Nowy numer 2/2021 Archiwum

Chcieli chleba, dostali kule

Na ulicach Gdyni śmierć poniosło 18, w Gdańsku 8, a w Szczecinie 16 osób – głównie robotników, studentów, uczniów. Do dziś nie ukarano odpowiedzialnych za wydanie rozkazów strzelania do manifestantów.

Jerzyk Skonieczka, lat 15. Pasja: wędkowanie. Pomocny i zawsze uśmiechnięty chłopak – tak zapamiętali go najbliżsi. Uwielbiał robić kawały. Kiedyś wrzucił śpiącemu kuzynowi węgorza do łóżka. Jednocześnie był bardzo odpowiedzialnym i pracowitym małym mężczyzną, który wspierał mamę w utrzymaniu domu. Latem zarabiał pieniądze, sprzedając lody na gdyńskiej plaży. Miał do tego smykałkę. 17 grudnia 1970 r. nie brał udziału w manifestacjach. Z ciekawości poszedł przyjrzeć się im z bliska. Nie zginął na miejscu. Umierał w szpitalu przez trzy dni. Trudno było go rozpoznać. Był cały spuchnięty i owinięty w bandaże. W dokumentach Służby Bezpieczeństwa zanotowano: „Zmarł na skutek postrzału w głowę z uszkodzeniem mózgu”…

Macie robić swoje!

Pod koniec lat 60. niewielu Polaków pamiętało triumfującego Władysława Gomułkę z roku 1956, kiedy został wybrany na I sekretarza KC PZPR. Model polityczno-gospodarczy, którego był twarzą, okazał się niewydolny i anachroniczny. Mimo to wydarzenia z początku grudnia 1970 r. nie zapowiadały dramatu, który wkrótce miał się wydarzyć. Dokładnie na tydzień przed rozpoczęciem antyrządowych demonstracji Gomułka świętował jeden z największych politycznych sukcesów. W Pałacu Rady Ministrów Polska Rzeczpospolita Ludowa i Republika Federalna Niemiec, podpisały układ o normalizacji stosunków, co ćwierć wieku po zakończeniu II wojny światowej stanowiło prawdziwy geopolityczny przełom. Powodzenie komunistycznych dyplomatów zbiegło się w czasie z zakończeniem opracowywanej od kilkunastu miesięcy operacji ekonomicznej. Podwyżka cen, w tym produktów spożywczych, ogłoszona 12 grudnia 1970 r., tuż przed świętami Bożego Narodzenia, wywołała społeczne oburzenie. Wicepremier PRL Stanisław Kociołek przyjechał do Gdańska, aby stonować nastroje robotników. Został źle przyjęty. Jak relacjonował reporter Michał Mońko: „Słychać buczenie, tupanie, a wreszcie pokrzykiwania. Kociołek próbuje przekonywać stoczniowców do swoich racji. Mówi coraz głośniej, coraz agresywniej, coraz bezczelniej. Ale w ogólnym chaosie jego wypowiedzi nie trafiają do ludzi”. Kociołek zareagował ze złością: „Ja, towarzysze, po pomoc do was nie przyjechałem. Macie robić swoje!”. W końcu wzburzeni stoczniowcy ostentacyjnie wyszli.

Precz z Gomułką!

Stocznia Gdańska im. Lenina zastrajkowała 14 grudnia. Robotnicy ruszyli pod gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR, skandując hasła: „Złodzieje!”; „Chcemy chleba!”; „Precz z Gomułką!”. Około godz. 16 w okolicach Dworca Głównego PKP milicja brutalnie zaatakowała pokojową manifestację. Wywiązały się kilkugodzinne walki uliczne. Zatrzymanych zostało 330 osób. Następnego dnia stoczniowcy domagali się uwolnienia aresztowanych. Centrum Gdańska przerodziło się w pole bitwy. Na ulice wjechały transportery wojskowe i czołgi. „Nieopodal dworca pod gąsienicami zginął jeden z naszych. Widok był przerażający. Człowiek został spłaszczony. Leżał na ziemi w kałuży krwi. Ludzie spontanicznie podchodzili do niego i kładli na jego zmasakrowanym ciele kwiaty” – wspominał Henryk Jagielski, współorganizator strajku w Stoczni Gdańskiej, uczestnik demonstracji. Następnego dnia (15 grudnia) robotnicy zaatakowali butelkami z benzyną „Reichstag” (tak odtąd określano gmach KW PZPR), wzniecając pożar. „Płonącego Komitetu Wojewódzkiego oglądanego z helikoptera nie zapomnę do końca życia” – przyznał po latach Zenon Kliszko, bliski współpracownik Gomułki. Zginęło sześciu manifestantów. Kilkuset było rannych. 16 grudnia w stoczni rozpoczął się strajk okupacyjny. „Niespodziewanie zostaliśmy otoczeni przez wojsko. Czołgów była cała masa. W kierunku armii wyruszyła grupa stoczniowców. Chcieli z nimi porozmawiać, nic więcej” – relacjonował Jagielski. Robotnicy zostali przywitani strzałami. Dwie osoby zginęły, a kilkanaście zostało rannych.

Śmiertelne orędzie

Protest w Gdyni miał zupełnie inny charakter. Strajk 15 grudnia zainicjowali pracownicy Stoczni im. Komuny Paryskiej. Za ich przykładem poszli portowcy i pracownicy innych zakładów. „Z okrzykiem na ustach: »Za Gomułki suche bułki!« poszliśmy pod dom partii” – wspominał Henryk Mierzejewski, wówczas 21-letni stoczniowiec. Na ulicach Gdyni nie doszło do gwałtownych starć, ale kierujący Komitetem Strajkowym powołanym przez robotników zostali aresztowani, a jego członkowie brutalnie pobici. Wywołało to powszechne oburzenie. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Władze postanowiły zamknąć stocznię. Tymczasem wieczorem wicepremier Kociołek w telewizyjnym przemówieniu wezwał robotników, by przyszli do pracy. Ci, którzy go posłuchali, zostali potraktowani seriami z karabinów maszynowych koło stacji kolejki Gdynia-Stocznia. „Pomyślałam, że zaczęła się wojna. Poczułam ukłucie w sercu. Razem z kolegą wybiegłam z pracy. Po drodze mijaliśmy kałuże krwi. Jeden człowiek na naszych oczach został zabrany przez karetkę. Nie wiem, czy przeżył. W pewnym momencie zobaczyłam nadlatujący w naszą stronę helikopter. Kolega pchnął mnie za barak, obok którego przechodziliśmy, i krzyknął: »Kryj się!«. Nagle kupa piachu leżąca nieopodal ożyła. Wyglądało to tak, jakby na taflę jeziora spadł grad, tworząc leje. To była ostra amunicja” – relacjonowała Halina Młyńczak, która pracowała wówczas w gdyńskim Radmorze. Jednym z zamordowanych był Zbyszek Godlewski, pierwowzór tytułowego bohatera „Ballady o Janku Wiśniewskim”. „Martwego chłopaka wzięliśmy na ręce. Potem wyrwaliśmy z baraku drzwi i położyliśmy go na nich. Krzyczeliśmy: »Mordercy, mordercy!«. W pewnym momencie znaleźliśmy się w potrzasku. Otoczyli nas żołnierze i zaczęli strzelać. Rozpierzchliśmy się” – opowiadał Mierzejewski.

Kula trafiła go w skroń…

W wyniku krwawej pacyfikacji robotniczej rewolty przez władzę komunistyczną w województwie gdańskim życie straciło 29 osób. 27 z nich padło ofiarą akcji oddziałów milicji i wojska. W wyniku obrażeń odniesionych podczas walk w Gdańsku zmarli też jeden funkcjonariusz ZOMO i jeden milicjant. Większość zamordowanych stanowili bardzo młodzi ludzie. Przez lata pozostawali bezimiennymi ofiarami Grudnia ’70, jedną z liczb w statystykach.

Zygmunt Polito miał 24 lata. Pewny siebie, przystojny, przebojowy, towarzyski. Jego pasją były motocykle. Zakochał się, oświadczył, ślub miał być na Wielkanoc. Rankiem 17 grudnia 1970 r. wstał wcześniej niż zwykle. Od dwóch dni w Gdyni trwały manifestacje. Zygmunt chciał dostać się szybko do stoczni, gdzie pracował jako spawacz, ponieważ krążyła plotka, że władze mogą dokonać jakiegoś sabotażu na terenie zakładu i obciążyć winą strajkujących robotników. Wyszedł z domu ok. godz. 5.30. Ponieważ komunikacja miejska nie kursowała, wziął z dwoma innymi stoczniowcami taksówkę, która zatrzymała się na dzisiejszej ul. Janka Wiśniewskiego. Rozliczył się za kurs i kiedy wysiadał z samochodu, wojsko oddało pierwszą salwę. Kula trafiła go w skroń. Zginął na miejscu. Najprawdopodobniej był pierwszą ofiarą śmiertelną „czarnego czwartku”.

Księża na ulicach

Gdy we wtorek 15 grudnia zaostrzyły się walki w centrum Gdańska, miejscowi pallotyni, których dom przy kościele św. Elżbiety stał zaledwie kilkanaście metrów od Komitetu Wojewódzkiego, udzielali wsparcia ciężko rannym. „Byli to przejechani przez czołg (widziałem dwa przypadki), poturbowani przez milicję, ranieni przez lecące z pięter domu partii meble i urządzenia” – relacjonował ks. Władysław Ciastoń. Kapłani udzielający pomocy sami nie uniknęli obrażeń. Ks. Ciastoń został traony kamieniem w głowę, lecz uderzenie „było lekkie i raczej przypadkowe”. Z kolei wśród pobitych znalazł się ks. Tadeusz Korbecki. Młody kapłan – według relacji innego duchownego, ks. Jerzego Błaszczaka – miał brać udział w walkach ulicznych z milicją, odrzucał pociski gazowe i wciągał ludzi do kościoła, a „ślady pałek nosił do końca życia”. Rannymi i zabitymi, których przetransportowano do Akademii Medycznej, opiekował się z kolei ks. Leon Dąbski SAC z kaplicy Matki Bożej Częstochowskiej w Gdańsku-Wrzeszczu. Śmierć robotników, studentów, uczniów wywarła ogromny wpływ na ks. Hilarego Jastaka. Gdyński kościół Najświętszego Serca Pana Jezusa, którego był proboszczem, stał się głównym punktem modlitw zanoszonych w intencji ofiar, a plebania miejscem spotkań rodzin zabitych i rannych, punktem całodobowej wymiany informacji. Proboszcz zorganizował też materialne wsparcie dla tych, którzy stracili najbliższych, oraz dla rodzin aresztowanych lub hospitalizowanych.

Nocne pogrzeby

Smutnym zakończeniem grudniowego dramatu były organizowane w tajemnicy i pośpiechu pochówki ofiar. W obawie przed możliwymi manifestacjami władze nie chciały dopuścić do normalnych pogrzebów. Podobno Zenon Kliszko nakazał wręcz chowanie „skrycie na cmentarzach, pod płotami, wyrównując ziemię”. I choć ten makabryczny pomysł ostatecznie odrzucono na szczytach władzy, to i tak „grudniowe pochówki” odbywały się wbrew zwyczajom i prawu kościelnemu. Jak zapamiętali członkowie rodzin ofiar grudniowej rewolty – urzędnicy przychodzili w nocy, oznajmiali, że za chwilę odbędzie się pogrzeb, i dawali najbliższym kilkanaście minut na zabranie najpotrzebniejszych rzeczy. „W pośpiechu chwyciliśmy garnitur ślubny brata. Zapomnieliśmy butów. Schodząc na dół, spotkaliśmy sąsiada. Chwała Bogu, że pojechał z nami. Wsadzili nas do służbowej nyski. Pytaliśmy, dokąd jedziemy, ale nie chcieli mówić” – wspominała Irena Nawrocka, siostra zamordowanego Zygmunta Polito. „W kaplicy było kilka trumien. Tata zaczął otwierać je po kolei, aż znalazł nagie, wrzucone bezładnie ciało mojego brata. W skroni dostrzegliśmy dziurę po kuli” – zapamiętała. Wtedy rodzina Zygmunta przekazała służbie cmentarnej zabrany ze sobą garnitur. Brakowało tylko butów. Swoje zdjął sąsiad.

Zbrodnia bez kary

Do tragicznego rozwoju wydarzeń na Wybrzeżu przyczynił się z pewnością chaos kompetencyjno-decyzyjny, jaki panował w Trójmieście. Na miejscu działało równolegle kilka ośrodków dowodzenia, które ze sobą nie współpracowały. Do głównych decydentów należało trzech członków Biura Politycznego: Zenon Kliszko, Ignacy Loga-Sowiński i Stanisław Kociołek, a także wiceminister obrony narodowej gen. Grzegorz Korczyński i wiceminister spraw wewnętrznych gen. Franciszek Szlachcic. Kluczowa była również decyzja określająca zasady użycia broni palnej oraz zezwalająca na wykorzystanie wojska. Obok I sekretarza KC PZPR uczestniczyli w niej: Józef Cyrankiewicz, Marian Spychalski, Mieczysław Moczar, Bolesław Jaszczuk, Ryszard Strzelecki, a także Stanisław Kania, gen. Wojciech Jaruzelski, Kazimierz Świtała i gen. Tadeusz Pietrzak. Upadek komunizmu po 1989 r. umożliwił podjęcie śledztwa w sprawie grudniowej masakry. Choć proces ciągnął się przez prawie dwie dekady, Grudzień ’70 wciąż pozostaje zbrodnią bez kary. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama