. Tam obudziła się w nim idea pieszego pielgrzymowania. Trzy razy pokonał tę trasę, ale zapragnął czegoś więcej. – Moje myślenie dla ludzi z mojego otoczenia często okazuje się abstrakcyjne. W głowie rodzą się pomysły, które na pierwszy rzut oka wydają się wręcz niemożliwe do zrealizowania, ale potem okazuje się, że z Bogiem wszystko jest możliwe! – uśmiecha się Szymon Szymański z Pomlewa.

Na spontana w imię Pana

19-latek pragnął zasmakować życia, które wiódł św. Franciszek. Wiedział, że w przypadku Biedaczyny z Asyżu wędrówka przyniosła ogromne owoce i przemianę wewnętrzną. Pandemia nieco wstrzymała plany Szymona, ale co się odwlecze, to nie uciecze. 4 lipca 2021 roku Polak wyruszył spod cudownego obrazu Matki Bożej Częstochowskiej w kierunku Rzymu. Dlaczego wybrał właśnie Wieczne Miasto? – Tam bije serce naszego Kościoła, a ja wędrowałem w intencji Kościoła w Polsce. Myślałem jeszcze o Santiago i Jerozolimie jako głównych punktach pielgrzymkowych. Jednak szlak w stronę Hiszpanii jest dość popularny i nie odwzorowałby dobrze życia Biedaczyny z Asyżu, zaś Jerozolima była opcją najbardziej niebezpieczną, która wymaga zdecydowanie dłuższych przygotowań – wyjaśnia S. Szymański.

Odważny pielgrzym noclegi planował spontanicznie. Spał dosłownie tam, gdzie się dało, choć starał się trzymać blisko kościołów. Ale zdarzało mu się odpoczywać na ławce w parku, na przystanku czy pod blokiem. Często nocował pod drzwiami plebanii, które były zamknięte. – To wydawało mi się najbezpieczniejsze. Ciekawą sytuację miałem w Austrii, kiedy zadzwoniłem do parafii i włączył się nagrany głos proboszcza, że nie ma go w domu. Okazało się jednak, że pierwsze drzwi były otwarte. Ulokowałem się w przedsionku, jednak obawiałem się, że gdy ktoś przyjdzie, weźmie mnie za złodzieja. Ale nikt przez całą noc nie wszedł – opowiada „Gościowi” mężczyzna.

Szymon w dom, Bóg w dom

Na początku było mu ciężko fizycznie. Bolały go nogi, ale później mięśnie się przyzwyczaiły. Większym problemem okazały się nieprzespane noce i pęcherze na stopach. Pielgrzym nie wyznaczył sobie bardzo dokładnego planu drogi, ale uwzględnił w nim większe miejscowości. – Trochę jak św. Franciszek, który znał swój cel, lecz nie wiedział dokładnie, którędy dojdzie. Mój plan się zbytnio nie sprawdził. Już w Czechach zrezygnowałem ze swojej trasy. Czasem na nią natrafiałem, ale w trakcie pielgrzymki rozpisywałem sobie wszystko z dnia na dzień – wspomina Szymon.

Nie wziął ze sobą nawet śpiwora. Niósł mały namiot, którego użył zaledwie cztery razy, ponczo przeciwdeszczowe, bluzę, latarkę czołówkę i niezbędnik ze scyzorykiem oraz sztućcami. Kiedy pukał do drzwi różnych plebanii, często księża go wpuszczali i gościli. Darzyli go bardzo dużym zaufaniem. Częstowali kolacją, rozmawiali. – Jeden ksiądz wykupił mi noc w hotelu, ponieważ szczerze powiedział, że się boi. Nie wie, kim jestem, wprawdzie wyglądam jak pielgrzym, zachowuję się dobrze, ale on jest sam i nie może ryzykować. A jednocześnie bardzo chce mi pomóc – opisuje 19-latek.

Dziennie przechodził między 30 a 40 kilometrów, najwięcej 55. Łącznie około 1800 kilometrów. Wędrówka nie była sielanką. Spotykały go różne problemy, ale młody pątnik nigdy nie doświadczał ich z powodu ludzi. – Jednego dnia nie znalazłem w czeskiej Opawie noclegu i spałem najpierw pod blokiem, a potem na przystanku autobusowym. Wtedy złapała mnie burza. Prawie całą noc nie zmrużyłem oka, co się odbiło na moim samopoczuciu – opisuje Szymon. Wówczas przeżył swój pierwszy kryzys. Podłamał się. Stanął przed poważną decyzją, czy iść dalej. Jednak nie poddał się. Bo największa trudnością nie był ból fizyczny, lecz psychika. Trzeba było walczyć z samym sobą.

Cel? Po prostu iść

Wędrówka miała głęboki charakter duchowy. Szymon codziennie odmawiał pacierz i brewiarz. Rozważał także fragmenty Pisma Świętego. Modlił się Koronką do Bożego Miłosierdzia o 15.00, a o 12.00 odmawiał Anioł Pański. Rytm kroków świetnie wyznaczał mu Różaniec, który także pozwalał odczuć opiekę Maryi. – Różaniec zapewniał mi dobry wynik w kilometrach – śmieje się mieszkaniec Pomlewa.

Pieniądze? Miał ich niewiele i w końcu się skończyły, ale doświadczał ludzkiej hojności. – Staram się być człowiekiem zdroworozsądkowym w kontekście wiary. Jeżeli nie wziąłbym ani grosza, wystawiłbym Boga na próbę. Więc myślę, że to wypośrodkowałem – przyznaje Szymon. Często pomagali mu ludzie, w których widział znaki opatrzności Bożej. Wspierali modlitwą, posiłkami, produktami spożywczymi, ale także finansowo. W trasie zdał sobie sprawę, że nie Rzym jest jego właściwym celem, lecz droga, którą właśnie pokonuje. Ona go zmienia, formuje, kształtuje, zbliża do Boga. – Dlatego gdybym w którymś momencie zrezygnował, nie żałowałbym, bo ta próba i tak by się duchowo opłacała. To był krok w kierunku pełnego zaufania Bogu. Sama wędrówka stała się centrum pielgrzymki. Dostrzegłem, jak Bóg mi bardzo błogosławił każdego dnia – stwierdza S. Szymański.

Anioły po drodze

Pewnego dnia, kiedy przechodził przez malutką, zapomnianą czeską wieś, zauważyła go starsza kobieta, która sprzątała obejście swojego domu. Zapytała, dokąd idzie. Gdy dowiedziała się, że jest pielgrzymem, a przed nim ponad tysiąc kilometrów, zaproponowała wspólny posiłek. – Zjedliśmy razem, poznaliśmy się, rozmawialiśmy, prosiła o modlitwę. Dużo opowiadała o rodzinie. Stała się dla mnie symbolem ludzkiej otwartości, która pokonuje lęk – przyznaje.

Niezwykle ciepło wspomina niewielką miejscowość przed Wiedniem, gdzie przyjął go Martin. Ale zanim się poznali, Szymon przyszedł do kościoła katolickiego i zapukał na plebanię. Nikt nie otwierał. Nie wiedział, co zrobić. Niedługo miało się odbyć nabożeństwo, jednak bez księdza. Polak został i uczestniczył w modlitwie. Świeccy czytali słowo Boże i śpiewali pieśni religijne. Rozmawiał z kościelnym o swoim noclegu, a ten odnalazł Martina. – Bardzo wierzący człowiek, który od razu mnie przyjął pod swój dach. Mało tego, zabrał mnie tego wieczoru na degustację dobrych austriackich win. To było wręcz niewiarygodne. Przy śniadaniu zaś żona Martina zaproponowała mi, bym został na drugą noc, wyprał sobie u nich ubrania. Zgodziłem się. Oni wtedy wykupili mi bilet na metro do Wiednia, bym mógł zwiedzić stolicę Austrii – opisuje pielgrzym. Do dzisiaj utrzymuje kontakt z zaprzyjaźnionymi Austriakami. Chce ich zaprosić do Polski.

Szymon przechowuje numery telefonów swoich dobroczyńców. W Wenecji natrafił na księdza z Polski, który go przyjął po swój dach i przyrządził dla niego specjalną kolację. – Za granicą spotykałem naszych rodaków kapłanów, którzy pomagali tamtejszym diecezjom. To nie do pomyślenia u nas, żeby w kościele w miasteczku nie było w ogóle Mszy w tygodniu, tylko w niedzielę, bo brakuje księży – analizuje 19-latek.

Podróż w głąb i bez rozgłosu

Po co to wszystko? – Właściwie nie miałem skonkretyzowanego celu. Poszedłem do Rzymu dla Boga. Chciałem po prostu być z Nim. Czułem, że On tego ode mnie chce. Zauważyłem oczywiście, że moja relacja z Jezusem się poprawiła, ale nie stawiałem sobie tego za założenie, jakbym miał wypełnić jakiś kontrakt. Miałem być dla Niego w tej drodze – tłumaczy Szymon Szymański. Niósł w sercu wiele intencji, w tym główną – za Kościół w Polsce. Ale także za rodzinę, przyjaciół, znajomych, ludzi dobrej woli spotkanych podczas pielgrzymki. Czasem ktoś zadzwonił z prośbą o modlitwę.

19-latek nie publikował żadnych relacji w mediach społecznościowych, nie chwalił się. Pozostawał jedynie w stałym kontakcie z najbliższymi. – Wolałem iść bez rozgłosu. W czasie drogi nie chciałem się zajmować sprawozdaniami. Mam oczywiście zdjęcia i wspomnienia, ale ich nie upubliczniałem na bieżąco – konstatuje.

Wierny z parafii Macierzyństwa NMP w Jodłownie zahaczył o Wiedeń, Wenecję, Padwę, Bolonię, Florencję, Asyż oraz Rzym. Bardzo mocno przeżył wizytę u św. Franciszka w Asyżu, którego obrał sobie za patrona pielgrzymki. Zresztą Franciszek to drugie imię Szymona. – Zainspirowała mnie w tym świętym idea ubóstwa jako stanu nie tylko materialnego, ale i duszy – kiedy przestajemy skupiać się na dobrach tego świata i jedyne, co pozostaje, to relacja z Bogiem i drugim człowiekiem – stwierdza młody pątnik. Na plac św. Piotra na Watykanie wszedł 31 sierpnia i ogromnie się wzruszył. Zdążył. Musiał wrócić do połowy września, gdyż… rozpoczyna naukę w Gdańskim Seminarium Duchownym.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama