Nowy numer 3/2021 Archiwum

Wujek przed emeryturą

Czy funkcjonowanie najsłynniejszej polskiej kopalni zbliża się ku końcowi? Trudno to sobie wyobrazić, bo ta katowicka „gruba” jest symbolem polskiej wolności równym Stoczni Gdańskiej.

Tak jednak wynika z wrześniowego porozumienia rządu z górniczymi związkami zawodowymi. Likwidacja katowickiej kopalni Wujek miałaby rozpocząć się już w 2021 roku. W planie jest połączenie jej z sąsiednią kopalnią Murcki-Staszic. Całe porozumienie wymaga jednak jeszcze zatwierdzenia przez Komisję Europejską.

Zabieramy Was dzisiaj, drodzy Czytelnicy, na wycieczkę po tym zakładzie – nie wiadomo, czy będzie jeszcze po temu inna okazja. Niech to będzie też wyraz szacunku dla wielu tysięcy ludzi, którzy pracowali i ciągle pracują w tej kopalni oraz w całym polskim górnictwie. Dla tych, którzy narażają życie, zjeżdżając głęboko pod ziemię. W tych dniach przypada ich święto – Barbórka.

Luźniej w „szoli”

Przed 40 laty w katowickiej kopalni Wujek pracowało ponad 6 tysięcy ludzi. Jeszcze pod koniec lat 90. XX wieku było ich tu zatrudnionych 5 tysięcy. Teraz nie ma nawet 1,5 tysiąca. Przed laty węgiel był wybierany spod ziemi jednocześnie aż na ośmiu ścianach. Obecnie działa tu już tylko jedna ściana wydobywcza.

Ludzie, którzy pracowali tu przed laty, teraz, kiedy mają okazję wejść na teren zakładu, rozglądają się zdziwieni. Chociaż co jakiś czas mija się jakiegoś pojedynczego pracownika i czasem przejedzie jakiś pojazd, to jednak nie da się tego nawet porównać do ożywionego ruchu, jaki panował tu dawniej. – Na tym placu nie miała szans wyrosnąć ani jedna trawka. Cały czas coś tu jeździło, pieszy musiał ciągle uważać – wyjaśnia Antoni Gierlotka, emeryt z Wujka.

Wrażenie mniejszego ruchu potęguje pandemia. Kierownictwo zakładu stara się bowiem uniknąć okazji do tłoczenia się górników, na przykład w łaźni czy w nadszybiu, gdzie mężczyźni czekają na zjazd w głąb ziemi. Z tego powodu zarządzono większą liczbę zmian – górnicy przychodzą do pracy o różnych porach.

Wielu Ślązaków ma w pamięci obraz gęstego tłumu czarnych od pyłu węglowego mężczyzn energicznie wysypujących się z „szoli”, czyli kopalnianej windy. W szybie Lechia w kopalni Wujek „szola” ma cztery piętra. W każdej klatce windy górnicy byli dotąd ściśnięci jak śledzie w puszce. Teraz, z powodu większej liczby zmian, jest o wiele luźniej – wychodzący już nie tworzą tłumu.

Kiedy?

Szyby służą nie tylko do transportu ludzi, materiałów i wydobytego węgla, ale też do wentylacji kopalni. Wujek ma dwa szyby wdechowe, które wtłaczają powietrze do podziemnych wyrobisk, oraz dwa szyby wydechowe. – Przez jakieś dziury powietrze musi być zasysane, przez inne – wyciągane… – tłumaczy nam jeden z górników. – Na szybach wydechowych są zamontowane wentylatory, które zużyte powietrze zasysają. To wymusza obieg powietrza pod ziemią. Jest dokładnie tak jak w odkurzaczu: mamy silnik z tyłu, który powietrze zasysa, a wtedy z przodu, do rurki, powietrze jest wciągane – wyjaśnia obrazowo.

Dodatkowo pod ziemią jest zbudowany specjalny system tam wentylacyjnych. Między innymi dzięki nim powietrze, zamiast gnać najkrótszą drogą do szybów wydechowych, jest kierowane aż do najdalszych kopalnianych wyrobisk.

Co załoga myśli o zapowiedziach likwidacji tej kopalni? Niektórzy mają nadzieję, że to wcale nie pójdzie jeszcze tak szybko.

Jednym z powodów jest fakt, że najpierw musi powstać umowa społeczna, która szczegółowo ureguluje sposób i termin likwidacji śląskich kopalń węgla kamiennego. Powinna być gotowa już w połowie grudnia, ale później ma ją jeszcze zatwierdzić – lub odrzucić – Komisja Europejska. Innych górników uspokaja to, że rząd we wrześniowym porozumieniu ze związkowcami przyjął ważne zobowiązanie: nikt z górników dołowych z likwidowanych zakładów nie zostanie bez pracy. Każdy otrzyma ofertę zatrudnienia w innych kopalniach.

Chopy! Jadą!

Zapowiedzi likwidacji kopalni Wujek są szczególnie bolesne dla górników, którzy są już na emeryturze. Niektórzy w tym miejscu nie tylko przepracowali dużą część życia, ale też wzięli udział w walce o wolną Polskę.

Antoni Gierlotka w 1981 roku był młodym chłopakiem pracującym w Wujku dopiero od dwóch lat. Dzisiaj, jako emeryt oraz przewodnik Śląskiego Centrum Wolności i Solidarności, pokazuje nam miejsca związane ze słynną pacyfikacją tej kopalni w czwartym dniu stanu wojennego. Od razu zaznacza, że był zwyczajnym, szeregowym uczestnikiem tamtych wydarzeń, jednym z trzech tysięcy.

Wchodzimy z nim do łaźni łańcuszkowej. W pomieszczeniach z prysznicami, a także pod zawieszonymi na łańcuchach ubraniami górnicy spali w czasie tamtego pamiętnego strajku.

– Po wprowadzeniu stanu wojennego mój ojciec, który słuchał Radia Wolna Europa, powiedział: „Idź i rób to, co inni”. Przyszedłem więc do pracy na drugą zmianę w poniedziałek 14 grudnia, rozebrałem się na „czystej” stronie łaźni łańcuszkowej. Przeszedłem na „brudną” stronę, gdzie wisiały ubrania robocze. Tu już stał krzyż i zapalone górnicze lampki. Wtedy już wiedziałem, że trzeba zostać – opowiada o początku swojego strajku Antoni.

Wziął udział w Mszy Świętej, którą w łaźni łańcuszkowej odprawił dla strajkujących górników ks. Henryk Bolczyk, proboszcz z Katowic-Brynowa. – Ksiądz miał stąd widok na dwie plansze, które wisiały na tamtym murze: „Palenie wzbronione” i „Zachowaj czystość”. I na podstawie tych dwóch plansz ksiądz Bolczyk rozwinął swoją homilię – wspomina.

Każdy ze strajkujących górników był w coś uzbrojony, żeby nie dać się potulnie pobić zomowcom. Antoni nosił ze sobą kawałek węża hydraulicznego. – Oczywiście w czasie Mszy św. to było pochowane pod kufajkami. Zapamiętałem, jak ks. Henryk powiedział, że zaczyna brakować komunikantów, i zaczął je łamać, bo tylu było wśród górników chętnych do przyjęcia Komunii Świętej – mówi.

Sporo górników, którzy byli obojętni religijnie, po doświadczeniu tych wspólnych nabożeństw w łaźni łańcuszkowej wróciło do Pana Boga. – To było dla nas przeżycie, tym bardziej że nie wiedzieliśmy, czy wyjdziemy z tego żywi – wspomina pan Antoni.

Górnicy nie chcieli walczyć z wojskiem. Zaproponowali, że jeśli wkroczą żołnierze, a nie milicjanci, to poddadzą kopalnię bez walki. Władze nie odpowiedziały – widać wolały z premedytacją rozlać ludzką krew, żeby zastraszyć strajkujących w innych zakładach.

Przed atakiem ZOMO ks. Bolczyk udzielił górnikom generalnego rozgrzeszenia ze względu na niebezpieczeństwo śmierci. To była niezwykle poruszająca chwila.

Pan Antoni akurat wtedy nie był obecny w łaźni. Był jednak na Mszy Świętej, która nagle, krótko przed końcowym błogosławieństwem, została przerwana okrzykiem: „Chopy! Jadą!”. – W tym momencie te „kufaje” się rozpinają i każdy wyciąga zza pazuchy to, co tam miał do obrony. I wszyscy do drzwi – wspomina. Okazało się, że to był fałszywy alarm.

Co to tak dudni?

Prawdziwy atak zaczął się dopiero 16 grudnia. Z chrzęstem gąsienic przez zasypaną śniegiem dzielnicę Brynów sunęły czołgi. Słyszało je pół miasta. – Co to tak dudni? – pytał malarz Maciej Bieniasz, ukrywający się w Katowicach przed internowaniem. Gdy usłyszał, że to „pancry”, napisał w desperacji najsłynniejszy wiersz stanu wojennego. Początek brzmiał tak: „Przyszli nocą w uśpiony dom/ Zabierali nas chyłkiem jak zbóje/ Drzwi zamknięte otwierał łom/ Idą, idą pancry na Wujek// A gdy opadł i strach, i gniew/ Stanął wybór: kopalnia strajkuje/ Choć staniała bardzo nasza krew/ Idą, idą pancry na Wujek// W tłum przy bramie do matek i żon/ Z płacht na murach klejonych zlatuje/ Czarną treścią komunikat WRON/ Idą, idą pancry na Wujek// Kilof, łańcuch ściska nasza dłoń/ Wózków szereg bieg czołgów wstrzymuje/ Już milicja repetuje broń/ Idą, idą pancry na Wujek (…)”.

Mieszkańcy dzielnicy Brynów próbowali zatrzymać czołgi przed wtoczeniem się na kopalnię. Bronili życia swoich strajkujących mężów, synów i ojców. Stawali im na drodze. Jedna z matek, Czesława Makarewicz, z pomocą gromady dzieci wtoczyła w poprzek drogi wielki barakowóz i przewróciła go, tarasując przejazd. Czołgiści nie chcieli zmiażdżyć ludzi. Zatrzymali się.

Nadjechały wtedy jednak milicyjne armatki wodne i nadbiegli zomowcy. Rzucili się na stojących przed nimi mieszkańców Brynowa w takim szale, jakby byli pod wpływem środków odurzających. Po zgonieniu ludzi z ulicy wpadli za nimi między bloki. Obrywał tam każdy, kto się napatoczył. Widziano zomowca tłukącego przechodzącą kobietę z dzieckiem i pieskiem. Pałą dostało nie tylko dziecko, ale nawet pies, który skomlał na całe osiedle.

Jeden z czołgów utknął na górniczej barykadzie. Inny jednak wybił dziurę w murze kopalni. Przez ten wyłom na teren zakładu wkroczyło ZOMO.

Zomowcy wynurzali się ze snujących się przy ziemi obłoków dymu i oparów gazu łzawiącego. Strzelali wprost w górników z rakietnic wyrzucających petardy, a strajkujący obrzucali ich śrubami i kawałkami cegieł. Do walki wręcz jednak nie doszło. – Zomowcy kilka razy uciekali poza teren kopalni. Koledzy, którzy bronili tego odcinka, nie dali się sprowokować. Dobiegali tylko do wyłomu w murze kopalni i nie wychodzili za zomowcami na zewnątrz – mówi Antoni Gierlotka.

Wtedy do cywilów ogień z ostrej amunicji otworzył milicyjny pluton specjalny. Sześciu górników padło na miejscu, trzech kolejnych zmarło później z powodu odniesionych ran. Ofiary były najczęściej trafiane precyzyjnie w głowę lub w serce. 23 górników zostało rannych. Kopalniany plac między budynkiem kotłowni a ogrodzeniem został zalany krwią.

Widok się zmieni

Milicjanci strzelali do górników z rampy przylegającej do magazynu odzieżowego. W tym budynku mieści się dziś Muzeum Izba Pamięci Kopalni „Wujek”. Właśnie trwa tam remont. Powstanie w nim nowa wystawa. Ma być gotowa na 40. rocznicę pacyfikacji, czyli na 16 grudnia 2021 roku.

Elementem nowej ekspozycji jest czołg T-55, który już od dwóch miesięcy stoi przed kopalnią. Czołgi tego typu brały udział w pacyfikacji.

Rampa, z której strzelali milicjanci, zostanie odbudowana i przeszklona. Będzie można z niej spojrzeć na teren kopalni. Widok zostanie uzupełniony – jak zapowiada prowadzące muzeum Śląskie Centrum Wolności i Solidarności – o elementy animacyjne i filmowe. To dlatego, że od lat 80. XX wieku wygląd kopalni nieco się zmienił. A gdy kopalnia Wujek zostanie zamknięta – widok zmieni się jeszcze bardziej.

Robert Ciupa, dyrektor Śląskiego Centrum Wolności i Solidarności, sądzi, że przez dokonanie masakry górników w 1981 r. komunistyczne władze chciały zastraszyć polskie społeczeństwo. To zastraszenie się nie udało – między innymi ze względu na postawę górników. W miejscu, w którym czołg rozbił kopalniany mur, postawili oni krzyż i położyli pod nim tyle kasków, ilu ich kolegów zostało zastrzelonych. – Gdy miesiąc po pacyfikacji krzyż zniszczyli „nieznani sprawcy”, część załogi poszła do dyrektora ze słowami: „Jeśli krzyż nie wróci natychmiast na swoje miejsce, to zaczynamy strajk od początku”. Miesiąc po śmierci ludzi! I krzyż wrócił – mówi Robert Ciupa.

W miejscu tego drewnianego krzyża stoi dziś ogromny krzyż – pomnik. Można się spodziewać, że będzie górował nad okolicą także wtedy, gdy nie będzie już kopalni Wujek. Wtedy także będzie przypominał o polskim umiłowaniu wolności, o walce o godność oraz o twardych, odważnych górnikach.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama