Nowy numer 29/2021 Archiwum

Archeologia pamięci

Pamięć to uznanie dziedzictwa. Pomaga nam się odnaleźć.

Kim jesteśmy bez pamięci? Trzy nowe, warte uwagi filmy pomagają szukać odpowiedzi na to pytanie. Małgorzaty Szumowskiej „Śniegu już nigdy nie będzie”, polski kandydat do Oscara, przedstawia krajobraz bez pamięci: wielkie osiedle luksusowych identycznych dworków potworków bez gustu, jakie budują nienasyceni deweloperzy dla elit III RP. Reżyserka z pewnym współczuciem dla swoich bohaterek opisuje kamerą przejmującą pustkę ich życia. Są w niej jogging, rowerek, siłownia, seks albo pieski, które zastępują relacje z ludźmi. Nie ma wiary. Są zastępcze mody, jak zabawa w Halloween, w której uczestniczą dorośli udający dzieci. Gdzieś w tle choinka, na której trzeba zawiesić kolorowe lampki. Jest tylko chwila, którą żyją mieszkańcy osiedla, chcą z niej wypić, ile się da i jak najszybciej. Odwracają się od śmierci, która i tak przychodzi. Bez pamięci, bez historii, bez kultury – czyli pracy pokoleń, która może nas duchowo wzbogacić, jeśli tylko tę pracę podejmujemy z pietyzmem. Tak to jest u nas? Konieczne są masaże – na zmęczone kręgosłupy, na stres, na bezsens. Tylko masażysta imigrant z Prypeci ma swoją pamięć – po Czarnobylu. Czarodziej ze Wschodu, zawsze otaczanego mistyczną aurą u tych, którzy odcięli się od własnych kulturowych korzeni – to jedyna nadzieja? Bardzo smutna komedia.

Agnieszka Holland także rywalizować będzie o Oscara swym najnowszym filmem, tyle że jako reprezentantka kinematografii czeskiej. Jej „Szarlatan” to tradycyjnie opowiedziana historia niejakiego Mikoláška, zielarza uzdrowiciela z Rokycan. Swoimi metodami leczył setki tysięcy ludzi w przedwojennej republice, potem, pod niemiecką okupacją, m.in. samego szefa kancelarii III Rzeszy Martina Bormanna, a po komunistycznym „wyzwoleniu” prezydenta Antonina Zapatockiego. Tu pamięci nie brakuje, jakby Czesi lepiej o nią dbali (w filmie na pewno lepiej im się to udaje niż w Polsce po 1989 roku). To jest pamięć korzeni, tradycji czeskiej prowincji. Prowincja jest dobra, w każdym razie nie ma powodu, by się jej wstydzić. Ona daje bohaterowi siłę i wiarę (także, paradoksalnie, tę religijną, chrześcijańską), by swój dar leczniczy traktować jak misję. Jest tu też pamięć – przywołana z całą prawdziwą grozą – komunistycznego systemu: niszczącego ludzi i ich sumienia. Ostateczna rozprawa z Mikoláškiem po śmierci jego najwyżej postawionego pacjenta, brutalne śledztwo, upodlenie – to lekcja historii. Tak przydałaby się dzisiejszym wyznawcom komunistycznej mody, która odradza się wśród części młodszego pokolenia: tego z amputowaną w III RP pamięcią o PRL, o czasach Bieruta, Bermana i Moczara. Niestrawna piguła politycznej poprawności dodana do tego filmu – agresywnie pokazany wątek homoerotyczny – być może ma równoważyć gorzką pigułkę pamięci o doświadczeniu życia w prawdziwym totalitaryzmie.

Tematem trzeciego filmu jest archeologia, czyli przemijanie ludzi i trwanie materialnych śladów oraz cierpliwa praca, by odkryć w owych śladach naszych przodków; dążenie do odnalezienia swojego miejsca w czasie, wśród pokoleń. To osnowa najnowszego, wyemitowanego w końcu stycznia przez Netflix filmu australijskiego Simona Stone’a „Wykopalisko” (The Dig). Oparta jest na prawdziwej historii odkrycia w latach 1938–1939 anglosaskiego skarbu z VI wieku na prywatnej posesji we wschodniej Anglii. Narracja filmu toczy się w cieniu nadciągającej wojny i jasno przypomina – poprzez rozmowy archeologów, komunikaty radiowe – kto na kogo wtedy napadł: Niemcy (nie żadni naziści) na Polskę. Warszawa jest bombardowana przez sąsiadów. A nie Warszawa bombarduje sąsiadów… Jakoś tak naturalnie to wychodzi. Nie ma z tym problemu, jaki przypomnienie tych prostych faktów wywołuje w dzisiejszej „kulturze” polskiej. Istotny problem, jaki odkrywa film, jest oczywiście gdzie indziej: w poszukiwaniu sensu i znaczenia indywidualnego życia ludzkiego w przemijaniu. Przepięknie jest to sfilmowane i zagrane (dodać warto, że również w filmach Szumowskiej i Holland aktorstwo jest najwyższej próby). Dyskretnie ukazane pragnienie miłości i poczucie służby czemuś większemu od jednostkowych apetytów splatają się wokół symbolu pamięci. Jest nim w owym filmie wielka łódź, zakopana ze skarbami i prochami ludzkimi, odkryta z szacunkiem przez dwoje głównych bohaterów po 1500 latach. Uznają tę łódź i jej duchową zawartość za swoje dziedzictwo. Materialne przekazują do muzeum.

Pamięć to uznanie dziedzictwa. Przejmująco przedstawił w ostatnich latach ten wybór, jako etyczny obowiązek, wielki rosyjski pisarz Siergiej Lebiediew w powieści „Granica zapomnienia”. Mierzy się w niej z dziedzictwem zła, spychanego w niepamięć – dziedzictwem Gułagu w swojej ojczyźnie. I odkrywa, że pamięć nawet jednego człowieka nie jest nędzną łódką, ale arką. Ocala przed potopem zapomnienia. I oprawców, i ofiary. I tych, którym jesteśmy winni wdzięczność. Pomaga nam się odnaleźć.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama