Nowy numer 24/2021 Archiwum

Powrót Wielkiego Brata

Lista tematów tabu na platformach społecznościowych błyskawicznie się wydłuża. I nie dotyczą one polityki czy gospodarki, ale rodziny, obyczajów, języka.

Przekonali się o tym ukraińscy reporterzy walczący z kremlowską dezinformacją. Rosyjskie farmy botów stworzyły program, który automatycznie wyszukuje konkretne słowa we wszystkich najpopularniejszych tekstach ukraińskich dziennikarzy i blogerów, po czym zgłasza je jako nadużycie administratorom Face- booka. Ci zaś usuwają treści jako „niebezpieczne”. Interwencje Ukraińców na niewiele się zdały. Skończyło się na opublikowanym także na Zachodzie liście do władz informatycznego giganta, w którym czytamy: „obecna strategia Facebooka stawia w uprzywilejowanej pozycji autorytarne władze Rosji i ich propagandę.” Oczywiście nikomu nie przychodzi do głowy zamykać konta Putina. Prawdziwym zagrożeniem jest Trump.

Zagrożone słowa

„W sumie dobrze, że tego błazna zablokowali” – takich, pełnych satysfakcji komentarzy pojawiło się w sieci nie mniej niż głosów oburzenia. Podobnie jak opinii, że zagrożenie dotyczy wielkich, a nie maluczkich. Błąd. Cenzura już dotyka przeciętnych użytkowników platform społecznościowych. Usuwane są zdjęcia, wpisy, traktowane jako element „mowy nienawiści”. Co to znaczy dziś, mniej więcej wiadomo (choć to pojęcie – worek), ale co będzie znaczyć jutro? Biorąc pod uwagę galopujące postępy poprawności politycznej, już teraz łatwo można zostać uznanym za faszystę, gdy użyje się słowa „naród”, a za transfoba, gdy nazwie się Margot mężczyzną. I to w prywatnej konwersacji. Za rok, dwa użycie słów „mama” i „tata” będzie traktowane jak internetowe przestępstwo. A Wielki Brat wszystko czyta, każda rozmowa na FB czy TT jest w jakimś sensie kontrolowana.

Pamiętajmy, że mowa o prywatnych firmach, które swoje „regulaminy” mogą kształtować według własnego uznania. I wcale się ze swoimi poglądami nie kryją, otwarcie wspierając np. ruch LGBT. Nie można wykluczyć sytuacji, w której nie będzie możliwa na globalnych platformach otwarta dyskusja o obronie życia nienarodzonego, a głosy krytyczne wobec aborcji będą kasowane jako naruszające „prawa człowieka”. Lista tematów tabu błyskawicznie się wydłuża. I nie dotyczą one polityki czy gospodarki, ale rodziny, obyczajów, języka.

Mówienie w dzisiejszych realiach o budowaniu alternatywnych platform jest skazywaniem się na życie w skansenie. Dziś każdy, kto chce prowadzić działalność publiczną, w dziedzinie polityki, kultury czy biznesu – musi być obecny na Twitterze i Facebooku. Zamykanie kont oznacza coś w rodzaju śmierci cywilnej. Gdyby ktoś z operatorów telefonicznych czy kablowych po prostu odciął nas od sieci, zaczął selekcjonować, z kim możemy się kontaktować, jakie kanały oglądać – mielibyśmy cały zestaw instrumentów, by temu przeciwdziałać. W przypadku mediów społecznościowych jesteśmy bezradni. Rządy państw demokratycznych muszą wykazać determinację i zdecydowanie w okiełznaniu dyktatury globalnych koncernów.

Poskromić gigantów

„Właściciele portali społecznościowych nie mogą działać ponad prawem, dlatego zrobimy wszystko, by określić ramy funkcjonowania Facebooka, Twittera, Instagrama i innych podobnych platform” – skomentował zablokowanie Donalda Trumpa Mateusz Morawiecki. Premier zrobił to… na Face­booku, z pewnością świadomie i celowo. „Wielkie, ponadnarodowe korporacje, bogatsze i potężniejsze od wielu państw zaczęły traktować naszą internetową aktywność tylko jako źródło zysku i wzmacniania globalnej dominacji. A także czuwać nad poprawnością polityczną tak, jak im się to podoba. I zwalczać tych, którzy się im sprzeciwiają” – dodał szef polskiego rządu. Wpis był zapowiedzią działań, które premier ma zamiar podjąć na forum UE. Klimat jest sprzyjający, bo w połowie grudnia Komisja Europejska przedstawiła projekt regulacji, zgodnie z którym amerykańskie firmy technologiczne będą zagrożone grzywną w wysokości do 10 proc. rocznego obrotu i mogą zostać podzielone, jeśli nie będą respektować regulacji UE. Teraz czas te regulacje zaostrzyć. Jak?

Pojawiają się już konkretne propozycje. Jedną z nich na portalu Euro/Islam przedstawił Grzegorz Lindenberg, postać ważna dla rozwoju wolnych mediów w Polsce, m.in. współzałożyciel „Gazety Wyborczej” (z której szybko odszedł) i twórca „Super Expressu”.

Propozycja zamyka się w czterech prostych zasadach. „Po pierwsze, media takie nie powinny ograniczać swobody wypowiedzi w większym stopniu, niż przewidują to przepisy danego kraju. Po drugie, decyzje o ograniczeniu możliwości wypowiedzi powinny być uzasadnione merytorycznie, a nie »naruszeniem regulaminu«, a także podpisane przez konkretną osobę. Po trzecie, decyzje o zawieszeniu czy zamknięciu konta użytkownika powinny być możliwe do zaskarżenia w specjalnym sądzie, wydającym wyroki błyskawicznie, tak jak wydawane są wyroki w trybie wyborczym. Po czwarte, za decyzje uznane przez sąd za niesłuszne użytkownicy mogliby domagać się odszkodowania, tak jak można domagać się odszkodowania za wadliwe lekarstwo, produkt żywnościowy czy samochód”.

Król jest nagi

Czy stwierdzenie, że król (czyli platformy internetowe) jest nagi, może oznaczać powrót do mediów tradycyjnych? Zależy jakich. Jest to niewątpliwie szansa dla dziennikarstwa jakościowego, rzetelnego, oferującego sprawdzone informacje i pomagającego czytelnikom odnaleźć się w coraz bardziej szalonym świecie. Nie ma natomiast ratunku dla nowego typu „dziennikarstwa” polegającego na poszukiwaniu newsów w blogosferze i mediach społecznościowych, a następnie opakowywaniu ich w prowokujące do kliknięć tytuły. Oczywiście na handlowanie emocjami, nakręcanie spirali lęków, gromadzenie plotek i skandali zawsze będzie popyt, ale w innej kategorii, nazwijmy ją inforozrywką (jakie info, taka rozrywka).

Stanem naturalnym w przypadku dziennikarstwa jest dążenie do pokazania prawdy, dotarcia do niej najbliżej jak się da. Obcowanie z prawdą jest ludziom potrzebne. Jeśli dadzą się przekonać, że wszystko wokół jest oszustwem i fałszem, paradoksalnie zaczną wierzyć w cokolwiek. Jak w przypadku szalejących dziś teorii spiskowych. Dlatego potrzebujemy nie tyle medialnych strażników, ile raczej przewodników.

Oczywiście do tego tanga potrzeba dwojga. Narzekamy na jakość współczesnego dziennikarstwa, ale spadek czytelnictwa prasy wiąże się także z zanikiem postaw obywatelskich, z niechęcią do zajmowania się sprawami publicznymi. Znużeni politycznym teatrem chętniej zamykamy się w kokonie prywatności i towarzyskości, której naturalnym środowiskiem są właśnie portale społecznościowe. Ale czasy są takie, że znów przybywa ludzi zainteresowanych tym, co za oknem, w bliskim, ale i dalszym sąsiedztwie. •

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama