Nowy numer 30/2021 Archiwum

Syndrom oblężonego Teatru

Wszyscy powinniśmy się zająć skutkami patologii współczesnej kultury dla społeczeństwa i konkretnych ludzi.

Opublikowany w „Gazecie Wyborczej” wywiad z Andrzejem Chyrą pod smutnym tytułem „My, pokolenie dziadersów, idziemy powoli do odstrzału” to nadzwyczaj ważny głos dla zrozumienia stanu sprawiedliwości w naszym – nie państwie, ale właśnie – społeczeństwie. Na czym polega odpowiedzialność społeczna wobec zła, które napotykamy? Co, jeśli reakcja, którą powinniśmy podjąć, odbije się niekorzystnie na misji, którą mamy do wykonania? Czy wolno kompromitować instytucje, które służą wszystkim? Czy mamy się godzić z atakami na środowisko, do którego należymy? Czy wolno ignorować użytek, jaki z „abstrakcyjnej prawdy”, a w każdym razie z „pojedynczych faktów” zrobią ci, którzy nie liczą się z prawami jednostek i dobro społeczne mają (w najlepszym razie) za nic?

Wypowiedzi wybitnego aktora odsłaniają dylematy, przed jakimi stawał niejeden biskup, który usłyszał o przestępstwach seksualnych księdza, do którego miał wcześniej zaufanie. Chyra nie mówi o przestępstwach seksualnych, ale o zjawiskach przemocowych w ogóle w środowisku aktorskim, tym groźniejszych, że zarówno krzywdzących słabszych, którzy się z tym nie godzą, jak i oswajających z przemocą tych, którzy się jej poddają i w końcu ją akceptują, co moralnie dewastuje środowisko rzeczywiście bardzo opiniotwórcze i wpływające na życie społeczne. Mówi o nieodpowiedzialności mediów, które „bezkrytycznie, bo są tak szlachetne w ujawnianiu wszelkiego rodzaju nieprawości”, rzuciły hasło: „Stop przemocy w teatrze”, zamiast spojrzeć na sprawę „w szerszym kontekście”. I dodaje rzecz oczywistą, że hasło to nie oznacza, że w środowiskach aktorskich zdarza się przemoc, że są osoby, które ją popełniają, ale tworzy „w świadomości społeczeństwa poczucie, że przemoc jest czymś naturalnym w teatrze (…), że środowisko artystyczne jest zepsute i niewiarygodne”. A przecież „ta przemoc” tylko „się zdarza”, a nie jest „cechą immanentną i opisującą to miejsce i środowisko”. I (niczym publicysta Radia Maryja) obawia się, że to „na pewno sposób, żeby pewnych ludzi odstrzelić”, bo rozumie „wypowiedzi” ludzi ze swego „pokolenia, którzy widzą w tym scenariusz polowania na czarownice”.

Pojawiają się też wątki fundamentalne, nawiązujące do modnej w PiS-ie weberowskiej „etyki odpowiedzialności”: „Czy to otwieranie oczu światu dzieje się w dobrym momencie i wybrano odpowiednią formę na przeprowadzenie tej rewolucji? Mamy sądy, ale najpierw idziemy na skargę do gazety. (…) Jeżeli media przedstawiają wersję zdarzeń z punktu widzenia oskarżyciela, to oskarżony – jeśli zostałby oskarżony niesłusznie – nawet nie może się obronić przed zarzutami (…), przez takie działanie wylewa się dziecko z kąpielą. Niech to się dzieje, ale nie w momencie i w sposób, przez który możemy więcej stracić, niż zyskać”. Końcówka jest już banalna, iż media powinny się zastanowić, że atakując środowisko przeciwne władzy – robią przysługę PiS-owi. A przecież na tym środowisku opiera się walka narodu o Wolność! Krótko mówiąc: syndrom oblężonego Teatru.

Niechęć do rzucania pochopnych oskarżeń opartych na niepewnych dowodach, a podważających zaufanie do instytucji, w których misję wierzymy – to zwyczajny i powszechny ludzki odruch. Kiedyś próbowałem wytłumaczyć to Monice Olejnik, ale zareagowała jak zwykle, przerywając każde zdanie, przeszkadzając tyleż rozmówcy w mówieniu, co sobie w słuchaniu. Ja jednak nie zamierzam, opierając się na tym odruchu, usprawiedliwiać ludzi, którzy wykonując władzę w Kościele, nie spełniali tak oczywistych obowiązków jak choćby zawiadomienie Rzymu o każdym zarzucie nadużyć seksualnych. Albo nie wykazali się żadną pasją prawdy i sprawiedliwości.

Uważam natomiast, że głos Andrzeja Chyry, oczywiście nie w tym wymiarze „weberowskim” (że toczy się walka PiS i PO, że żyjemy w oblężonym Teatrze itd.), ale w tym, co mówi o propagandowych generalizacjach, daje do myślenia. Bo każdy uczciwy obserwator wie, że hasło „pedofilia w Kościele” zdradza pokrewieństwa z najgorszą antysemicką propagandą. Cóż bowiem wspólnego z przestępstwami seksualnymi niektórych księży mają siostry zakonne, rodziny chrześcijańskie, działacze katoliccy? A przecież wszyscy jesteśmy „w Kościele”, żyjemy „w Kościele” – i to właśnie Kościół jako taki jest intencjonalnie poniżany. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama