Nowy numer 42/2021 Archiwum

Rozklekotany system

– Potrzebne są zbiorowe układy pracy – uważa prof. Andrzej Zybała z warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej.

Jakub Jałowiczor: Czy żądania stawiane przez protestujących pracowników ochrony zdrowia są realne?

Prof. Andrzej Zybała: Postulaty płacowe wydają się kosztowne. Rząd wyliczył je na wielką kwotę, choć protestujący nie sformułowali bardzo konkretnych żądań, mówią o średniej europejskiej, którą trudno policzyć. Jeśli zatem chodzi o płace, mamy mgławicę po jednej i po drugiej stronie. Generalnie środowisko zawodów medycznych domaga się wyższych płac, w niektórych zawodach medycznych są one skandalicznie niskie, jak w przypadku ratowników medycznych (poniżej 4 tys. brutto przy pracy w nadgodzinach). Problemem jest to, że nie mamy precyzyjnych informacji o wynagrodzeniach w tym sektorze. Zawodów medycznych jest mnóstwo. Jesteśmy przyzwyczajeni, że w szpitalu pracują lekarze i pielęgniarki, a teraz można powiedzieć, że to już mniejszościowe zawody. Są analitycy medyczni, terapeuci, operatorzy technologii medycznych.

Dlaczego nie mamy jasnej informacji o zarobkach?

Bo nie dochodzi do zawarcia sektorowych układów zbiorowych pracy między przedstawicielami pracujących a pracodawcami z placówek zdrowia. Gdyby były, to określałyby dochody na poszczególnych stanowiskach, jak to jest np. w przypadku górników. Natomiast jest tylko ustawa o płacy minimalnej w systemie zdrowia (płaca powstaje jako pomnożenie średniej pensji krajowej przez określony współczynnik. Najwyższy współczynnik – 1,27 – mają lekarze specjaliści, co daje im 6 246 zł brutto). Zadziwiające jest to, że ratownicy nie zostali nią objęci. Ponadto znaczna część pracowników systemu pracuje na podstawie różnego typu umów cywilnoprawnych, rozliczeń na faktury itp. To dramat, że nie ma układów w służbie zdrowia. Tym samym nie możemy w niej mieć ładu. W prasie czytałem o lekarzu deklarującym zarobki rzędu 25 tys. zł miesięcznie i oczekującym podwyżki – ale są też lekarze, którzy zarabiają ok. 5 tys. zł. Niskie zarobki mają wspomniani ratownicy, ale także szereg innych grup. W obecnej atmosferze chaosu nie mamy realnego obrazu płac. Ich wysokość jest często wynikiem zdolności nacisku pielęgniarek i lekarzy na dyrektorów – ci podnoszą pensje wtedy, kiedy muszą, bo inaczej placówka zostałaby zamknięta. Nie da się zarządzać systemem, kiedy nie mamy obrazu w tak fundamentalnej dziedzinie.

Płace nie rosną?

Rosną od wielu lat, tak jak w wielu dziedzinach. Kwestia tylko, o jakiej profesji medycznej mówimy. W przypadku lekarzy duża część, pracując po kilkanaście godzin na dobę, zarabia powyżej 10 tys. zł, czasem powyżej 20 tys. zł. Znaczna część wzrostu wydatków na ochronę zdrowia została przeznaczona na podwyżki. Nie wiem, czy można powiedzieć uczciwie, że głównie dla lekarzy, ale prawdopodobnie tak, bo to ich siła przetargowa jest największa.

Dlaczego nie ma umów zbiorowych?

To fundamentalne pytanie. Jeden ze związkowych lekarzy mówił mi, że to niemożliwe. Zbiorowy układ ujawniłby prawdę o systemie. Nie da się bowiem wytworzyć klarownych stawek płacowych, bo musiałyby zakładać, że np. lekarze pracują po 8 godzin na dobę, jak przewiduje kodeks pracy. Tymczasem pracują często na kilku etatach, po kilkanaście godzin. Problem jest również taki, że duża część polityków i wysokich urzędników już nie wie, co to są zbiorowe układy pracy, szczególnie te na szczeblu branży, a nie zakładu. Natomiast związkowcy tracą wiarę w możliwość ich zawarcia. Generalnie w Polsce brakuje profesjonalistów, wiedzących, jak zorganizowane są dobrze funkcjonujące systemy ochrony zdrowia. Brakuje wiedzy o roli i sposobach zastosowania wskaźników obrazujących poziom jakości leczenia. W każdym razie bez ładu płacowego możemy mieć tylko chaos – i go mamy. Są krótkie okresy spokoju, kiedy pracownikom systemu wydaje się, że ich potrzeby zostały zaspokojone, ale nagle powstaje impuls z jakiejś profesji medycznej i dochodzi do protestów, mniej lub bardziej spektakularnych. Gdyby były zbiorowe układy pracy, byłoby wiadomo, że np. przez 5 lat pensje rosną o określony procent powyżej poziomu inflacji. Wtedy profesje medyczne wiedziałyby, na co się godzą.

Co było przyczyną protestu? Wprowadzone w lipcu zasady płac? To, że podczas poprzednich protestów jedne grupy wywalczyły konkretne podwyżki, a inne prawie nic?

Protesty ratowników medycznych, w tym zapowiedzi odejść z pracy. Przyłączyły się inne grupy zawodowe, które również podniosły swoje postulaty. Niezadowalające były podwyżki zapowiedziane w lipcowej nowelizacji o płacy minimalnej w systemie zdrowia. Minister Adam Niedzielski ma problemy z prowadzeniem dialogu. Nie jest on łatwy z natury w państwie z długimi tradycjami anarchii, ale w dzisiejszych czasach, pełniąc taką funkcję, trzeba pewne rzeczy opanować. Inaczej polityk staje się źródłem problemów, a nie rozwiązań. No i bez zdolności do konsensusu system staje się niesterowny. Cierpią ci, których nie stać na prywatnego lekarza, a to większość z nas.

A czy porozumienia nie utrudnia to, że podzieleni są sami związkowcy? Forum Związków Zawodowych strajkuje, Solidarność nie, OPZZ różnie.

A spodziewał się pan, że będzie inaczej?

Zdarzało się, że trzy centrale protestowały razem.

Są podzieleni, co jest naturalne, a jeszcze w grę wchodzi polityka. Proszę zauważyć, ile grup zawodowych jest na proteście. A ich interesy są sprzeczne. Jak się da podwyżki jednej, to na inne może brakować. Generalnie system zdrowia jest rozklekotany. Jego formowanie powinno się zacząć od porozumienia politycznego. Należy go traktować jako dobro publiczne, a nie partyjne. Żadna ze stron konfliktu politycznego nie powinna rozgrywać tak istotnej sprawy jak zdrowie, zwłaszcza kiedy trwa pandemia i ludzie umierają z powodu niesprawności systemu. Rządzący chcą przeczekać protest, być może rzucą jakiś dodatkowy pieniądz i będziemy czekać do następnego kryzysu.

Nie wszystkie żądania dotyczą płac.

Są ciekawe postulaty, jakkolwiek nie wybrzmiewają zbyt silnie. Doceniam to, że profesje medyczne podnoszą sprawę identyfikowania błędów medycznych. To kluczowa sprawa umożliwiająca diagnozowanie jakości leczenia w szpitalach. Otóż nasi pacjenci nie mają jeszcze takiego komfortu jak w wielu państwach najwyżej rozwiniętych, gdzie pacjent może dowiedzieć się o jakości leczenia. Może bowiem sięgnąć po łatwo dostępne informacje m.in. o błędach medycznych, poziomie ponownych przyjęć na oddziały (z powodu niewyleczenia), zakażeniach szpitalnych, ale także doświadczeniu kadry, wyposażeniu w odpowiedni sprzęt itp. W Anglii każdy oddział szpitalny uzyskuje kategorię: znakomity, dobry, wymagający poprawy oraz nieadekwatny. Pacjent wie zatem, czego może oczekiwać w danym szpitalu. U nas tego nie ma.

Jak może skończyć się protest białego miasteczka?

Duże jest prawdopodobieństwo, że wygaśnie. Każdej grupie zawodowej byłoby trudno prowadzić protest w długim terminie. Trudno jest też podtrzymywać zainteresowanie społeczeństwa. Organizatorzy musieliby być bardzo innowacyjni. Natomiast władza nie jest w stanie ustabilizować systemu zdrowia poprzez stworzenie ładu płacowego. Dodatkowo rządowe projekty generalnych reform w systemie wydają się nietrafione. Sprowadzają się do prób ręcznego sterowania czy scentralizowania zarządzania szpitalami. Potrzebujemy natomiast działań przybliżających nas do systemu zdrowia, który byłby „pacjentocentryczny”. Rząd proceduje wprawdzie projekt ustawy o tzw. jakości w zdrowiu, ale zdaje się, że jego wdrożenie nie zapewni pacjentowi większej władzy w systemie, czyli dostępu do głębszej wiedzy o jakości leczenia w placówkach zdrowotnych. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama