Jacek Magiera zmarł nagle 10 kwietnia. Zasłabł podczas treningu biegowego we wrocławskim Parku Grabiszyńskim, został przewieziony do Wojskowego Szpitala Klinicznego, gdzie mimo reanimacji nie udało się go uratować. Miał 49 lat. Po jego odejściu w sieci i w ludzkich wspomnieniach powraca jedno doświadczenie: trudno znaleźć wobec Jacka Magiery słowo inne niż „wdzięczność”. Nie dlatego, że był postacią pomnikową. Przeciwnie – dlatego, że był prawdziwy. Nie sprzedawał wartości, nie grał roli, nie „obnosił się” z wiarą, ale też nigdy jej nie ukrywał. Szanował ludzi. Łączył środowiska, bo sam był człowiekiem pojednanym wewnętrznie: ambitnym i pokornym, zanurzonym w sporcie, a jednocześnie zakorzenionym głębiej niż sport.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








