Nowy numer 15/2021 Archiwum

Tak po prostu jest

O tym, jak osoba z niepełnosprawnością odnajduje się w życiu publicznym, opowiada Jan Filip Libicki.

Bogumił Łoziński: Poruszasz się na wózku inwalidzkim. Jak ludzie reagują na Twój widok? Zaciekawieniem, obojętnością, odwracają głowę, a może chcą pomóc?

Jan Filip Libicki: Odwracanie głowy czy jakieś dziwne zachowania to są obrazy z mojego dzieciństwa. Mam 50 lat, z takimi reakcjami spotykałem się 40, 35 lat temu, kiedy pojawiałem się w jakimś miejscu publicznym. Myślę, że przełom nastąpił po 1989 r. Pochodzę z małej miejscowości i wiem, jak było w latach dzieciństwa, i wiem, jak jest teraz, kiedy jestem senatorem w okręgu, który ma sześć powiatów i 29 gmin. W każdym powiecie i w prawie każdej gminie jest jakieś stowarzyszenie, które pomaga ludziom z różnymi niepełnosprawnościami. Teraz jest lepszy dostęp do nowoczesnego sprzętu, co powoduje, że w przestrzeni publicznej pojawia się np. więcej osób poruszających na wózku. Samo to, że jest kilku parlamentarzystów z niepełnosprawnościami, dowodzi, że zaszła zmiana. Dziś obecność kogoś na wózku w jakimkolwiek miejscu publicznym nie jest niczym zaskakującym.

Jaki masz rodzaj niepełnosprawności?

Mam mózgowe porażenie dziecięce. Różnie się to objawia, bo różny może być stopień tego schorzenia. Ktoś może mieć mniejszą sprawność ruchową, ja mam mniej sprawne ręce i nogi, a ktoś inny ruchowo może być sprawniejszy, choć nigdy nie jest tak, że w pełni, ale mieć problem z wysławianiem się, bo ma porażony ośrodek mowy. Są też ciężej chorzy, np. leżący, z utrudnionym kontaktem.

Rodzice wiedzieli o Twojej niepełnosprawności, nim się urodziłeś?

Nie. Dowiedzieli się, gdy urodziłem się w szóstym miesiącu ciąży. Porażenie mózgowe często zdarza się wcześniakom. Zważywszy, że działo się to 50 lat temu – miałem dużo szczęścia i opieki Opatrzności, że wyszedłem z tego żywy.

Jak rodzice zareagowali?

Otoczyli mnie opieką i troską, abym mógł brać udział w normalnym życiu na tyle, na ile to jest możliwe. Pamiętam ich wielki wysiłek. W latach 1973–1986 w zasadzie co pół roku wyjeżdżaliśmy do Anglii do prywatnego ośrodka, który nazywał się Centrum Bobatha. Prowadzący go ludzie stosowali nowoczesne terapie dla osób z mózgowym porażeniem dziecięcym, także dla tych z bloku komunistycznego. Te wyjazdy to był dla moich rodziców olbrzymi wysiłek finansowy, organizacyjny itd.

Uczyłeś się w szkole dla dzieci z niepełnosprawnościami?

Gdy miałem siedem lat, rodzicie chcieli mnie zapisać do zwykłej szkoły podstawowej w Rogalinie. Wszystko zależało od decyzji dyrektora, który być może nie do końca wiedział, co zrobić, bo pierwszy raz był w takiej sytuacji. Jednak się zgodził.

Budynek szkoły pozwalał na obecność dzieci z niepełnosprawnością ruchową?

Szkoła była jednopoziomowa, więc nie musiałem wchodzić na piętro. Gdzieś tam były dwa czy trzy stopnie, wówczas ktoś mi pomagał. To była mała wiejska szkoła. Liczba uczniów wahała się w granicach 170–216 osób. Wszyscy – uczniowie i nauczyciele – przyjęli mnie bardzo dobrze. Pamiętam, jak w 1986 r. kończyłem ósmą klasę. To było za komuny, nie mieliśmy religii w szkole, odbywała się w salkach katechetycznych. W czasie Mszy św. na zakończenie szkoły ksiądz podsumowywał ten czas i powiedział do mojej klasy, że za jedną rzecz chce jej podziękować – za stosunek do Filipa. To podziękowanie najlepiej pokazało, jak w tej szkole funkcjonowałem, spotykając się z ogólną życzliwością. Bardzo chcę to podkreślić.

Rysujesz tu zupełnie inny obraz niż znany nam stereotyp zamkniętej i nietolerancyjnej dla inności społeczności wiejskiej w tamtych okresie.

Ja przez osiem lat nauki w szkole podstawowej z niczym takim, co czasem w dyskursie publicznym można usłyszeć, się nie spotkałem, wręcz przeciwnie.

Jak więc funkcjonowałeś w tej szkole?

Jeśli chodzi o naukę, to bez żadnych problemów, bardzo dobrze. Gdy koledzy grali w piłkę, ja kibicowałem, zajmowałem się też sprawami organizacyjnymi. To była szkoła zbiorcza, do której chodziły dzieci z kilku miejscowości. Między tymi miejscowościami była rywalizacja w piłkę nożną. Gdy na przykład trzeba było przewieźć moich kolegów do innej wsi, prosiłem ojca i on to robił.

Może życzliwość, z jaką się spotkałeś, wynikała z Twojej otwartej osobowości, chęci uczestniczenia w życiu rówieśników…

Znajdowałem sobie jakieś zajęcie, aby uczestniczyć w życiu szkolnym. Na przykład gdy trzeba było zarobić na to, aby drużyna miała jednolite stroje sportowe, a za komuny to nie była prosta sprawa, ja organizowałem zbieranie jabłek i koledzy te pieniądze zdobywali. Jak przyszło do meczu, to mieliśmy takie same spodenki i getry, brakowało nam jeszcze sportowych koszulek, ale umówiliśmy się, że każdy założy białą. Nasi przeciwnicy byli ubrani w to, co kto miał, byli więc pstrokaci, a my wyglądaliśmy w miarę jednolicie. To był efekt mojego zaangażowania, w którym pomagali mi rodzice. Mówię o tym, by pokazać, że znajdowałem sobie inną rolę w tym przedsięwzięciu, w którym moi koledzy akurat brali udział.

W szkole średniej też nie było problemów?

Tu już było trudniej, jeśli chodzi o budynek. Uczyłem się w VIII liceum w Poznaniu, gmach był trzypiętrowy bez windy. W szkole podstawowej i liceum poruszałem się za pomocą kul z czterema końcami, dopiero gdy zacząłem życie zawodowe, nie było to możliwe i używam wózka. W liceum musiałem o kulach wchodzić na drugie czy trzecie piętro. W roku szkolnym nabierałem wprawy i dawałem radę, ale w czasie w wakacji się odzwyczajałem i 1 września każdego roku był ciężki. Jednak dzięki życzliwości moich kolegów ze szkoły udawało mi się to pokonać.

W miarę rozwoju zacząłeś uświadamiać sobie swoje ograniczenia. Czy to było dla Ciebie trudne, buntowałeś się?

Jeżeli ktoś niepełnosprawność nabywa, czyli jest sprawny, ale nagle wydarza się jakiś wypadek, choroba i traci sprawność, to przeżywa szok i może reagować tak, jak mówisz. Ponieważ ja byłem osobą z niepełnosprawnościami od urodzenia, takiego szoku nie przeżyłem. Tak po prostu jest i tyle.

Zdarzyło się, że czyjeś zachowanie, wypowiedź w stosunku do Ciebie albo do osób niepełnosprawnych zraniły Cię, sprawiły przykrość?

Pamiętam, jak kiedyś Hanna Bakuła powiedziała, że jak wprowadzimy zakaz aborcji eugenicznej, to będziemy mieli „kupę kalek, bękartów i dzieci z wadami”. Mnie to nie dotknęło, bo jestem już za stary i za dużo rzeczy w polityce widziałem, ale za każdym razem, gdy coś takiego słyszę, czuję się w obowiązku zabrać publicznie głos i powiedzieć, że się z tym nie zgadzam. Tak samo czuję się w obowiązku mówić publicznie, że jestem przeciwnikiem aborcji eugenicznej. Niezależnie do tego, że negatywnie oceniam skład i tryb powołania Trybunału Konstytucyjnego, jego wyrok w sprawie aborcji eugenicznej uznaję za obowiązujące prawo i cieszę się z niego.

Kiedyś powiedziałeś, że dla osoby niepełnosprawnej najważniejsza jest możliwość samodzielnego życia. Jak to jest u Ciebie?

Moje życie jest w pełni samodzielne, ponieważ jestem parlamentarzystą. Mam w biurze współpracowników, którzy mnie zawiozą na spotkanie, pomogą mi we wszystkim. Wcześniej też moje życie było samodzielne, gdy na przykład brałem na mieszkanie studenta i mówiłem mu, że ma prawo przez całe studia mieszkać u mnie za darmo, ale musi mi pomagać. Gdybym przestał być parlamentarzystą, moja samodzielność uległaby znacznemu ograniczeniu i musiałbym się na nowo organizować. Dlatego sytuacja, w której nie mamy jeszcze w Polsce usług asystenckich dla osób z niepełnosprawnościami, jest rzeczą niedobrą. Jako parlamentarzysta z wieloletnim stażem ponoszę także za to część winy.

Jesteś katolikiem. Jakie znaczenie w Twoim życiu ma wiara?

Wiara ma w moim życiu znaczenie fundamentalne, z pewnością dużo większe niż polityka. Tylko ja nie wiążę wiary z niepełnosprawnością. Są ludzie z niepełnosprawnościami, którzy uciekają w wiarę, w niej szukają pociechy, siły. U mnie to wygląda zupełnie inaczej. Pochodzę z rodziny wierzącej, w której co niedzielę chodziło się do kościoła i w której wiara była silnie obecna. W 1992 r. wciągnął mnie ruch tradycjonalistów, czyli zwolenników Mszy św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego, który oczywiście jest w Kościele katolickim i korzysta z przepisów prawa kościelnego ustanawianych przez poszczególnych papieży. Będąc w ruchu tradycjonalistów, czytając na ten temat książki, umocniłem swoją wiarę. Dziś ludzie postrzegają mnie jako osobę wierzącą, ponieważ jestem zaangażowany w ten ruch, a wiarę wyniosłem z domu.•

Jan Filip Libicki

jest politykiem, obecnie senatorem. W latach 1999–2002 był doradcą prezesa Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Należał m.in. do PiS, PO, obecnie należy do PSL.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Bogumił Łoziński

Zastępca redaktora naczelnego „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Polska”.
Pracował m.in. w Katolickiej Agencji Informacyjnej jako szef działu krajowego, oraz w „Dzienniku” jako dziennikarz i publicysta. Wyróżniony Medalem Pamiątkowym Prymasa Polski (2006) oraz tytułem Mecenas Polskiej Ekologii w X edycji Narodowego Konkursu Ekologicznego „Przyjaźni środowisku” (2009). Ma na swoim koncie dziesiątki wywiadów z polskimi hierarchami, a także z kard. Josephem Ratzingerem (2004) i prof. Leszkiem Kołakowskim (2008). Autor publikacji książkowych, m.in. bestelleru „Leksykon zakonów w Polsce”. Hobby: piłka nożna, lekkoatletyka, żeglarstwo. Jego obszar specjalizacji to tematyka religijna, światopoglądowa i historyczna, a także społeczno-polityczna i ekologiczna.

Kontakt:
bogumil.lozinski@gosc.pl
Więcej artykułów Bogumiła Łozińskiego

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także