Nowy numer 15/2021 Archiwum

Następca tronu?

Andrzej Stękała pierwszy raz w karierze stanął na podium Pucharu Świata w Skokach Narciarskich. To nagroda za poczyniony w tym sezonie postęp, ale i początek rosnącej presji na tego zawodnika.

13 lutego w Zakopanem wydawało się, że Andrzej Stękała znów zakończy zawody z poczuciem niedosytu. Po pierwszej rundzie zajmował 3. miejsce. W drugiej próbie przegrał o 0,3 punktu z Ryoyu Koba- yashim, a na oddanie skoku czekali jeszcze rewelacyjnie prezentujący się w Zakopanem Bor Pavlovčič i dominator tego sezonu – Halvor Egner Granerud. Nieoczekiwanie obaj spisali się poniżej oczekiwań i 25-letni skoczek z podhalańskiej miejscowości Dzianisz mógł cieszyć się z 2. miejsca. Stękała stał się 12. Polakiem w historii, który zajął miejsce na podium zawodów Pucharu Świata. Od początku sezonu prezentował dobrą formę, przed zawodami z 13 lutego sześciokrotnie wskakiwał do pierwszej dziesiątki, ale do podium zawsze brakowało kilku punktów.

Obserwując zawody w tym sezonie, możemy zauważyć radość Stękały z powrotu do poważnego skakania i dołączenia do światowej czołówki. Teraz jednak musi zmierzyć się z rosnącymi oczekiwaniami kibiców. Jeżeli Stękała ustabilizuje skoki na wysokim poziomie, to presja na niego jeszcze się zwiększy. Wobec zbliżającego się kresu kariery Stocha, Żyły i Kubackiego będzie typowany do przejęcia roli lidera polskich skoków.

Ze skoczni do restauracji

Historia polskiego sportu, w tym skoków, pełna jest zmarnowanych talentów. Zawodników, którzy błyskotliwie debiutowali w młodym wieku, a potem z różnych względów nie spełniali oczekiwań. Wydawało się, że Stękała będzie typowym przedstawicielem tej grupy. Jeszcze przed ukończeniem 20. roku życia stanął na podium w zawodach Pucharu Kontynentalnego. W nieudanym dla polskich skoków sezonie 2015/2016 (bez żadnego podium w konkursach indywidualnych PŚ) Stękała był jednym z niewielu jasnych punktów.

Po zwycięstwie w grudniu 2015 r. w zawodach Pucharu Kontynentalnego na drugą część sezonu został na stałe dołączony do pierwszego zespołu. Błysnął w konkursie w Trond- heim, gdzie zajął 6. miejsce, oraz na mamuciej skoczni w Vikersund, oddając tam skok na 235 metrów, co wówczas było drugim najdalszym lotem w historii Polski. Stanął też na podium konkursu drużynowego w Zakopanem. Po sezonie doszło do zmiany na stanowisku trenera – Łukasza Kruczka zastąpił Stefan Horngacher. Kariera Stękały uległa załamaniu. W 2019 r. w wywiadzie dla Onetu skoczek powiedział otwarcie o szkoleniowcu: „Nie lubił mnie, zresztą ja jego też. Nie przepadaliśmy za sobą”. Zarzucał mu brak indywidualnego podejścia do zawodników, choć jednocześnie po latach Stękale nie brakuje samokrytyki – stwierdził: „może byłem zbyt arogancki”. W każdym razie metody treningowe Horngachera nie sprawdziły się w przypadku Stękały, który gwałtownie obniżył loty. Ponieważ wyniki naszych najlepszych zawodników polepszyły się, niewielu kibiców interesowało się wtedy losem Stękały. On tymczasem wypadł z kadry A, a potem nawet z jej zaplecza. Sporadycznie pojawiał się w Pucharze Kontynentalnym i stojącym o rangę niżej FIS Cup, ale nawet tam odnosił przeciętne rezultaty.

Brak sukcesów przełożył się na problemy materialne. Stękała zaczął dorabiać jako pomoc kuchenna, a potem jako kelner w jednej z zakopiańskich karczm. Teraz podkreśla jednak, że praca w restauracji nie była dla niego żadną ujmą i spotkał tam życzliwych ludzi, dopingujących go do dobrego skakania.

Lepsze czasy dla Andrzeja Stękały nadeszły w sezonie 2018/2019, po objęciu stanowiska trenera kadry B przez Macieja Maciusiaka. 25-letni skoczek wielokrotnie podkreślał, że to jego najważniejszy szkoleniowiec, który uratował go przed rzuceniem skoków, a potem zmotywował do ciężkiej pracy. Stękała powrócił do skakania w Pucharze Kontynentalnym, gdzie znów osiągał dobre wyniki, lecz póki głównym szkoleniowcem był Horngacher, drzwi kadry A były dla niego zamknięte. W sezonie 2019/2020 w miejsce Austriaka trenerem został Michal Doleżal, który na asystenta wybrał Macieja Maciusiaka. Stękała znów pojawił się w kilku konkursach Pucharu Świata, choć jeszcze bez punktów.

Obecny sezon zaczął od 19. miejsca w konkursie w Wiśle, prawdziwym przełomem były natomiast MŚ w lotach w Planicy. Indywidualnie zajął tam 10. miejsce, a drużynowo zdobył brązowy medal. Warto podkreślić, że w drużynówce odegrał kluczową rolę, punktując najlepiej w swojej grupie. Dobrą formę podtrzymał w Turnieju Czterech Skoczni, a upragnione podium nadeszło 13 lutego w Zakopanem.

Marnowaliśmy potencjał?

Osiągnięcia Andrzeja Stękały, odsuniętego na boczny tor przez Stefana Horngachera, przyniosły powrót dyskusji nad oceną trzyletniej pracy Austriaka. Bez wątpienia bronią go wyniki – indywidualne i drużynowe medale igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata oraz sukcesy w Pucharze Świata. Horngacher odbudował Kamila Stocha, za jego czasów do światowej czołówki dołączył Dawid Kubacki, a życiową formę osiągnęli Piotr Żyła, Maciej Kot i Stefan Hula. Zachwyceni sukcesami kibice nie zwracali uwagi na ogólny stan polskich skoków. Tymczasem wtedy zapanowała głęboka dysproporcja między wynikami pierwszego zespołu a dyspozycją zaplecza. W kryzys wpadł Stękała, a także Klemens Murańka (przez 3 lata u Horngachera wszedł do trzydziestki w jednym konkursie). Kariery zakończyli: Bartłomiej Kłusek, regularnie niegdyś punktujący Krzysztof Miętus, a przede wszystkim Jan Ziobro i Krzysztof Biegun. Obaj mogli mieć przed sobą wiele lat skakania (są o rok młodsi od Dawida Kubackiego), a oczekiwania wobec nich były niegdyś wysokie, za czasów Łukasz Kruczka wygrali po jednym konkursie Pucharu Świata. Doszło do tego, że w konkursach w Zakopanem, gdzie Polacy mogli wystawić dodatkową grupę zawodników, nie korzystaliśmy z tego przywileju, bo brakowało zawodników na odpowiednim poziomie.

Jan Ziobro jako pierwszy otwarcie skrytykował austriackiego trenera. Najpierw w 2018 r., a ostatnio w grudniu 2020. W TVP Sport Ziobro powiedział: „wtedy w polskich skokach przeprowadzało się sabotaż (...). Horngacher (...) zostawił totalną pustkę i dziurę”. Austriacki trener twierdził, że próbował namówić Ziobrę do powrotu, ale ten nie skorzystał, a po stronie trenera stanął wtedy Adam Małysz, który zachowanie skoczka nazwał „błazenadą”.

Nikt nie umniejsza austriackiemu trenerowi znaczenia zdobytych dla nas medali i pucharów, natomiast bez wątpienia nie zbudował on fundamentów pod długofalową siłę polskich skoków. Za czasów Doleżala poprawie ulegała współpraca z zapleczem pierwszej kadry, a punktować zaczęła szersza grupa zawodników. W tym sezonie, który przecież jeszcze się nie skończył, po raz pierwszy w historii aż czterech Polaków stanęło na podium (Stoch, Kubacki, Żyła, Stękała), a rekordowa liczba wskakiwała do pierwszej dziesiątki zawodów.

Przekazanie pałeczki

Polskie skoki miały szczęście do harmonijnego przekazywania pozycji lidera. W ostatnim konkursie Adama Małysza w Pucharze Świata – 20 marca 2011 r. w Planicy – nastąpiła symboliczna koronacja następcy – Małysz zajął wtedy 3. miejsce, a Stoch 1. W maju Kamil Stoch skończy 34 lata, jest jednym z najstarszych zawodników w stawce. W skokach, jak w niemal każdej dyscyplinie sportu, zawodnicy stają się coraz bardziej długowieczni, a nasz mistrz olimpijski nie podał daty zakończenia kariery. Trudno jednak zakładać, że będzie występował dłużej niż 2–3 sezony. Podobnie jak jego rówieśnik Piotr Żyła. Dawid Kubacki jest o 3 lata młodszy, ale to także zaawansowany wiek jak na skoczka.

Stoch zaczął wygrywać konkursy PŚ jeszcze pod koniec kariery Adama Małysza. Obecnie grono polskich skoczków na dobrym poziomie jest szersze niż dekadę temu, ale brakowało zawodnika zdecydowanie się wyróżniającego. W tę rolę zaczyna wchodzić Stękała. To jednak oznacza rosnącą presję, na mistrzostwach w Oberstdorfie zapewne po raz pierwszy odczuje ją tak mocno. A potem będzie jeszcze trudniej. Polskie skoki to specyficzny świat, nasza jedyna „reprezentacyjna” zimowa dyscyplina. Skoczkowie z innych krajów często wspominają w wywiadach że zazdroszczą nam otoczki wokół skoków i wielkiego zainteresowania publiczności. Co innego jednak obserwować to z zewnątrz, a co innego być w centrum oczekiwań. Tym bardziej że nasza potęga opiera się na kruchych podstawach. Nie chodzi o infrastrukturę czy finanse, które dziś dorównują czołowym reprezentacjom, tylko o skromne zasoby ludzkie. Polskie skoki to ogółem kilkadziesiąt zawodników i zawodniczek skupionych wokół trzech ośrodków – Wisły, Szczyrku i Zakopanego. Każdy kibic, który przyzwyczaił się do sukcesów, powinien pamiętać o Szwecji, gdzie „umarły” profesjonalne skoki, oraz o Finlandii. Jeszcze w połowie minionej dekady była to czołowa nacja w skokach, dziś odgrywa marginalną rolę i najpewniej tak pozostanie, gdyż po latach posuchy sponsorzy i młodzi zawodnicy przestali interesować się tą dyscypliną. Andrzej Stękała będzie musiał zmierzyć się z coraz częściej przypisywaną mu rolą następcy Małysza i Stocha.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama