Nowy numer 3/2021 Archiwum

Rodzina jest na zawsze

Podobnie jak książka, film „Elegia dla bidoków” podkreśla znaczenie więzów rodzinnych, które dają oparcie w chwilach kryzysu.

Najpierw była książka nieznanego szerzej autora, która zajęła pierwsze miejsce na liście amerykańskich bestsellerów. Szybko więc zainteresowano się nią w Hollywood. Nic w tym dziwnego, bo „Elegia dla bidoków” J.D. Vance’a wzbudziła kontrowersje, co zwykle pomaga w promocji filmu. Vance otrzymał liczne oferty przeniesienia jej na ekran, ale początkowo odmawiał. Nie potrafił sobie wyobrazić, jak jego wspomnienia miałyby stać się podstawą scenariusza. Tym bardziej że w książce opowiada nie tylko o swoim życiu i historii swojej rodziny. Znalazło się w niej sporo rozważań natury bardziej ogólnej, a historia rodzinna stała się punktem wyjścia do pogłębionej analizy socjologicznej środowiska, w którym się wychował. Obawiał się również, czy pokazane na ekranie bolesne wydarzenia z jego dzieciństwa nie przysporzą bólu niektórym członkom rodziny. Ostatecznie jego niechęć przełamał Ron Howard, reżyser wielu filmowych hitów i laureat Oscara za „Piękny umysł”, obiecując, że rodzinę Vance’a i społeczność regionu potraktuje z szacunkiem.

Hołd ludziom i miejscu

Pisząc o filmie Howarda, nie da się jednak uniknąć porównań z książką. Pojawia się tu problem, który dotyczy wielu adaptacji utworów literackich. Scenarzyści i reżyser muszą ze względów dramaturgicznych zrezygnować z niektórych wątków, co w znacznym stopniu zawęża wymowę i przesłanie książki. Dlatego jej ekranizacja koncentruje się przede wszystkim na relacjach pomiędzy bohaterem a jego najbliższą rodziną. W efekcie na plan pierwszy wysuwają się, prócz głównego bohatera, trzy kobiety: matka, babcia, nazywana w filmie Mamaw, i żona Vance’a. Społeczne i kulturowe uwarunkowania, w jakich żyje rodzina, zarysowane zostały tylko migawkowo. Życie Vance’a śledzimy od naznaczonego traumą dzieciństwa do czasu, kiedy kończy studia i szuka pracy w renomowanej kancelarii prawniczej. – To, skąd pochodzimy, jest tym, kim jesteśmy. Ale każdego dnia wybieramy, kim będziemy – puentuje swoją drogę życiową bohater pod koniec filmu. Być może dla widza w USA kontekst społeczny jest oczywisty, jednak dla odbiorcy zza granicy – nie do końca.

Książka przełamała tabu, bo opowiada o ludziach, którzy wbrew sloganom o „przywileju bieli” w żaden sposób nie są uprzywilejowani. Najczęściej byli robotnikami bez wykształcenia, żyjącymi w biedzie, nazywanymi pogardliwie przez amerykańskie elity „bidokami” albo „burakami”. To społeczność, w której normą stały się alkoholizm, przemoc, dysfunkcyjne rodziny, a w której jednocześnie ciągle istnieją bliskie więzi rodzinne. Ciekawe są uwagi autora na temat bezrobocia i systemu opieki społecznej. „Wśród naszych sąsiadów była kobieta, która przez całe życie utrzymywała się z zasiłków, ale… bez przerwy klepała komunały o tym, jak ważna jest pracowitość” – podsumował stosunek wielu znajomych do tego problemu. Tego w filmie nie znajdziemy, tylko wyrywkowo nawiązuje do nich narrator spoza kadru. A przecież książka w jakiś sposób oddaje hołd ludziom i miejscu, w którym się urodził i żył do wczesnej młodości. Vance uważa, że kończąc studia, nie dokonał niczego nadzwyczajnego. Trudno się z tym zgodzić, bo jak sam wspomina, „bardzo rzadko zdarza się to dzieciakom, które dorastają w warunkach takich jak ja”. Hutnicze miasteczko w Ohio, znajdujące się w tak zwanym Pasie Rdzy, najlepsze lata miało już za sobą. Dawna kolebka amerykańskiego przemysłu ciężkiego w okresie automatyzacji i globalizacji popadła w ruinę. Ludzie tracili pracę, a „biała klasa robotnicza straciła i bezpieczeństwo ekonomiczne, i wynikającą zeń domową oraz rodzinną stabilność. Pas Rdzy stał się symbolem rozpadu i biedy”.

Kpiny z „bidoków”

Film rozpoczyna się w chwili, kiedy Vance kończy studia w Yale i szuka pracy w wiodących kancelariach prawniczych. Kiedy już traci nadzieję na sukces, zostaje zaproszony na kolację do eleganckiej restauracji, gdzie ma się spotkać z szefem jednej z nich. Rozumie, że to ostatnia szansa. W czasie kolacji dochodzi do spięcia, kiedy zgromadzeni przedstawiciele prawniczej elity w sposób lekceważący wypowiadają się na temat „białych bidoków”. Nie zdają sobie sprawy, że Vance również wywodzi się z tej społeczności. Scena w restauracji, jaką oglądamy w prologu, przedstawia stosunek amerykańskich elit do marginalizowanej przez lata i pozbawionej szansy na wyrwanie się z biedy grupy społecznej.

W czasie kolacji Vance dowiaduje się, że jego matka znalazła się w ciężkim stanie w szpitalu. Chłopak, który od dawna nie był w swojej rodzinnej miejscowości, postanawia ją odwiedzić. Ta wymuszona przez rodzinny kryzys podróż konfrontuje go z przeszłością, którą poznajemy z szeregu retrospekcji. Od tego momentu uwaga reżysera skupia się na najbliższej rodzinie bohatera, czyli jego matce i babci.

Bev, matka Vance’a, od lat zmagała się z uzależnieniem od narkotyków i nie potrafiła zapewnić odpowiednich warunków wychowania synowi i jego siostrze. Niestabilna emocjonalnie kobieta wikłała się w kolejne związki, nie była w stanie powstrzymać się od wybuchów agresji, a czasem nawet przemocy fizycznej. Źródło swoich porażek życiowych widziała w tym, że jako nastolatka zaszła w ciążę. Uzależnienie sprawiło, że nawet znajdując się na dnie, nie była w stanie przyjąć oferowanej pomocy. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy Vance’a, gdyby nie zajęła się nim babcia. Prosta, a nawet prostacka w zachowaniu i nieprzebierająca w słowach kobieta odegrała w jego życiu rolę najważniejszą. W filmie pojawia się również, znacznie rozbudowana, postać Ushy, narzeczonej bohatera.

Nadszedł czas, by stać się katolikiem

Z pewnością film Rona Howarda warto obejrzeć, chociaż został on pozbawiony społecznego kontekstu przedstawionego wyraziście w książce. Najważniejszą rolę odgrywa w nim wątek rodzinny, przedstawiony w sposób nieszablonowy. Podkreśla znaczenie więzów rodzinnych, które dają oparcie w chwilach kryzysu. Rodzina jest na zawsze, zdaje się mówić bohater filmu, a my zawsze pozostajemy jej częścią.

W filmie znalazła się też scena, której nie ma w książce, a która może dotknąć polskiego widza. Mamaw przegania kolegów Vance’a i serwuje kompletnie pozbawiony sensu dowcip na temat Polaków. To już wymysł Howarda.

Vance, opowiadając o ludziach, którzy nie zawsze budzą pozytywne odczucia w odbiorcy, jest w stosunku do nich pełen empatii i zrozumienia. Chociaż nie znajdziemy tu zbyt wielu odniesień do wiary i religii, wydaje się, że jego spojrzenie, czasem krytyczne, ma wiele wspólnego z chrześcijaństwem. Nie zaskoczyło mnie specjalnie, kiedy w sierpniu ubiegłego roku autor „Elegii dla bidoków” został katolikiem. Vance wychował się w chrześcijańskiej rodzinie, ale nie był ochrzczony. Jego droga do przyjęcia wiary była długa. – Z biegiem czasu przekonałem się, że religia katolicka niesie prawdę... Można powiedzieć, że kiedy zacząłem się interesować sprawami wiary, startowałem z czystym kontem, poszukując religii ścieżką poznania intelektualnego – powiedział w wywiadzie dla jednego z konserwatywnych portali. – Wszyscy ludzie, którzy najwięcej dla mnie znaczyli, byli katolikami... Filozof René Girard, którego znam tylko z książek, też był katolikiem. Przez ponad trzy lata studiowałem i rozważałem te problemy, aż stwierdziłem, że już nadszedł czas, by stać się katolikiem.•

Elegia dla bidoków, reż. Ron Howard, wyk.: Gabriel Basso, Glenn Close, Amy Adams, Haley Bennett, USA 2020

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Dziennikarz działu „Kultura”

W latach 1991 – 2004 prezes Śląskiego Towarzystwa Filmowego, współorganizator wielu przeglądów i imprez filmowych, współautor bestsellerowej Światowej Encyklopedii Filmu Religijnego wydanej przez wydawnictwo Biały Kruk. Jego obszar specjalizacji to film, szeroko pojęta kultura, historia, tematyka społeczno-polityczna.

Kontakt:
edward.kabiesz@gosc.pl
Więcej artykułów Edwarda Kabiesza

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także