Nowy numer 42/2021 Archiwum

Cóż znaczy Sybir…

Warto wybrać się do rozpoczynającego właśnie działalność Muzeum Pamięci Sybiru w Białymstoku.

Dopiero gdy się tu przejdzie, poczuje, zobaczy, doświadczy, dociera mocno prawda, że tego muzeum brakowało, że bardzo było potrzebne. Dobrze, że Muzeum Pamięci Sybiru w Białymstoku w końcu powstało.

Niby o tym wiemy, niby nas uczono, może czytaliśmy dramatyczne wspomnienia, może znamy to z dziejów własnej rodziny. A jednak o wywózkach na Syberię – czy raczej Sybir – rozumianych nie tyle geograficznie, ile jako przestrzeń wspólnego dramatu, bólu tysięcy Polaków, wiemy zbyt mało. Być może wiedza ta jest nieuporządkowana, wyrywkowa, nieosadzona w szerszym, społeczno-historycznym kontekście. Paradoksalnie słowo „eksterminacja” bardziej kojarzy się z agresją niemiecką, dużo rzadziej z sowiecką. A gorzka prawda jest taka, że „zwycięzców i wyzwolicieli” nie rozliczało się ze zbrodni… Słowo „Sybir” ma w języku polskim głębokie znaczenie, szersze niż geograficzna Syberia. Polaków wywożono bowiem do Kazachstanu i wielu miejsc położonych za Uralem.

Rozmieszczona na powierzchni ponad 2 tys. metrów kwadratowych ekspozycja stała w Muzeum Pamięci Sybiru opowiada nie tyle o samej Syberii czy Sybirze, ile o Polakach, którzy wbrew swojej woli i w nieludzkich warunkach byli wywożeni najpierw przez carat, a potem przez Sowietów na niemal pewną śmierć. Traktuje o pamięci o ludziach przemierzających tysiące kilometrów w kajdanach albo podróżujących w zakratowanym wagonie bydlęcym. Części udało się wrócić. Wielu zginęło. Potomkowie licznych do dziś żyją z daleka od ojczyzny.

Koniec pięknego świata

Czasem, by docenić to, co się ma, trzeba doświadczyć… straty. I odwrotnie – odczucie straty jest tym mocniejsze i dotkliwsze, im bardziej zna się wartość utraconą. Tak bywa z wolnością, z dobrami, które giną wraz z niepodległością – materialnymi, duchowymi, kulturalnymi. By zrozumieć czy raczej próbować zrozumieć, dramat, ból i cierpienie ludzi wyrwanych z domostw, z bezpiecznego miejsca pracy czy dzieciństwa i wywiezionych w dziki step, trzeba spróbować wyobrazić sobie ich życie. Codzienne. Przedwojenne. Mimo zwyczajnych trudności po prostu dobre życie. Dlatego wystawa w Muzeum Pamięci Sybiru podzielona jest na dwie części: pierwsza opowiada o czasie pokoju, zwyczajnego życia. Znajduje się na parterze budynku. Stanowi próbę oddania atmosfery przedwojennej Rzeczypospolitej, ale też w dość sprawny i oparty na prostych środkach sposób ukazuje przekrój społeczeństwa, zmiany ekonomiczne i społeczne kraju, który po 123 latach niewoli odzyskał niepodległość. – To przestrzenne, wizualne i dźwiękowe wyobrażenie przedwojennego mikroświata i jego mieszkańców. Mikroświata, który wraz z wojenną nawałą ginie brutalnie i niemal bezpowrotnie – opowiada dr Piotr Popławski, szef Działu Projektów Kulturalnych.

Miasta kresowe tętniły życiem. Kwitł handel, życie kulturalne, powstawały szkoły, w garnizonach stacjonowali żołnierze. Zwiedzający wkraczają tu ich śladami, w czas międzywojnia, by wraz z mieszkańcami chwilę później doświadczyć dramatu wojny i jej skutków. Wymownymi symbolami tego czasu jest uścisk dłoni dawnych wrogów, a obecnie sprzymierzeńców – Niemców i Rosjan, oraz powiewające na wietrze czerwone flagi. W końcu następuje konieczność opuszczenia domostw: pakowane w pośpiechu walizki, wagony towarowe, w których jechało po kilkadziesiąt osób, miarowy stukot kół pociągu. I zabawki dziecięce, bo przecież i dzieci były wywożone na Wschód.

Muzeum Pamięci Sybiru zbudowane jest w miejscu, z którego wyruszały transporty deportacyjne. Tu był położony dworzec Fabryczny i tu pędzono tysiące ludzi, by wywieźć ich w nieznane. Takich miejsc na Podlasiu, Wileńszczyźnie, Grodzieńszczyźnie i wielu innych regionach było dużo więcej. Obecnie większość z nich leży za wschodnią granicą, a największy punkt po stronie polskiej znajduje się w Białymstoku. – Wystawa jest rodzajem opowieści. Wchodzimy razem z deportowanymi do wagonu towarowego. Podążamy w nieznaną przestrzeń, cofamy się w czasie, by poznać klimat, emocje tamtych dni. By niemalże doświadczyć trudów wywózki – ciemności, lęku, głodu. Pomocne są w tym multimedia, dźwięk i światło. Co ważne – można słuchać oryginalnych opowieści Polaków, którym udało się wrócić. Gdyby ktoś ze zwiedzających zechciał przesłuchać wszystkie nagrania dźwiękowe dostępne w muzeum, zajęłoby to aż osiem godzin. To pokazuje skalę przedsięwzięcia, ale też możliwości zwiedzania ekspozycji na różne sposoby i w różnym czasie – opowiada dr Popławski.

Celem wschodniego najeźdźcy po wybuchu wojny i wejściu na tereny Rzeczypospolitej stały się grupy, które stanęły do walki, oraz te, wobec których istniało duże prawdopodobieństwo, że w niedalekiej przyszłości stawią opór. Komuna je zwalczała. Były to inteligencja, szlachta, duchowieństwo, a w przypadku wschodniej Polski także służby leśne i mieszczanie. Sowieci zdawali sobie sprawę, że pozbycie się ich może dać realną szansę na wprowadzenie i ugruntowanie nowej władzy. Dlatego przygotowania do wywózek – de facto eksterminacji – zaczęły się niemal od razu.

Już 10 lutego 1940 roku do tysięcy domów i mieszkań wtargnęli radzieccy żołnierze. Wywieziono wówczas około 100 tys. osób. Kolejne wywózki miały miejsce w lutym, kwietniu i czerwcu 1940 roku oraz rok później – w czerwcu 1941 roku. Wywożono leśników i osadników wojskowych z rodzinami, rodziny katyńskie, uciekinierów przed Niemcami – a więc głównie żydów i wszelkich „wrogów ludu”. Osobą taką w zasadzie mógł być każdy. – Ludzie mieli bardzo mało czasu na spakowanie. Mogli wziąć niewielkie tobołki, walizki. Jest zastanawiające, co pakowali: dokumenty, ciepłe ubrania, ale też jakże często „niepotrzebne” do przeżycia rzeczy – zdjęcia, pamiątki rodzinne, instrumenty muzyczne czy dewocjonalia i książeczki do nabożeństwa. Dzieci zabierały zabawki – mówi dr Popławski. – Wiele z tych przedmiotów trafiło do naszego muzeum – dodaje.

Niemi świadkowie

Brązowy, pluszowy miś. Wypchany chyba trocinami. Zabrała go ze sobą mała dziewczynka, gdy sowieccy żołnierze wpadli nocą do jej domu i ryknęli: „Wychadzi!”. Rodzina musiała zebrać się w kilka chwil, by trafić do brudnych, lichych wagonów, w których nie było ani jedzenia, ani wody, ani toalet. Dziewczynka chwyciła misia. Dojechała na miejsce przeznaczenia (miała szczęście, bo wiele dzieci umierało w drodze), przetrwała i nieludzkie warunki – głód i zimno, i sowietyzację. A potem została ewakuowana przez armię Andersa i z misiem pod pachą przeszła niemal cały szlak bojowy. W końcu, bodajże w Palestynie, oddała pluszaka innej małej Polce, która również przeszła piekło wojny i wywózki, a która nie miała nic. Ten miś po wielu latach powrócił do Polski i został przekazany muzeum jako świadectwo nie tylko historii wojennej traumy, lecz może bardziej nadziei wbrew nadziei i prawdziwego człowieczeństwa nawet tam, gdzie szaleje totalna nienawiść.

Na nieludzkiej ziemi

Druga część narracji zaproponowanej przez twórców muzeum przenosi widza do symbolicznej, zimnej, białej i pustej przestrzeni. Koniec siedmio- lub ośmiotygodniowej podróży. Ci, którzy przeżyli, stają na nieludzkiej ziemi. Sybir – miejsce cierpienia, codziennej walki o przetrwanie, tęsknoty za krajem i lęku. – Wysiadający z wagonów nie są tu pierwszymi Polakami. Nowi zesłańcy trafiają na ślady rodaków zesłanych wcześniej, jeszcze za carskiej Rosji – chociażby za udział w powstaniach narodowych. Zauważają też ślady dobrowolnych osadników chłopskich, polskich naukowców, przemysłowców i urzędników w carskiej służbie, a także rodaków deportowanych w latach trzydziestych XX wieku. Dla wielu zaskakujące może być to, że np. Bronisław Piłsudski, brat marszałka, naukowiec i etnograf, po zesłaniu na Sachalin zajmował się ludami i kulturami Dalekiego Wschodu, głównie ludem Ajnów. Ponieważ język i kultura tego ludu zapoczątkowała kulturę Japonii, to do dziś uważany jest tam za… bohatera narodowego. W Polsce jest mało znany. Nieznana jest też rodzina Bronisława Borodzicza, który osiadł w syberyjskim Tomsku i… założył tam fabrykę czekolady. Doskonałej zresztą. Co ciekawe, po upadku caratu fabryka została skonfiskowana przez władze ludowe i pod zmienioną nazwą działa do dziś.

Zwiedzający poznają też dwie, jakże różne, przestrzenie: świat mroźnej, syberyjskiej tajgi i świat kazachskiego, pustego stepu. W miejscach tak trudnych, niedostępnych, ale kształtujących charakter, a u wielu wolę walki i przeżycia, przyjdzie im żyć miesiącami, nawet latami. Będą harować po kilkanaście godzin dziennie za kilka kromek chleba. Będą wychowywać dzieci bez leków, odpowiednich ubrań, książek czy ciepłej kuchni. Będą walczyć o polskość, język ojczysty, którego zabraniano pod ostrymi jak powietrze Syberii karami.

W końcu zwiedzający niejako wracają z tymi, którym udało się wrócić. Podróżowali różnymi drogami, z armią Andersa, Berlinga, ale i tysiącami kilometrów bezdroży. Byle do ojczyzny…

Jest też w muzeum zupełnie wyjątkowe miejsce – Memoriał Katyński. Symbol pamięci o pomordowanych, w którym wypisane zostały nazwiska odnalezionych i tych, o których nie wiemy, gdzie leżą. Jeśli kiedyś poznamy wszystkie nazwiska i miejsca – tablice zostaną uzupełnione. Centralnym punktem tej przestrzeni jest sylwetka klęczącego żołnierza, w dalszej części stoi figura Matki Bożej Katyńskiej, która tuli Syna z przestrzeloną głową.

Muzeum Pamięci Sybiru to miejsce zadumy, wzruszeń i emocji, z pewnością również przestrzeń mądrej nauki. Nie jest przerysowane, nie epatuje brutalnością przekazu mimo tematu, o którym opowiada. To miejsce, które trzeba zobaczyć. Zapewne niejeden raz.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama