Nowy numer 18/2021 Archiwum

Dar nowego Życia

Jak wyglądały moje Święta? Z większym zrozumieniem ich głębi. Zrozumieniem Matki przez matkę. Zrozumieniem ubóstwa, większej troski o rodzinę.

Jakże podobny do Matki Bożej czas przeżywałam podczas tegorocznego Adwentu. Ja, matka nieplanowanego dziecka. Bo gdzież byśmy planowali w okresie pandemii powiększanie rodziny. I to w trakcie budowy domu (w którym nie przewidzieliśmy dodatkowego pokoju dla drugiej córki), w niepewnej sytuacji finansowej, z długami, tysiącem spraw i w wieku, kiedy moje rówieśniczki już dawno zapomniały, co to pieluchy. To Ona od początku uczyła mnie miłości do nowego życia, zaufania, zaakceptowania Bożej woli. Jej powierzałam swoje problemy i niepewności. Jeśli spadła na nas taka łaska (już pierwsza córka była Cudem, bo lekarze nie dawali dużych szans na potomstwo), to jak mogliśmy nie przyjąć Drugiego Cudu?

A nie był to czas łatwy. Finansowo i zdrowotnie. I nas nie ominął nowy wirus, choć na szczęście obyło się bez leczenia szpitalnego. Teraz dostrzegam to jak łaskę, bo przed samym porodem nie grozi mi już kwarantanna i strach o możliwość rodzenia w zwykłym szpitalu.

Nasze rekolekcje adwentowe, mimo że nie udało się uczestniczyć w Mszach Roratnich, były w tym roku wyjątkowo głębokie. Może właśnie dlatego, że drzwi świątyni zamykały się po zliczeniu dopuszczalnej liczby wiernych, Bóg jeszcze szerzej otwierał Swoje serce dla naszej rodziny. Zatroskani o najpilniejsze rodzinne potrzeby nie dostrzegliśmy nawet "przedświątecznego szału zakupów" w mediach i sklepach. 20-dniowa kwarantanna nie była czasem łatwym i bynajmniej spokojnym, pełnym chwil na modlitwę i refleksję. Dolegliwości chorobowe, praca zdalna, organizowanie tematów budowlanych przez telefon (bo przecież osobiście nie można) i pełna niespożytej energii dwulatka w jednym pokoju - to na prawdę mieszanka wybuchowa dla kobiety ciężarnej. W chwilach "padania z nóg" powierzałam się Maryi, która z wielkim brzuchem najpierw udała się pomagać Elżbiecie, a potem rodziła po długiej podróży do Betlejem w stajence.

Jak wyglądały moje Święta? Z pewnością z większym zrozumieniem ich głębi. Zrozumieniem Matki przez matkę. Zrozumieniem ubóstwa, większej troski o rodzinę. Kiedy moja dwuletnia córeczka po spowiedzi (mojej) powiedziała, że ona też już przeprosiła Pana Jezusa i ma dla Niego czyste serduszko - to czego więcej mi było trzeba?

Czas Świąt spędziliśmy rodzinnie - jak co roku. Jeśli się mieszka w 10 osób, to musi być rodzinnie. Jeśli do tych 10 osób przyjdą jeszcze 4, to jest już komplet. Był więc czas na wspólne rozmowy przy stole i zabawy z najmłodszymi, na wspólną radość mimo niepewnej przyszłości. Ale i tu ufamy Świętej Rodzinie - choć musieli uciekać z ojczyzny, to Bóg ani na chwilę ich nie odstępował. Nie odstąpi więc i od nas ani w chwili głodu, ani gdy przyjdzie czas na poród, ani gdy przyjdzie się opiekować obiema dziewczynkami, pomagając mężowi w budowaniu, a jeśli Bóg da, to i w przeprowadzce do własnego lokum.

Dziękuję więc Bogu za te Święta - za dar życia Jezusa i dar życia Kornelki, która niedługo się urodzi i jej starszej siostry Agatki. Dziękuję Maryi - Matce - za drugi już dar macierzyństwa, tak niełatwego przecież, ale tak pięknego i rozwijającego. Dziękuję za cudownego męża, który jak św. Józef niewiele mówi, ale wiele robi. Dziękuję za rodzinę, która zawsze nas wspiera.

- Agatko, co widziałaś w stajence w kościółku?
- Pan Jezus do mnie machał i Anioł mnie przytulał! O tak!

Niech i ja zachowam te sprawy, by rozważać je w swoim sercu.

***

Tekst przyszedł do redakcji gosc.pl w odpowiedzi na konkurs "Moje święta w pandemii". Otrzymał wyróżnienie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama