Nowy numer 38/2021 Archiwum

Sabotaż

Trwałość dowolnego zakupionego sprzętu często jest zaprojektowana tak, by służył tylko chwilę dłużej, niż trwa gwarancja. Gdy coś w telefonie, telewizorze, lodówce bądź pralce się psuje, okazuje się, że nie opłaca się tego naprawiać.

Jak to możliwe, że nowa zmywarka jest niewiele droższa od wymiany jakiegoś elementu zmywarki starszej? Przecież w tej, którą mamy, wszystko poza jednym elementem jest sprawne. Dlaczego wartość jednego elementu jest porównywalna z całością?

Samochód (nie) do naprawy

Po pierwsze, to nie jest tak, że jeden zepsuty element można łatwo wymienić. Producenci od lat wkładają wiele trudu w to, by urządzenia, które kupujemy (choć nie zawsze ich potrzebujemy), były budowane modułowo. By nie dało się ich rozkręcić, by nie dało się wymienić jakiejś wtyczki, by części były w zasadzie niedostępne. W efekcie jakikolwiek sens traci próba rozłożenia sprzętu i sprzedania (albo rozdania) go na części. Nie ma części, są całe moduły, zalane plastikiem, tak by nie dało się ich rozkręcić; moduły, które pasują do jednego, konkretnego modelu; moduły, które nawet nie są połączone w sposób umożliwiający ich rozkręcenie. To sprzęt jednorazowy, a jak cokolwiek nawali, wyrzucana jest całość. Gdy mówiąc o tym, mamy przed oczami mikser czy suszarkę, problem nie wydaje się bardzo istotny (choć to tylko złudzenie – o tym za chwilę), ale gdy mowa o lodówce albo np. samochodzie elektrycznym, jest inaczej. Niektóre firmy tak konstruują swoje samochody, by nie dało się wymienić zainstalowanych w nich akumulatorów. To o tyle perfidne, że akumulatory są najsłabszym i najszybciej zużywającym się elementem pojazdu. Z powodu akumulatorów na złomowisko trafia cały samochód, a przecież po wymianie tego elementu mógłby jeszcze długo służyć. W innych przypadkach wymiana akumulatorów jest możliwa, ale tylko pod warunkiem, że zostanie ona wykonana w autoryzowanym zakładzie… który liczy sobie za to krocie.

W serwisie technologicznym futurism.com kilka dni temu można było przeczytać historię właściciela samochodu elektrycznego Tesla, w którego samochodzie doszło do awarii akumulatora. Samochód był w miarę nowy, ale gwarancja na akumulatory już się skończyła, więc za naprawę trzeba było zapłacić. I to niemało, bo 16 tysięcy dolarów (czyli ponad 60 tysięcy złotych), podczas gdy ten model Tesli – w zależności od wyposażenia – kosztuje od 40 do 50 tysięcy dolarów. Innymi słowy, autoryzowany mechanik za wymianę akumulatorów zażądał około 1/3 ceny nowego samochodu. A tymczasem okazało się, że wymiana w ogóle nie była konieczna. W samochodzie zostało uszkodzone połączenie pomiędzy akumulatorem a układem chłodzącym. Chłodziwo zaczęło wyciekać, a to groziło uszkodzeniem całego systemu. Tyle tylko, że producent nie przewidział wymiany tego połączenia i w autoryzowanym zakładzie wymieniono cały moduł z akumulatorami. Gdy właściciel tesli zwrócił się do uniwersalnego mechanika samochodowego, ten powiedział, że brakujący element wykona i że koszt całej naprawy nie przekroczy 700 dolarów (czyli około 2700 złotych). Tyle tylko, że zgodnie z prawem wykonać tego nie mógł, bo gdyby doszło do nieautoryzowanej naprawy, z automatu skończyłaby się gwarancja na cały samochód.

Marnotrawstwo

Historia opisana na futurism.com jest typowa i dotyczy nie tylko samochodów, ale w zasadzie każdego sprzętu. Nawet tego, który nosimy codziennie w kieszeni. Jeszcze kilka lat temu można było wymienić baterię w niemal każdym modelu telefonu. Dzisiaj to niemożliwe – gdy psuje się bateria, trzeba iść do autoryzowanego zakładu, gdzie przy użyciu trudnych do kupienia narzędzi jest ona wymieniana za cenę przeważnie mocno wygórowaną. Jest jeszcze coś. W przypadku niektórych urządzeń elektronicznych, gdy na rynek wchodzi nowa ich wersja, producenci na poziomie oprogramowania są w stanie starsze urządzenie spowalniać. Po to, by klient kupił nowszą, a więc i szybszą wersję.

To oczywiste, że na takim procederze ogromne pieniądze zarabiają producenci. Nie dość, że wytwarzają produkty, które mają bardzo ograniczone możliwości naprawy, to na dodatek ta naprawa jest często obwarowana przepisami, które zmuszają właściciela do korzystania z autoryzowanych, czyli znacznie droższych serwisów. Temat jest – w skali świata – niezwykle istotny. I nie chodzi tylko o wygodę czy prawa klientów. Chodzi o ochronę środowiska oraz oszczędzanie energii i surowców. Wyprodukowanie telefonu, telewizora, lodówki czy samochodu wymaga energii i materiałów. W świecie, w którym o ochronie środowiska mówią niemal wszyscy, wyrzucanie na śmietnik sprawnych w zasadzie urządzeń, w których zepsuł się jakiś drobiazg, jest okrutnym marnotrawstwem. Widzą to w zasadzie wszyscy, ale zyski wynikające z tych praktyk są tak ogromne, że próba przeforsowania prawnych zmian napotyka ogromny opór. Przy okazji – tzw. prawo do naprawy i projektowanie trwałości ukazują wyraźnie hipokryzję producentów. Z jednej strony robią oni wiele, by kojarzyć się z odpowiedzialnością za środowisko, z ochroną powietrza, gleby i wody. Ale z drugiej – jak tylko mogą, blokują zmiany, które doprowadziłyby do zmniejszenia ich zysków. Ten opór ostatnio zostaje jednak przezwyciężany. Prezydent Stanów Zjednoczonych podpisał pierwsze akty prawne, które ograniczają niektóre praktyki łamiące zasady wolnej konkurencji. Wchodząc w życie, spowodują one, że produkty nie będą traciły gwarancji, gdy ich naprawą zajmie się nieautoryzowany czy niezależny warsztat. Czy to wystarczy? Nie. Bo kluczem jest zmiana nastawienia producentów, tak by zechcieli – albo tak by musieli – produkować rzeczy bardziej trwałe. A ściślej mówiąc, by nie produkowali urządzeń zaprojektowanych do tego, by się popsuły, zanim zdążą się zestarzeć.

Świat jednorazówek

Problem dotyczy całego świata. Niedawno podczas jednego z przesłuchań w parlamencie w Australii szef dużej firmy serwisującej elektronikę zarzucił największym producentom sprzętu elektronicznego (Apple’owi, Microsoftowi i Samsungowi), że ci tak projektują najpierw urządzenia, a potem łańcuchy dostaw, że niezależne firmy mają ogromny problem z dostępem do części zamiennych. Ponadto przedstawił dowody, że producenci wolą niszczyć niewykorzystane części niż odsprzedać je na rynku niezależnym serwisantom, bo w ten sposób zmuszają do korzystania z usług jedynie autoryzowanych serwisów. Nawet gdy jakieś komponenty są zamawiane na zewnątrz, ich konstrukcja jest tak zmieniana, by nie dało się ich zastosować w żadnym innym urządzeniu. Ponadto umowy pomiędzy dostawcami podzespołów są tak skonstruowane, że cała produkcja ma trafiać wyłącznie do zamawiającego. Jeszcze innym obliczem tego problemu jest produkcja dodatków, takich jak np. słuchawki czy ładowarki, w taki sposób, by w pełni pasowały one tylko do jednego urządzenia. Tę praktykę trochę ukróciła Unia Europejska, ale i dzisiaj przejściówki pomiędzy telefonem a słuchawkami jednej firmy niekoniecznie działają na telefonach konkurencji, mimo że wyglądają tak samo i teoretycznie powinny mieć te same funkcje.

Cały ten system wygląda jak jeden wielki sabotaż, gdzie firmy walczą nie pomiędzy sobą, tylko raczej ze swoimi klientami. Paradoks tej sytuacji polega jednak na tym, że często ci klienci nie są świadomi tego, jak bardzo są wykorzystywani. Podobnie jak tego, jak bardzo ten model produkcji wpływa na marnowanie zasobów i kłopoty środowiska naturalnego. Szczególnie ten ostatni wątek – ekologiczny – nieczęsto pojawia się w przekazach medialnych. Dużo częściej lansuje się kupowanie niż naprawianie. To zresztą dotyczy nie tylko sprzętu elektronicznego, ale w zasadzie wszystkiego, z butami i ubraniami włącznie. Świat jednorazówek jest sprzedawany jako bardziej atrakcyjny. W rzeczywistości jest bardzo kosztowny i dla naszej kieszeni, i dla kieszeni kolejnych pokoleń.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się