Nowy numer 14/2021 Archiwum

Bez planu B

Wzorować się na osobie Chrystusa-Dzieciątka to nie znaczy leżeć w pieluszkach i kwilić. Tu chodzi o więź między nami i Bogiem, który jest kochającym Ojcem. Trzeba umieć powiedzieć: nie radzę sobie, Ojcze, pomóż – twierdzą karmelitanki Dzieciątka Jezus.

Wobec Boga staramy się być jak dzieci – ufne, całkowicie zdane na Niego i przekonane o Jego bezwarunkowej, darmowej miłości do wszystkich. Tę miłość niesiemy osobom, do których nas posyła – napisały na swojej stronie internetowej karmelitanki Dzieciątka Jezus. Zgromadzenie zakonne, które właśnie rozpoczyna obchody swojego stulecia, było pierwszym w Polsce noszącym takie imię. Postanowiliśmy sprawdzić, czym w praktyce jest naśladowanie Bożego Dzieciątka. W tym celu odwiedziliśmy karmelitanki w Czeladzi w województwie śląskim.

Nie tylko pieluszki

Drzwi otwiera nam uśmiechnięta s. Borgiasza i od razu prowadzi do pokoju, z którego rozchodzi się po całym domu zapach ciepłej kawy i świeżo upieczonego murzynka. Romek, nasz fotoreporter, zachęcony przez zakonnice, zdejmuje znad drzwi obraz małego Jezusa – Pastuszka. Na odwrocie znajdujemy przyklejoną karteczkę z zapiskiem: „Życzeniem naszego założyciela, wyrażonym w 1968 r., było, aby w tej rozmównicy królowało Boże Dzieciątko”.

Założycielem Zgromadzenia Sióstr Karmelitanek Dzieciątka Jezus jest sługa Boży o. Anzelm Gądek OCD, w którym idea ta dojrzewała przez wiele lat. Podczas pobytu w Rzymie w 1908 r. zachwyciły go zgromadzenia karmelitańskie czynne i chciał je przeszczepić na polski grunt. Kiedy więc w 1921 r. ks. Franciszek Raczyński, prezes Towarzystwa Dobroczynności w Sosnowcu, zwrócił się do niego z prośbą o przysłanie sióstr do pracy wśród ubogich, a prośbę poparł bp Władysław Krynicki, o. Anzelm uznał to za wolę Bożą. Zakładając nowe zgromadzenie, podjął krok, zdawałoby się, szalony: o jego prowadzenie nie poprosił doświadczonej zakonnicy, lecz osobę żyjącą dotąd w stanie świeckim. Janina Kierocińska była jego penitentką. Od lat dziecięcych chciała poświęcić się Bogu, jednak zgody nie wyrażał na to jej ojciec. Uczynił to dopiero tuż przed swoją śmiercią. Kiedy więc przyszła wkrótce propozycja od o. Gądka, Janina przyjęła ją bez wahania. Na obłóczynach nowa przełożona otrzymała imię Teresa od św. Józefa. A dalej… trzeba było rzucić się w wir pracy w Sosnowcu: kursy haftu i szycia, szkoła, przedszkole, Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Żeńskiej, Koło Matek, rekolekcje, prelekcje i wiele, wiele innych aktywności... I jak przy tym wszystkim pozostać dzieckiem? – Wzorować się na osobie Chrystusa-Dzieciątka to nie znaczy leżeć w pieluszkach i kwilić – śmieje się s. Fidelis, przełożona czeladzkiej wspólnoty, jednego z wielu rozsianych dziś po świecie domów zgromadzenia. – Niektórzy dziecięctwo kojarzą z dziecinnością, z infantylizmem. Natomiast nasz ojciec założyciel powtarzał, że mamy naśladować Chrystusa, który jest Dzieckiem swojego Ojca.

Przyjmiesz mnie?

– Tu chodzi o więź między nami i Bogiem, który jest kochającym Ojcem – dodaje s. Borgiasza. – To także wychowanie serca do wrażliwości, do szacunku dla tego, co kruche, słabe, bezradne. W dzisiejszych czasach popadamy w skrajności: albo dziecko jest odrzucane i marginalizowane, albo jest bogiem w domu i to ono steruje całym światem, a z czasem manipuluje rodzicami, wyczuwając ich słabość. W wieku dorosłym często doświadczamy dominacji innych nad nami – w pracy, w rodzinie, w państwie. A tu Bóg przychodzi mały i bezradny, kruchy jak hostia, i pyta pokornie: przyjmiesz mnie?

Do Czeladzi też przyszedł jako dziecko, a właściwie – dzieci. Zaglądały tu, wpadały na herbatę, prosiły o posiłek i rozmowę z zakonnicami. Aż w 2002 r. siostry postanowiły dobudować dla nich świetlicę. Teraz chwilowo stoi pusta z powodów covidowych, ale pokaźna sterta gier planszowych i gitara zawieszona w centralnym miejscu świadczą o tym, że na co dzień ta przestrzeń tętni życiem. – Nasze dzieła są po części ukierunkowane na dzieci, ale nie tylko na nie – podkreśla s. Fidelis. – Nie jesteśmy posłane do jednego dzieła. Matka Teresa zajmowała się w Sosnowcu także dorastającymi dziewczętami i matkami. Jako zgromadzenie prowadzimy też domy rekolekcyjne, warsztaty terapii zajęciowej, chóry czy schole. Jesteśmy obecne w 12 krajach, mamy misje w Afryce – w Burundi, Rwandzie i Kamerunie. Ale duch dziecięctwa ma się uwidaczniać we wszystkim, co robimy. Chodzi o styl prostoty, radości, zaufania.

Tego ducha siostry uczą się od patronki zgromadzenia – św. Teresy od Dzieciątka Jezus. To właśnie ona powiedziała: „Świętość nie jest w tej lub owej praktyce, polega ona na usposobieniu serca, które sprawia, że jesteśmy małymi i pokornymi w objęciach Boga, uznającymi swą słabość i ufającymi do zuchwalstwa Jego dobroci ojcowskiej”.

Charyzmat prostej duszy

– Kto z kim przestaje, takim się staje, dlatego staramy się jak najwięcej przebywać w Bożej obecności – mówi s. Borgiasza. – Sama nie miałam doświadczenia ojca w domu, bo tata nas opuścił, ale na swojej drodze spotkałam troskliwych kapłanów, na których zawsze mogłam liczyć. Oni ukazywali mi Boga Ojca. A dlaczego wybrałam akurat to zgromadzenie? Bo karmelitanki mnie niemal wychowywały. Pochodzę z Sosnowca, a tam spotykało się je na każdym kroku. Mocno utkwił mi w głowie obraz s. Jurandy, która tak pięknie posługiwała wśród dzieci w mojej parafii. Przychodząc do karmelitanek, nie wiedziałam zbyt wiele o specyfice zgromadzenia. Ale siostry mówiły o mnie: to dusza prosta, w naszym charyzmacie.

– Ja z kolei nie miałam wcześniej kontaktu z karmelitankami – opowiada s. Fidelis. – Na wyborze mojej drogi zaważyły jedne rekolekcje. Kłóciłam się tam z Panem Bogiem. Na kartce wypisałam sobie nawet listę argumentów, dlaczego nie mam być zakonnicą. A potem te argumenty jeden po drugim odpadały. Wiedziałam tylko, że nie nadaję się do życia klauzurowego. Umarłabym z tęsknoty za górami, lasami. Charyzmat dziecięctwa odkrywałam znacznie później. I odkrywam do dziś.

– Chyba coraz głębiej rozumiem, na czym to dziecięctwo polega – zwierza się s. Borgiasza. – Choć z drugiej strony mam też więcej doświadczenia i czasem ten dorosły się we mnie odzywa. Zresztą już od dziecka jesteśmy wychowywani do samodzielności, samowystarczalności. W dorosłym życiu lubimy się zamartwiać, wydaje nam się, że wszystko od nas zależy. Niby oddajemy wszystko Bogu, ale lubimy mieć plan B, a tu trzeba umieć powiedzieć: nie radzę sobie, Ojcze, pomóż. To zresztą jest ważne dla chrześcijaństwa w ogóle, a nie tylko dla naszego zgromadzenia. Myślę, że to wołanie, przekazane przez o. Dolindo: „Jezu, Ty się tym zajmij”, ma źródło właśnie w takiej postawie.

Kolejka do zakupów

Matkę Teresę Kierocińską otwartość na przyjęcie Bożego planu prowadziła do zadań, których sama by nie wymyśliła. Tuż przed wojną rozpoczęła budowę domu wychowawczego. Dzięki temu, że domu nie ukończono, nie odebrało go potem gestapo. Udało się w nim urządzić sierociniec. A za furtę klasztorną trafiały bezdomne żydowskie dzieci, które w ten sposób przetrwały wojenną zawieruchę. – Nasza matka założycielka miała taki zwyczaj, że jak potrzebowała załatwić jakąś ważną sprawę, to zawierzała ją Dzieciątku. Najczęściej pisała swoje intencje na kartce i wkładała lub przywieszała na Jego rączce. Włącznie np. z rysunkiem nowego domu – fundacji, jaka była planowana. Ta tradycja u nas dalej istnieje – opowiada s. Borgiasza. – Dzieciątko na rękach Matki Bożej Szkaplerznej w naszej kaplicy też otrzymuje małe kartki ze sprawami do rozwiązania.

Wizerunki Bożej Dzieciny są widoczne w klasztorze na każdym kroku. W Adwencie Jego figura przesłonięta tiulem wędrowała między pokojami sióstr, by towarzyszyć im w wylosowane wcześniej dni. Przekazaniu figury towarzyszy zawsze procesja z lampionami po klasztornych korytarzach. Każdego 25. dnia miesiąca odprawiane jest natomiast nabożeństwo ku czci Dzieciątka Jezus. – W wielu domach naszego zgromadzenia zaprasza się wtedy dzieci z rodzicami, by powierzały Mu swoje prośby, najczęściej te związane z rodziną – mówi s. Fidelis.

Duch Bożego dziecięctwa sióstr z czeladzkiej wspólnoty przeszedł ostatnio próbę, gdy cała szóstka zachorowała na COVID-19. – Na szczęście przeszłyśmy chorobę w miarę łagodnie – opowiada przełożona. – Przyjeżdżali panowie policjanci i musiałyśmy się po kolei pokazywać przez okno. A ludzie o nas dbali: zapisała się cała kolejka do robienia nam zakupów.

– I to jest właśnie dziecięctwo – podsumowuje z uśmiechem s. Borgiasza. – Pan Bóg się troszczy o swoje dzieci, więc narzekać nie możemy. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Szymon Babuchowski

Kierownik działu „Kultura”

Doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa. Przez cztery lata pracował jako nauczyciel języka polskiego, w „Gościu” jest od 2004 roku. Poeta, autor pięciu tomów wierszy. Dwa ostatnie były nominowane do Orfeusza – Nagrody Poetyckiej im. K.I. Gałczyńskiego, a „Jak daleko” został dodatkowo uhonorowany Orfeuszem Czytelników. Laureat Nagrody Fundacji im. ks. Janusza St. Pasierba, stypendysta Fundacji Grazella im. Anny Siemieńskiej. Tłumaczony na język hiszpański, francuski, serbski, chorwacki, czarnogórski, czeski i słoweński. W latach 2008-2016 prowadził dział poetycki w magazynie „44/ Czterdzieści i Cztery”. Wraz z zespołem Dobre Ludzie nagrał płyty: Łagodne przejście (2015) i Dalej (2019). Jest też pomysłodawcą i współautorem zbioru reportaży z Ameryki Południowej „Kościół na końcu świata” oraz autorem wywiadu rzeki z Natalią Niemen „Niebo będzie później”. Jego wiersze i teksty śpiewają m.in. Natalia Niemen i Stanisław Soyka.

Kontakt:
szymon.babuchowski@gosc.pl
Więcej artykułów Szymona Babuchowskiego

 

Zobacz także