Nowy numer 42/2021 Archiwum

Odwieczni wojownicy

SBB, uznany za najlepszy polski zespół rockowy 50-lecia, świętuje pół wieku istnienia. Na jego czele od początku stoi Józef Skrzek, który nie boi się przyznać, że za główne życiowe zadanie uważa codzienne nawracanie się.

Oczywiście można być takim żonglerem, lawirującym w marzeniach oraz na trasach koncertowych, ale co z tego zostaje? – pyta. – Dlatego trzeba stale zastanawiać się, co jest dla ciebie najważniejsze, i trzymać się Dekalogu. Dochodzenie do zgodności życia z nim to wielka sztuka. Przecież człowiek stale się łamie i już od południa, a czasem nawet od rana jest grzeszny – zauważa. Józef Skrzek – muzyk, kompozytor i multiinstrumentalista 50 lat temu stworzył w Siemianowicach Śląskich zespół. Na początku muzycy występowali pod nazwą Silesian Blues Band, później Szukaj, Burz, Buduj – ­Search, Break, Build, co w skrócie brzmiało SBB. Muzykę graną przez formację znawcy określają jako rock progresywny. Skrzek twierdzi, że rock jest jak skała, to coś silniejszego niż dźwięki – sposób bycia i tworzenia. W ten styl odmiennie niż większość artystów rockowych wpisał też swoją religijność – co stale podkreśla – odziedziczoną po śląskich przodkach. Już za życia mamy Marii razem z nią oddawał hołd Matce Piekarskiej, grając podczas corocznej pielgrzymki kobiet do Piekar Śląskich. Każdy dzień rozpoczyna od odwiedzin kościoła i cmentarza w Michałkowicach Śląskich. Tam leżą jego walczący o polskość tych ziem dziadkowie i tata Ludwik. Kiedy pytam, jak katolik może przetrwać w twardych realiach show-biznesu, odpowiada, że zawsze miał poczucie, że czuwał nad nim właśnie ojciec, który zmarł nagle, kiedy Józef kończył czwarty semestr akademii muzycznej: – Choć nie zawsze byłem wierny Dekalogowi, on jak anioł wyprowadzał mnie na prostą.

Oddychanie

Podstawowy skład zespołu nie zmienił się przez lata. Tworzyła go trójka muzyków – Skrzek, grający przedtem w Breakoucie, 17-letni syn greckich imigrantów, gitarzysta Apostolis Anthimos, oraz perkusista Jerzy Piotrowski. W pierwszych miesiącach działalności dołączył do nich harmonijkarz Irek Dudek. – Graliśmy i gramy muzykę kreatywną, która tworzy się we wzajemnym reagowaniu rozumiejących się muzyków – podkreśla Skrzek. Od 1972 r. przez półtora roku zespół współpracował z Czesławem Niemenem jako Grupa Niemen. Koncertowali w Europie m.in. na festiwalach Rock and Jazz Now w Niemczech, Pori Jazz Festival w Finlandii, nagrali razem cztery albumy – „Strange is this worlds”, „Ode to Venus”, „Marionetki”, „Requiem dla van Gogha”. Kiedy rozstali się w 1973 r., zespół zmienił nazwę pod wpływem sugestii Franciszka Walickiego, który został jego impresariem. Wśród najważniejszych płyt SBB Skrzek wymienia pierwszą „live”, na której zarejestrowano ich koncert w warszawskiej Stodole w 1974 r. Rozeszła się błyskawicznie, osiągając na czarnym rynku cenę czterokrotnie wyższą od detalicznej. Pisano o niej z zachwytem, że swoim żywiołowym bluesowo-jazz-rockowym brzmieniem nawiązuje do utworów Hendrixa i tria The Cream. Do istotnych płytowych dokonań dołącza też „Memento z banalnym tryptykiem”, uznane przez wielu za najlepszy progresywny polski album, oraz te, które, jak mówi, poszły w szeroki świat – „Follow my dream”, „Welcome” i „Slovenian girls”, nagrane we współpracy z niemiecką agencją Aries i cieszące się popularnością na rynku zachodnim. Grupa dawała wtedy nieustannie koncerty, ale sukcesem, na który należy zwrócić uwagę, był niewątpliwie ich występ na festiwalu Roskilde ’78, uznany za jedną z głównych atrakcji imprezy. – Kiedy jesteś na scenie i czujesz, że trafiasz do widowni, że ci ludzie ciebie potrzebują, to dostajesz dodatkowych sił – opowiada o magii koncertów Skrzek. – Gdy śpiewasz „­Freedom” w Brnie i widzisz, że 50 tys. młodych manifestuje, że jest za wolnością, ty też czujesz się wolny. Każdy koncert to oddychanie z tymi, którzy cię słuchają. Po latach wiem, że granie to dotykanie różnorodnej materii. Jest nią wnętrze człowieka, przestrzeń, a także – zwłaszcza w kościołach – Bóg.

Śląski synek

W każdym utworze zespołu uwagę przyciągają partie wokalne Skrzeka, który tak opisał mi swój głos: – Mój śpiew zawsze był oszczędny, jestem głównie chórzystą, mam biały głos. Staram się nim budować dramaturgię polegającą na łączeniu romantyzmu z poczuciem przytłoczenia rzeczywistością, czasem tak wielkim, że muszę nawet ryczeć – mówi. Lata 70. to jedna wielka trasa koncertowa zespołu i pasmo wielkich sukcesów nie tylko w Polsce, ale w Niemczech, Danii, Finlandii, Holandii, Szwajcarii. – Kiedy wracałem do domu, padałem ze zmęczenia, a mama, widząc, jak śpię, nie budziła mnie, żebym szedł na Mszę do kościoła, ale modliła się nade mną – opowiada o realiach tamtego życia. – Szarpaliśmy się z pomysłami i szukaliśmy dobrych rozwiązań. Brakowało nam spełnienia i stabilizacji choćby finansowej. Cały ten show-biznes jest naćpany gwiazdorami, celebrytami, spragnionymi komplementów. I jak ci to nie odpowiada, to albo będziesz stał w kącie, albo jesteś tak silny, że decydujesz się pozostać postacią skromną, a jednocześnie wyrazistą, i dzięki temu trafiasz do ludzi – tłumaczy. Zwyciężył w nim skromny „śląski synek”, który czuł odpowiedzialność za rodzinę i swoje miejsce na ziemi, dlatego w 1980 r. po wyczerpujących rozjazdach zdecydował z kolegami, że rozwiązują zespół. On w 1980 r. wydał album solowy „Józefina”. Apostolis Anthimos wyjechał do Grecji, a Jerzy Piotrowski podjął współpracę z innymi wykonawcami. – Dopiero na początku lat 80. zacząłem się wprowadzać na nowo do rodziny, po roku pracy z zespołem Breakaut, dwóch latach z Niemenem, dekadą z zespołem SBB – podsumowuje tamten czas. – Kiedy zaczęły się przemiany, a potem nastał stan wojenny, dostałem kilka intratnych propozycji grania, także za oceanem. Decydujące znaczenie o pozostaniu w ojczyźnie miał dla niego koncert w kościele Świętego Krzyża w Warszawie. – Wyczułem siłę wiary i odwagę moich słuchaczy, demonstrujących wcześniej na Krakowskim Przedmieściu, i zrozumiałem sens takiego muzykowania – wspomina. – A poza tym właśnie wtedy znalazłem nowy styl. Zacząłem grać w kościołach muzykę organową z syntezatorami. Kiedyś na moje urodziny do Michałkowic przyjechał Klaus Schultze – prekursor rocka elektronicznego. Usłyszał, co robię w kościołach, i powiedział, że powinienem wypromować to na świecie, wtedy zarobię dużo kasy. Musiałem dokonać wyboru – albo robić karierę i pieniądze, które były na wyciągnięcie ręki, ale ich zdobycie wiązało się z opuszczeniem kraju, albo wejść w ten komunistyczny kocioł. Wybrałem Polskę i nie żałuję – podkreśla. Występując w kościołach po ogłoszeniu stanu wojennego i później, zaczął w swoich kompozycjach – jak mówi – iść w stronę łagodności: – Nie chciałem we wszechobecnym strachu jeszcze na ludzi napierać.

Reaktywacja

W 2000 r. SBB wróciło na scenę i do tej pory nadal koncertuje. Jaka jego muzyka jest ważna, przypomniała wytwórnia Metal Mind Productions, która w 2004 r. wydała reedycję wszystkich 40 skatalogowanych płyt. Wśród licznych scenicznych sukcesów warto zwrócić uwagę na występ w 2006 r. u boku Deep Purple, kiedy SBB został zaproszony jako gość specjalny podczas ich koncertów w Polsce oraz gwiazdorski koncert na festiwalu Baja Prog 2006 w Meksyku. Ważnym wydarzeniem dla fanów był występ reaktywowanego oryginalnego składu SBB w 2014 r. na festiwalu Jazz nad Odrą. W 2016 r. po kilkakrotnie przekładanej premierze ukazał się pierwszy od 36 lat studyjny album zespołu „Za linią horyzontu”, nagrany w składzie z Jerzym Piotrowskim. Znalazł się na nim utwór o wymownym tytule „Odwieczni wojownicy”, będący muzyczną wizytówką jego wykonawców, nie tylko niepoddającym się modom, ale i czasowi. W 2020 r. ukazała się ich płyta, którą Skrzek, wychowany na muzyce klasycznej, uważa za wielki sukces: „Z miłości jestem – live”, firmowana przez SBB i NOSPR, zarejestrowana podczas pandemicznego koncertu bez publiczności. – Przyjąłem ten cytat z piosenki, bo pięknie jest być z miłości, czuć się kochanym – opowiada o swoim życiowym przesłaniu. – Od kiedy mój tata Ludwik zmarł w 1970 r., mama Maria wychowywała naszą trójkę sama. Została wierna dzieciom, ale też jemu. Była bardzo wierzącą kobietą i uczyła nas prawdy o miłości do Boga i człowieka. To niesamowite, jak jej miłość, wyrażająca się w konkretnej pomocy, zawsze nas podtrzymywała. Dlatego mówię, że w tym całym ułożeniu rodowym postać matki znajduje się na szczycie. Jestem przekonany, że wiara to największa siła, dzięki której wciąż można zmieniać się na lepsze, tylko trzeba ją stale odnawiać. To nie slogan ani jakiś przypis do życia – podkreśla. – Musisz sam osobiście poczuć, jak ważny jest dla ciebie Pan Bóg. Jeżeli wydaje ci się, że wpadasz do dołu, natychmiast trzeba odnawiać wiarę. Sposobem na to jest rachunek sumienia i wewnętrzna spowiedź. Zawsze jestem narażony na pokusy, ale kiedy mam wiarę, jest szansa, że mogę je pokonać. Poza tym wiara czyni cuda.

Zespołowi SBB i jego liderowi życzymy nieustannych cudów w życiu i w muzyce!•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Barbara Gruszka-Zych

od ponad 30 lat dziennikarka „Gościa Niedzielnego”, poetka. Wydała ponad dwadzieścia tomików wierszy. Ostatnio „Nie chciałam ci tego mówić” (2019). Jej zbiorek „Szara jak wróbel” (2012), wybitny krytyk Tomasz Burek umieścił wśród dziesięciu najważniejszych książek, które ukazały się w Polsce po 1989. Opublikowała też zbiory reportaży „Mało obstawiony święty. Cztery reportaże z Bratem Albertem w tle”, „Zapisz jako…”, oraz książki wspomnieniowe: „Mój poeta” o Czesławie Miłoszu, „Takie piękne życie. Portret Wojciecha Kilara” a także wywiad-rzekę „Życie rodzinne Zanussich. Rozmowy z Elżbietą i Krzysztofem”. Laureatka wielu prestiżowych nagród za wywiady i reportaże, m.innymi nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w dziedzinie kultury im. M. Łukasiewicza (2012) za rozmowę z Wojciechem Kilarem.

Kontakt:
barbara.gruszka@gosc.pl
Więcej artykułów Barbary Gruszki-Zych

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także