Nowy numer 9/2021 Archiwum

Paradoks uwięzionego

Choć pojmany i zamknięty w więzieniu, to nie Jezus jest zniewolony. Więźniem jest raczej Judasz, który przyprowadził do Niego kohortę.

Niewola. Uwięzienie. Największe poniżenie, jakie może spotkać człowieka – istotę wolną z natury i do wolności powołaną. Wraz z ukrzyżowaniem – największe poniżenie, jakie spotkało Boga ze strony człowieka. Dawca wolności zostaje jej pozbawiony. Takie było zamierzenie Bożego planu odkupienia człowieka i taki był los Odkupiciela.

Miłość nie do wyobrażenia

Tajemnica uwięzienia Jezusa jest skandalem bez porównania. Można ją zestawić tylko z tajemnicą Wcielenia. Nie bez przyczyny, pisząc kiedyś o narodzinach Boga-człowieka, stwierdziłem, że był to paradoks. Od kiedy Bóg przyjął ludzkie ciało, człowiek mógł dać Bogu w twarz. Słowa te wzbudziły zgorszenie u jednej z czytelniczek, która stwierdziła z oburzeniem, że to zdanie odbiera Bogu majestat. Słusznie napisała, choć nie ja powinienem być adresatem tych pretensji. To nie ja przecież wymyśliłem ten scenariusz. Wymyślił go Pan Bóg, który w niewyrażalnej żadnym ludzkim słowem miłości do człowieka postanowił „wydać samego siebie”. I zrobił to.

Teraz Jezus stoi wobec kohorty, która Go zniewoli, upodli i zabije. Święty Jan zapisał, że Jezus wyszedł z uczniami za potok Cedron, do ogrodu, który znał Judasz, „bo Jezus i uczniowie Jego często się tam gromadzili”. Ten zaś otrzymał kohortę oraz strażników od arcykapłanów i faryzeuszów i przybył tam z latarniami, pochodniami i bronią. „Jezus wiedząc o wszystkim, co miało na Niego przyjść, wyszedł naprzeciw i rzekł do nich: »Kogo szukacie?«. Odpowiedzieli Mu: »Jezusa z Nazaretu«. Rzekł do nich Jezus: »Ja jestem«. Również i Judasz, który Go wydał, stał między nimi. Skoro więc rzekł do nich: »Ja jestem«, cofnęli się i upadli na ziemię. Powtórnie ich zapytał: »Kogo szukacie?«. Oni zaś powiedzieli: »Jezusa z Nazaretu«. Jezus odrzekł: »Powiedziałem wam, że Ja jestem. Jeżeli więc Mnie szukacie, pozwólcie tym odejść!«. Stało się tak, aby się wypełniło słowo, które wypowiedział: »Nie utraciłem żadnego z tych, których Mi dałeś«. Wówczas Szymon Piotr, mając przy sobie miecz, dobył go, uderzył sługę arcykapłana i odciął mu prawe ucho. A słudze było na imię Malchos. Na to rzekł Jezus do Piotra: »Schowaj miecz do pochwy. Czyż nie mam pić kielicha, który Mi podał Ojciec?«. Wówczas kohorta oraz trybun razem ze strażnikami żydowskimi pojmali Jezusa, związali i zaprowadzili najpierw do Annasza” (J 18,1-12).

Między wolnością a zniewoleniem

Fragment Ewangelii Janowej wybieram w tym kontekście celowo. Jest w nim bowiem odzwierciedlone dokładnie to napięcie między majestatem Boga i złośliwością człowieka, które stanowi sedno zgorszenia krzyżem. „Ja jestem” powala ludzi na twarz przed majestatem Tego, Który Jest. Nie powodując, by odstąpili od zamiaru uwięzienia Go i skazania na śmierć. Czy jest w naszej ludzkiej kondycji coś bardziej tragicznego? Ten niezrozumiały paradoks uwięzionego Boga oddał w swojej wypowiedzi Żyd z relacji Orygenesa, który stwierdził: „Jakże mieliśmy uważać za Boga kogoś, kto poza zarzucanymi mu występkami nie spełnił żadnej swej obietnicy, a gdyśmy go zdemaskowali, potępili i skazali na karę śmierci, ukrywał się i sromotnie uciekał, aż został wydany przez tych, których uważał za swych uczniów? Przecież gdyby był Bogiem, nie powinien był uciekać ani pozwolić się schwytać i uwięzić, a przede wszystkim nie powinien zostać opuszczony i zdradzony przez ludzi, którzy z nim obcowali, którzy byli wtajemniczeni w jego sprawy osobiste, którzy uważali go za swego mistrza i uznawali za Zbawiciela, Syna i wysłannika najwyższego Boga” (Orygenes, Cels. 2,9). Tu jest sedno różnicy w myśleniu Boga i człowieka: „gdyby był Bogiem, nie powinien był pozwolić się uwięzić”. My, chrześcijanie, wierzymy w Boga, który na to pozwolił. I ta prawda wiary powinna mieć kolosalny wpływ na nasz stosunek do osobistej, indywidualnej wolności. Tym bardziej że Jezus, jak podaje Jan w swojej Ewangelii i co podkreślają egzegeci, podejmuje dobrowolny akt wyjścia naprzeciw tym, którzy mają Go uwięzić i zabić. Nie jest zaskoczony, nie czuje się jak w pułapce, tylko wychodzi naprzeciw swojemu przeznaczeniu w pełni świadomie i dobrowolnie. Kolejny paradoks: to raczej Judasz, który prowadzi kohortę, zdaje się człowiekiem zniewolonym.

Łaska uwięzienia

Franciszek Blachnicki, rocznik 1921. Urodzeni w tamtym czasie, nawet jeśli tracili wiarę w Boga, to nie tracili wiary w ponadczasowe wartości: honor, prawość, szacunek do prawa i samodyscyplinę. Oni już wymierają, a kolejne pokolenia, skażone postmodernistycznym „istnieje to, co uważam, że istnieje”, muszą sobie radzić ze światem, w którym ta maksyma nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Pojmany już jako kapłan za działalność na rzecz wolności człowieka (trudno inaczej nazwać zaangażowanie proabstynenckie) i osadzony w więzieniu napisał tak: „To wielka łaska od Niepokalanej, że od razu znalazłem właściwą postawę wewnętrzną wobec więzienia. Od strony negatywnej polega ona na tym, aby nie myśleć w ogóle o terminie wyjścia z więzienia. Każdy więzień, gdy znajdzie się za kratkami, zaczyna żyć nadzieją wolności. Wokół tego problemu obraca się całe jego życie psychiczne. Niesprawdzanie się nadziei szarpie nerwy i załamuje psychicznie. Zrozumiałem, że tej pokusy muszę się wystrzegać. Punkt centralny moich przeżyć wewnętrznych musi leżeć gdzie indziej. Gdzie? Wspaniałe sformułowanie odpowiedzi na to pytanie znalazłem w Psalmie 61, w Matutinum: »In Deo tantum quiesce anima mea!« („Odpocznij jedynie w Bogu, duszo moja”). Oto wspaniały Leitmotiv mojego pobytu w więzieniu! Droga do Boga jest otwarta, nie zagrodzą jej kraty i mury więzienne. A Bóg sam wystarcza! Więzienie – to rekolekcje! Od razu, w pierwszym dniu ułożyłem plan ćwiczeń duchownych więziennych rekolekcji i »dzienniczek kontroli«”.

Ksiądz Franciszek Blachnicki w ośrodku Marianum w Carlsbergu w 1983 roku.   Ksiądz Franciszek Blachnicki w ośrodku Marianum w Carlsbergu w 1983 roku.
reprodukcja henryk przondziono /foto gość

Więzienie, w którym znalazł się Blachnicki już jako kapłan, było mu znane. Kolejny paradoks – wrócił w miejsce, w którym więzili go hitlerowcy. Ale innym był wówczas człowiekiem i inaczej podchodził do spraw wiary. Wspominając po latach tamte doświadczenia w świadectwie wygłoszonym w obecności kard. Karola Wojtyły na Kopiej Górce w Krościenku, powiedział o tym: „Było to 17 czerwca 1942 r. w godzinach przedpołudniowych, w Katowicach, przy ulicy Mikołowskiej, w więzieniu na oddziale zwanym B-1 (oddział, na którym przebywali skazańcy czekający na wykonanie wyroku śmierci przez ścięcie gilotyną). To, co się wtedy stało, trwa jako rzeczywistość niczym nie przyćmiona – bez przerwy, przez 35 lat. Najpierw kilka słów o tym, co było przedtem: miałem lat 21, przedtem w gimnazjum matura, działalność w harcerstwie, potem służba wojskowa, podchorążówka. Jako plutonowy chorąży uczestniczyłem w kampanii wrześniowej, potem ucieczka z niewoli, powrót do rodzinnego miasta, praca w konspiracji przez kilka miesięcy, ucieczka przed gestapo, aresztowanie w Zawichoście koło Sandomierza, przewiezienie do więzienia śledczego w Tarnowskich Górach – rodzinnym mieście, a potem wcielenie do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu – numer 1201. To historia zewnętrzna, a wewnętrzna: miałem swoje ideały, swoje marzenia, plany życiowe… Jeden ideał streszczał się w tym, żeby wypracować sobie charakter. Miałem taki notesik, gdzie na pierwszej stronie było napisane słowo decrevi – postanowiłem, a potem motto: »Charakter to nieugiętość woli w służbie zasad uznanych za prawdziwe« i szereg pięknych haseł tego programu pracy. Miałem obok tego drugi plan reformowania świata, angażowania się w życie społeczne, w politykę i chciałem budować wspaniały, piękny świat. W tym wszystkim nie było miejsca dla Boga, to było wszystko moje własne, Bóg nie był mi do niczego potrzebny”.

Droga do wolności

To świadectwo ks. Franciszka Blachnickiego z Kopiej Górki, spisane w 1988 r. na podstawie kasety magnetofonowej udostępnionej przez o. Czesława Chabielskiego, jezuitę, długoletniego jego współpracownika, jest rodzajem oddania chwały Bogu. Za co? Za… uwięzienie, bo przecież w tym czasie Bóg, który nie był mu dotychczas „do niczego potrzebny”, nagle, w jednym momencie, stał się centralnym punktem odniesienia w jego życiu. To była chwila, kiedy skupiony na lekturze Franciszek doświadczył Światła: „Stało się to nagle, w jednej sekundzie. Siedziałem po cichu w celi, czytałem książkę o treści religijnej, specjalnie nie interesowała mnie, ale nagle przeczytałem jedno zdanie: »Człowieku! Oprócz ciała i duszy istnieje duch! Coś pośredniego między ciałem a duszą. Ten duch może się w kierunku ciała i materii jak gdyby rozwinąć, wtedy człowiek żyje tylko dla materii; ale może jeszcze ten duch w kierunku duszy pójść, wtedy człowiek może się stać duchowy«. Taka jest treść tego zdania. W tym momencie wstałem i zacząłem chodzić po celi, i powtarzać sobie ciągle w koło: »Wierzę, wierzę, wierzę«. Nie wiedziałem jeszcze, w co wierzę. Kiedyś potem starałem się porównać to przeżycie z tym, jak gdyby ktoś w ciemnej celi przekręcił kontakt: nagle jest światło, ale jeszcze nie widzę poszczególnych przedmiotów, na razie jest światło, a potem dopiero w tym świetle poznaję różne przedmioty”. Było to 17 czerwca 1942 r., w – jak podkreślił biskup Adam Wodarczyk w swojej monografii sługi Bożego – „największym dniu życia” Blachnickiego. Czy dzień przejrzenia na oczy faktycznie nie zasługuje na takie określenie w przypadku każdego z nas?

Ksiądz Franciszek Blachnicki przebywał w tym samym więzieniu dwa razy. Paradoksalnie za to samo – za działalność na szkodę państwa. A w rzeczywistości za działalność na rzecz wolności człowieka. Chodzi jednak nie o wolność w sensie politycznym, ale raczej o tę wewnętrzną, „która jest w nas”. Można odnieść wrażenie, że słowo „wolność” jest w przypadku Blachnickiego kluczem do zrozumienia tajemnicy ludzkiego życia duchowego. 25 października 1979 r. podczas Tygodnia Eklezjologicznego odbywającego się na KUL-u Blachnicki powiedział: „Wolność jest faktem wewnętrznym, zależnym wyłącznie od nas. Ciągle myślimy, że wolność to sprawa pewnych zewnętrznych uwarunkowań, a tymczasem »ku wolności wyswobodził nas Chrystus« (Ga 5,1). I ta wolność, którą obdarował nas Chrystus, jest faktem, tzn. w każdej chwili mogę postępować zgodnie ze słowami »prawda was wyzwoli« (J 8,32). Jeżeli postępuję zgodnie z prawdą, wtedy jestem wolny. I obojętne, czy jestem w więzieniu, czy w obozie; obojętne, czy ja za to życie zgodne z prawdą ponoszę takie czy inne konsekwencje, czy nawet poniosę śmierć: jestem człowiekiem wolnym. Zrozumienie tego to jest sprawa najbardziej nam w tej chwili potrzebna”.

Nie panikuj

Sednem przeżywania Wielkiego Postu i sensem rekolekcji jest osobiste nawrócenie. Po to jest Wielki Post i po to są rekolekcje. Ma być konkretnie. A ks. Blachnicki to bardzo konkretny rekolekcjonista. W przemówieniu na KUL-u przywołał swoje wspomnienie sprzed lat – z frontu. Powinno ono być mottem dla wszystkich szukających drogi ku osobistej wolności, ku której przecież wyswobodził nas Chrystus. Blachnicki odniósł się do… paniki. Kiedy uczestniczył w kampanii wrześniowej, wielokrotnie przeżywał sytuację paniki, która ogarniała całe zebrane w jednym miejscu wojsko. „Wojsko stłoczone gdzieś na drodze, w wiosce, zmęczone, a tu nagle bombardowanie, ostrzeliwanie i wszyscy zaczynają na oślep uciekać w szalonym pędzie, wszystko rzucają. To jest panika. Coś strasznego. Kilka razy to przeżywałem i zawsze jakoś dziwnie reagowałem. Nawet nie wiem, skąd mi się to wzięło, wiem, że zawsze był we mnie wtedy jakiś głos: zostań na miejscu. Nie idź za tą masą uciekającą, nie poddawaj się tej panice. A potem głos: idź w stronę przeciwną, zobacz, przed czym oni uciekają, czy naprawdę jest przed czym uciekać. Bo panika jest często ślepa, to ucieczka nie wiadomo przed czym. Gdy człowiek się wyłączył z tej paniki i spróbował dojść przyczyny, to okazywało się, że strach ma wielkie oczy, zwykle nieprzyjaciela nie było tam właśnie, skąd wszyscy uciekali”.

Ten pierwszy tydzień naszych rekolekcji pod hasłem „Któryś za nas cierpiał rany” powinien uwrażliwić nas na to, czego się boimy. Czy nie ze strachu człowiek ukrył się przed Bogiem po popełnieniu pierwszego grzechu? Tak to już jest z grzechem, że zmusza do ukrycia się, ucieczki. Człowiek wpada w panikę. Najczęściej jednak ukrywa się przed Tym, przed którym powinien stanąć w prawdzie – jak nagi. Uciekając, ukrywając się przed Bogiem, nie da się walczyć z grzechem. Kolejną odsłoną tej ucieczki jest przyzwyczajenie do niej. Uzależnienia – od czegokolwiek – zawsze są skutkiem uciekania od prawdy o sobie. Uciekając coraz dalej, nie można z nimi wygrać. A przecież ku wolności wyswobodził nas Chrystus. Ten paradoks ma swoją bardzo praktyczną kontynuację w życiu każdego z nas: Jezus podejmuje dobrowolny akt wyjścia naprzeciw tym, którzy przyszli, aby Go uwięzić i zabić, nie jest zaskoczony, nie czuje się jak w pułapce, ale wychodzi naprzeciw swojemu przeznaczeniu w pełni świadomie i dobrowolnie. A prawdziwie zniewolonym jest ten, który prowadzi kohortę…•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama