Nowy numer 15/2021 Archiwum

Prawy dopływ Missisipi

Pół wieku temu kiełkująca rewolucja konserwatywna uratowała Stany Zjednoczone. A przynajmniej nie pozwoliła liberalnej lewicy być jedynym głosem Ameryki. Czy po „nowym konserwatyzmie” Trumpa i w dobie lewicowej kontrrewolucji duetu Biden–Harris jest jeszcze miejsce dla konserwatystów „takich jak dawniej”?

W tym wstępie kryje się pewne potencjalne nieporozumienie. Zbyt często bowiem na słowa „konserwatywny” i „konserwatysta” reagujemy – w zależności od poglądów – albo ze zbytnim nabożeństwem, albo alergicznie. Innymi słowy – albo uznajemy konserwatyzm za proste przełożenie prawd teologicznych na życie społeczno-polityczne, albo, przeciwnie, za przejaw zacofania. A polityków i myślicieli odwołujących się do konserwatyzmu – albo za wzory wszelkich cnót, albo za fundamentalistów i faryzeuszy. Warto z jednej strony odczarować tę mitologię, z drugiej – „oczyścić z zarzutów” konserwatyzm jako taki.

W przypadku USA konserwatyzm to na tyle pojemne określenie, że mieszczą się w nim nurty nieraz dość mocno różniące się wizją państwa, ekonomii, bezpieczeństwa czy roli tradycji oraz wartości duchowych i religijnych w życiu społecznym. A zarazem – i to ważna różnica w zestawieniu z Europą – idzie za tym jakaś konkretna treść, a nie – jak w przypadku tego, co konserwatyzmem nazywa się w Europie Zachodniej – nic nie znaczący ideowo i politycznie termin (czego przykładem jest tzw. chadecja europejska czy Partia Konserwatywna w Wielkiej Brytanii).

I tacy właśnie konserwatyści – niekoniecznie nieomylni i święci w życiu osobistym, ale wierzący w swoje idee i dążący do ich realizacji w życiu publicznym – w połowie XX wieku zaczęli przeciwstawiać się dominującej poprawności, którą wytyczał wówczas liberalizm o wyraźnym odchyleniu lewicowym. To przyniosło owoce zwłaszcza w latach 80. i 90., gdy konserwatyści skupieni w Partii Republikańskiej zaczęli odnosić spektakularne sukcesy wyborcze i zdołali zatrzymać, przynajmniej częściowo, rewolucyjny walec ideologicznej lewicy. Dziś wydaje się, że ten trend jest w odwrocie. Niektórzy wiążą nadzieję z ponad 70-milionowym poparciem dla Donalda Trumpa, który obiecał, że wróci do polityki. Tylko czy w jego wydaniu można mówić o takim konserwatyzmie jak w przypadku paru zapaleńców, którzy w powojennej rzeczywistości rzucili wyzwanie politycznej poprawności, wzywając do powrotu do konstytucyjnych i zdroworozsądkowych korzeni Ameryki?

Ameryka za komuną

Ta historia jest niemal nieznana w naszej szerokości geograficznej, a tymczasem trudno zrozumieć dzisiejszą Amerykę bez tego kontekstu. Na polskim rynku ukazała się znakomita książka, która opisuje żmudną, ale konsekwentną drogę amerykańskiego ruchu konserwatywnego w II połowie XX wieku („Rewolucja konserwatywna. Rzecz o ruchu, który odmienił Amerykę”, Wydawnictwo Ursines). Autor, Lee Edwards, znany dziennikarz, wykładowca uniwersytecki i wieloletni działacz konserwatywny, udowadnia, że to jedna z największych nieopowiedzianych historii ostatniego wieku, bo – jak trafnie zauważa wydawca – „pod koniec II wojny światowej mało kto w życiu publicznym przyznawał się do bycia konserwatystą”. Edwards przeprowadza czytelnika przez lata 50., 60. i 70., kiedy to niewielka grupa ideowców zaczęła podkopywać uznane za nienaruszalne liberalne zasady życia społeczno-politycznego, raczej przypominające coraz bardziej lewicowe, a nieraz sympatyzujące z komunizmem tendencje. Edwards pokazuje, że konserwatywni działacze musieli zacząć budować praktycznie od podstaw, zaczynając właśnie od prasy, potem tworzyli oddolne organizacje obywatelskie, a w końcu zdominowali Partię Republikańską, która wówczas daleka była od tego, co może kojarzyć się z prawicą; przeważała w niej raczej chęć układania się z lewicowymi liberałami i tym samym parcie do współudziału w zarządzaniu państwem opiekuńczym, ocierającym się niemal o miękki socjalizm. Możliwe, że gdyby nie konserwatywna rewolucja, a raczej ewolucja, bo to był jednak dłuższy proces, dzisiejsi republikanie niewiele różniliby się od demokratów, tym samym stając się podobni do postkonserwatywnych partii zachodnioeuropejskich.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także