Nowy numer 42/2021 Archiwum

Młode wino

O wygrywaniu bitew i Tej, która wyciąga z kryzysu, mówi paulin o. Rafał Walczyk.

Marcin Jakimowicz: Amerykanie są w stanie wymówić słowo „Brzeszcze”?

O. Rafał Walczyk: Nie. Ćwiczyłem jednak ze znajomymi Filipińczykami. Byli blisko, ale gdy zaserwowałem im „W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie”, polegli. Była kupa śmiechu, zabawa na całego.

Dlaczego młodziutki kibic Wisły Kraków z Brzeszcz zapukał do furty klasztoru paulinów?

Nie byłem już taki młodziutki. Gdy wstępowałem do zakonu, miałem 23 lata, a za sobą pięć lat pracy zawodowej. Choć z wykształcenia jestem mechanikiem maszyn i urządzeń górniczych, pracowałem na PKP. Najpierw jako nastawniczy, potem dyżurny ruchu. Dlaczego zapukałem do paulinów? To długa historia. Nie znałem żadnego paulina. Nie miałem pojęcia, czym jest życie zakonne. „Kręciłem się” wokół bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej. Mój dziadek na początku II wojny światowej pojechał do Kalwarii i tam w kaplicy Matki Bożej uczynił ślub, że jeśli rodzina bezpiecznie przetrwa wojnę, po jej zakończeniu zacznie przyprowadzać pielgrzymki na odpust Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Bóg rzeczywiście uchronił rodzinę, a dziadek wypełnił ślub. Po jego śmierci w 1992 roku pałeczkę przejął jego najmłodszy syn.

Kiedy spotkałeś paulinów?

Pamiętam doskonale pielgrzymkę na Jasną Górę w 1996 roku. Z przyjaciółmi siedzieliśmy przy wyschniętej sadzawce otaczającej figurę Maryi i przyglądaliśmy się, jak wchodzi pielgrzymka krakowska. Pomyślałem sobie wówczas: „Ale pięknie byłoby służyć takim pielgrzymom”, a Pan Bóg, który spełnia pragnienia serca, wziął te słowa na serio. Dwa lata później zapukałem do klasztoru. Upomniał się o mnie w czasie pielgrzymki przed peregrynacją ikony jasnogórskiej w diecezji bielsko-żywieckiej. Pod koniec lutego 1998 roku podczas Mszy Świętej usłyszałem wołanie: „Tyś jest mój!”. Do domu wracałem zbity z tropu, by nie rzec: rozbity.

Bo?

Wiedziałem, że coś się wydarzyło. Usłyszałem delikatny głos, który we mnie rezonował. W autobusie siedziałem w ciszy, mimo że była fajna atmosfera: żarty, modlitwa, śpiewy. Siedziałem zapatrzony w szybę. Potem było już tylko kombinowanie, jak zwolnić się z pracy, i załatwianie formalności przed wstąpieniem do zakonu.

Miałeś doświadczenie tego, że Maryja towarzyszyła Ci w tych wyborach?

Zawsze. Jestem tu, gdzie jestem, bo odpowiedziałem na Jej delikatne wołanie. Na obrazku prymicyjnym napisałem: „Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, zbawcy moim”. Dziś widzę, jak bardzo było to prorocze, jak ustawiło moje kapłaństwo w kierunku oddawania Bogu chwały. Tu, w Amerykańskiej Częstochowie, założyłem przed dwoma laty wspólnotę The Upper Room Praise & Worship Community skupioną na uwielbieniu. Na spotkania przychodzi około 80 osób. Nie wyobrażam sobie życia bez uwielbienia. Na co dzień słucham dużo muzyki uwielbienia, w Stanach mamy tego mnóstwo. Na grzbiecie obwoluty Pisma Świętego napisałem: „This is how I fight my battles”.

„Właśnie tak wygrywam wojny!” – śpiewamy to we wspólnocie.

Świetny utwór! Wypisanie słów „Magnificat” na obrazku prymicyjnym było ostatnią deską ratunku. Chyba nie miałem nic innego… Drugim cytatem były słowa Teresy z Lisieux: „Ofiara i modlitwa stanowią całą moją siłę”. Dziś widzę, jak bardzo te słowa były prorocze i jak określiły moje kapłaństwo.

Kim jest dla Ciebie Maryja?

Kimś, kto stoi tuż obok, troszczy się o mnie, a w chwilach kryzysów, zmagań szepcze Jezusowi: „Synu, brakuje mu wina!”. Mam doświadczenie, że On wówczas to młode wino przynosi. Doświadczyłem tego ostatnio, gdy dopadły mnie smutek, rezygnacja, ciemność.

Udaje Ci się porozmawiać z braćmi protestantami o Maryi bez strat w ludziach?

Wiedzą, kim jestem, widzą mój habit. Wiedzą też, że głęboko w sercu Bóg powierzył mi modlitwę o jedność. Wiem o trzech protestantach, którzy przychodzą do nas na spotkania – do wspólnoty w maryjnym sanktuarium prowadzonym przez polskich paulinów! Jedna z tych osób zaczęła doświadczać uzdrowienia wewnętrznego i fizycznego. Jestem otwarty na chrześcijan różnych denominacji. W moim sercu jest ogromne pragnienie jedności chrześcijan. Ważną rolę odegrał tu Karol Sobczyk.

Również kibic Wisły…

Rodzina się rozumie! (śmiech) Pociągnęło mnie jego zaangażowanie w budowanie jedności i pomyślałem, że też tak chcę. Tym bardziej że w Stanach protestantów jest mnóstwo. Współdziałamy owocnie w Encounter Ministries.

Co częściej słychać w Amerykańskiej Częstochowie? Zdrowaśki czy „Hail Mary full of Grace”?

Zdecydowanie „Hail Mary”. Mamy więcej wiernych, którzy mówią po angielsku. Coraz rzadziej słychać polski. Nowe pokolenia Polaków już tu nie emigrują, więc i Polonii w shrine jest z roku na rok mniej. Mamy cały tygiel narodowości: Amerykanów, Filipińczyków, Wietnamczyków, Latynosów, Haitańczyków, którzy przybywają do nas, twierdząc, że Czarna Madonna jest… jedną z nich. Codziennie jest Różaniec, czasem dziesiątka po polsku się zdarzy.

Masz czas, by odsapnąć, czy jest młyn jak na Jasnej Górze?

Historia sanktuarium rozpoczyna się dopiero w roku 1953, nie ma więc tak wielu pielgrzymów jak w Polsce. Jasna Góra jest w centrum miasta, a nasze sanktuarium na uboczu małego Doylestown. Mnóstwo zieleni, przestrzeni i… ciszy. Częstochowa w Pensylwanii to nie tylko najpopularniejsze polonijne sanktuarium, lecz także największy polski cmentarz w Stanach. Wydarzeniem przyciągającym największe tłumy pielgrzymów nie są więc uroczystości poświęcone Matce Bożej, ale Wszystkich Świętych.

Jak tam trafiłeś?

8 maja 2003 roku, na czwartym roku, gdy studiowałem na Skałce, zapytałem prefekta o. Mariusza Tabulskiego, czy mogę wyjść na miasto, by kupić buty do gry w piłkę. „Naprawdę są ci potrzebne? – zapytał i zagadnął: „A co myślisz o wyjeździe kleryków na studia do USA?”. Kilka dni później dostałem paszport. Nie spałem tej nocy! Na pokładzie samolotu znalazłem się w sierpniu 2003 r. Leciałem do Nowego Jorku z trzema innymi braćmi. Pierwszy poważny kryzys dopadł mnie dwa miesiące po przylocie. Na szczęście skończył się na długich rozmowach z Jezusem w kaplicy, a nie porzuceniem życia zakonnego. 26 października wracałem do Polski. Mój starszy brat (o 16 lat starszy, więc był mi jak ojciec) zapadł po operacji w śpiączkę, a 1 listopada Bóg zabrał go do siebie. Kryzys się pogłębił. 9 maja 2004 r. przyjąłem w Ameryce święcenia diakonatu. Z dala od rodziny, przyjaciół. Pół roku później nasi przełożeni generalni podjęli decyzję, że ostatni semestr studiów wraz ze współbratem Pawłem będziemy kontynuować w Polsce indywidualnym tokiem nauczania. Wtedy zaczęła się jazda. By otrzymać święcenia prezbiteratu ze współbraćmi z rocznika, musieliśmy zaliczyć 14 przedmiotów w niespełna trzy miesiące. Wyobrażasz sobie? Co tydzień egzamin z innego przedmiotu, by zdążyć do 15 maja. 19 maja obrona pracy magisterskiej, a dzień później rekolekcje przed święceniami. Te z kolei odbyły się 28 maja, w moje 30. urodziny. Nie chciałem pracować za oceanem.

Jak to? „Stany, Stany, fajowa jazda, Zjednoczonych łopot flag”.

W piosence brzmi ładnie. (śmiech) Dzień przed święceniami rozmawiałem z ojcem generałem. Powiedział, że gdy będzie mi źle i nie będę dawał rady, mam do niego zadzwonić. Jestem tu od 16 lat!

Nie odbierał?

Odbierał. Był otwarty, wysłuchiwał moich argumentów. Ale najwidoczniej mój pobyt w Ameryce jest częścią wielkiego, genialnego planu Boga na moje życie i kapłaństwo. Choć nie chciałem tu pracować, a do Ameryki przyjechałem, będąc posłusznym, wszedłem w Boże błogosławieństwo. Dziś nie odnalazłbym się w duszpasterstwie nad Wisłą. Znam je już jedynie z obserwacji.

Śledzisz katolicko-katolickie jatki na Facebooku?

Niestety tak. Widzę, jak bardzo jesteśmy podzieleni. Lepiej wychodzi nam wznoszenie murów niż budowanie mostów. Tu jest podobnie. Ostatnio w czasie Mszy św., gdy opowiadałem o rozesłaniu uczniów, powiedziałem: „To byli zwykli ludzie, tacy jak my. A jednak szli: uzdrawiali, a złe duchy były im posłuszne. Dziś to my jesteśmy posłani: my wszyscy, nie tylko księża i biskupi. Wszyscy mamy władzę, autorytet imienia Jezus”. Opowiadałem o szkole Encounter Ministries. Co usłyszałem? „Ojciec Walczyk protestantyzuje Eucharystię”. Cokolwiek to znaczy…

Pandemia sparaliżowała Amerykańską Częstochowę?

Nie! Powiem coś przedziwnego: mamy z braćmi doświadczenie tego, że wszystko ożyło i że zyskaliśmy. Jasne, gift shop miał mniej obrotów, Dom Pielgrzyma dostał mocno w kość, ale jesteśmy zdumieni, że są większe kolejki do konfesjonałów niż przed pandemią, więcej osób przychodzi na liturgię. Zauważyła to nawet ostatnio kuria diecezjalna w Filadelfii: „O, w Doylestown coś się dzieje”. (śmiech)

Mówiliśmy o kryzysach. Masz jakieś lekarstwo na ten stan?

Moim lekiem jest adoracja. W czasie pierwszych kryzysów w Stanach każdego dnia siedziałem wieczorem na adoracji. Może dzięki temu nigdy nie miałem myśli o odejściu z kapłaństwa. Nie obnosiłem się z kryzysem, ale współbracia, z którymi żyłem, zauważyli go i zaczęliśmy szczerze rozmawiać. Bardzo mi to pomogło. W ostatnich czterech latach spędzam co najmniej cztery razy w tygodniu godzinę na ado­racji. Siedzę, nasłuchuję, pytam, co Jezus zamierza zrobić w czasie modlitwy o uzdrowienie, na spotkaniach wspólnoty. Mam czas, by pożalić się, zadać trudne pytania. To pozwala mi funkcjonować. Kocham tak „tracić” dla Niego czas!•

O. Rafał Walczyk

paulin posługujący od kilkunastu lat w Doylestown – Amerykańskiej Częstochowie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama