Nowy numer 2/2021 Archiwum

Święci chodzą wśród nas

O nowej płycie „Święci” i jej czternaściorgu bohaterach opowiada Marcin Styczeń.

Szymon Babuchowski: Czternaścioro świętych i błogosławionych spotkało się na Twojej najnowszej płycie. Ty zaprosiłeś to zacne grono, czy to oni Ciebie znaleźli?

Marcin Styczeń: Z jednej strony ta płyta to wynik decyzji, żeby w roku pandemicznym nagrać płytę poświęconą świętym. Ale tę decyzję podjąłem dlatego, że w dorobku miałem już kilka takich piosenek, napisanych na zamówienie. To były m.in. utwory o świętych Jadwigach – Śląskiej i Królowej. A zaczęło się od piosenki o bł. ks. Jerzym Popiełuszce, o którą poprosił mnie Tomek Kamiński na płytę „Dobro nieskończone” z 2009 r., poświęconą właśnie pamięci tego męczennika. Ku mojemu zaskoczeniu piosenka bardzo dobrze została odebrana przez publiczność, także przez rodzinę ks. Jerzego. Nawet kilka szkół w Polsce noszących jego imię zgłosiło się do mnie z prośbą, aby ta piosenka stała się ich hymnem. Więc to nie do końca ja wybrałem tych świętych. Oni też mnie znaleźli i czuję, że Opatrzność Boża jakoś mnie do tego powołała. Sam popełniałem po drodze dość kuriozalne błędy. Na przykład kiedy poproszono mnie o napisanie piosenki o św. Jadwidze, byłem przekonany, że chodzi o Jadwigę Królową. Wydawało mi się, że napisałem świetną piosenkę, po czym się okazało, że to nie o tej świętej… (śmiech)

I dzięki temu mamy teraz dwie piosenki…

Nie tylko dwie! Pisząc o królowej Jadwidze, trafiłem do jadwiżanek wawelskich. Jedna z nich, s. Marzena Władowska, zwróciła się do mnie z prośbą o napisanie piosenki o bł. Michale Giedroyciu. Tej postaci w ogóle nie znałem, bo nie jest specjalnie popularna. Beatyfikowany niedawno, przez papieża Franciszka, urodził się i działał w XV wieku. W tym właśnie dopatruję się tego prowadzenia – nie planowałem niektórych piosenek, ale wszystko szło po nitce do kłębka i składało się w pewną całość.

A tych świętych, których wybierałeś sam, kompletowałeś według jakiegoś klucza?

Musiałem zastanowić się, którzy święci są dla mnie ważni. Wcześniej, tworząc na zamówienie, pisałem po prostu opowieści o konkretnej postaci. Tak powstały piosenki o Jadwidze Śląskiej czy ks. Popiełuszce. Jednak później zauważyłem, że ten schemat może powodować nie tylko znudzenie słuchacza, ale i zubożenie wizerunku danej postaci. Więc znalazłem inny klucz: zacząłem się w moich świętych wcielać. U najbliższego mi św. Jana od Krzyża zaczynam od momentu, kiedy został uwięziony w Toledo, gdzie był bity, omal nie umarł z głodu i wycieńczenia. Udało mu się uciec, ale to doświadczenie „nocy ciemnej” – tak można by to przełożyć na jego późniejszą duchową twórczość – zaowocowało niezwykle. I od tego właśnie doświadczenia wychodzę w stronę jego wielkich koncepcji mistycznych. Tak powstała piosenka „Droga na Górę Karmel”, pisana w pierwszej osobie. Podobny zabieg zastosowałem przy różnych postaciach, np. w piosence o św. br. Albercie. Nawiązałem w niej do listu, który brat Albert pisał do Heleny Modrzejewskiej. Żalił się w nim, że ma już dosyć świata artystycznego, chce go porzucić. To pragnienie oddania się innemu powołaniu wyrażał, zanim jeszcze stworzył swój najbardziej znany obraz „Ecce Homo”.

Przekuć czternaście postaci w piosenki – to duże wyzwanie. Jak uchwycić to, co istotne w danym człowieku, w kilkunastu, może kilkudziesięciu wersach?

Za każdym razem szukałem innego klucza. Kiedy Tomek Kamiński zwrócił się do mnie z propozycją napisania piosenki o bł. ks. Jerzym, zrozumiałem, że ta postać jest mi bliska i jednocześnie daleka, bo miałem sześć lat, kiedy został zamordowany. Niewiele więc pamiętam z tamtych wydarzeń. Postanowiłem pójść do źródła, przeczytałem wszystkie homilie z Mszy za ojczyznę i natrafiłem na cztery wywiady, których ks. Jerzy udzielił. To jest ciekawe, że materialny dorobek tego świętego, mimo ogromnej siły duchowej i świadectwa życia, nie jest wielki. Ale właśnie w tym materialnym dorobku, w jednym z wywiadów, znalazłem słowa: „To, co robię, jest słuszne, dlatego jestem gotowy na wszystko”, które stały się dla mnie inspiracją. Z kolei w przypadku królowej Jadwigi natrafiłem na przekaz mówiący o tym, że nakazała ona umieścić w swojej komnacie dwie połączone litery „M” jako nawiązanie do dwóch postaw ewangelicznych – Marty i Marii. Te dwie kobiety symbolizują postawy aktywną i kontemplacyjną, postawy, które św. Jadwiga w swoim życiu łączyła. I to był dla mnie klucz.

Bezpośrednie inspiracje każdego z utworów ujawniasz w książeczce dołączonej do płyty. Zauważyłem, że często takim impulsem bywa jedno zdanie…

Zwykle, pisząc piosenki, staram się nie zdradzać tajników swojego warsztatu. Tym razem jednak dość mocno się odsłaniam. Ale celowo to zrobiłem, bo uważam, że to jest ważne, żeby pokazać, w jaki sposób święci mogą nas inspirować. Na przykład kiedy przygotowywałem się do napisania piosenki o św. Faustynie, zacząłem przeglądać „Dzienniczek”. Czytałem go już wcześniej, ale kiedy szuka się inspiracji, lektura jest trochę inna. Właśnie w „Dzienniczku” ujęły mnie słowa św. Faustyny o tym, że pragnie być maleńkim fiołkiem ukrytym przez Boga w ogrodzie. Zobaczyłem niesamowitą prostotę, pokorę. Podobnie było ze słowami kard. Stefana Wyszyńskiego o tym, że najbardziej bezpośrednią mocą w jego życiu jest Maryja. To jest niezwykłe: człowiek, który jawi się jako nieugięty, a z drugiej strony właśnie ta tkliwość, czułość, bliski stosunek do Maryi. Relacja niezwykle intymna, czysta.

W książeczce zamieściłeś też krótkie biogramy świętych i błogosławionych, a także ich portrety. Ważny jest dla Ciebie walor poznawczy tej płyty?

Jasne! Wiadomo, że książeczka w płycie kompaktowej ma swoje ograniczenia, ale starałem się, redagując te biogramy, wychwycić najważniejsze wydarzenia z życia poszczególnych świętych. Co do portretów, to Michał Kowalczyk, z którym pracuję od wielu lat, zaskoczył mnie. Zaprezentował mi jedną z grafik, a ja się nią zachwyciłem. Oczywiście, mogliśmy po prostu znaleźć gdzieś portrety czy zdjęcia świętych, ale namalowanie ich ręką artysty dodaje tej książeczce smaku. Ich kolorystyka współgra z okładką, zaprojektowaną na podstawie dzieła Pauliny Krajewskiej, krakowskiej artystki tworzącej ikony. Na płycie wykorzystaliśmy jej ikonę „Wypłyń na głębię”. Kiedy zobaczyłem ten obraz, uznałem, że najlepiej oddaje on ducha tej płyty: postać na jeziorze, w łodzi, płynąca w stronę światła. I jeszcze ten ptak, którego można interpretować jako symbol Ducha Świętego…

Różnorodność prezentowanych postaci przekłada się na bogactwo muzyczne płyty. Trudno było znaleźć formę adekwatną do konkretnych osób?

Na pewno nie było to oczywiste. Ta płyta zmusiła mnie do wyjścia poza własne schematy kompozytorskie. Wiadomo, że każdy z nas ma swoje sposoby na pisanie czy śpiewanie. Czasami świadczą one o naszym indywidualizmie, ale często, tworząc którąś z kolei płytę, łapiemy się na tym, że popadamy w schemat. W tym przypadku poszukiwanie formy muzycznej zmusiło mnie do wyjścia poza harmonie czy melodie, które do tej pory były dla mnie charakterystyczne. Widać to np. w piosenkach o hiszpańskich świętych. W utworze o św. Ignacym ­Loyoli użyłem skali typowo hiszpańskiej, której półtony nadają nawet charakter orientalny. To zmusiło mnie do wyjścia ze świata tonacji typowo mollowych, w których stworzyłem najwięcej piosenek. Ciekawy zabieg zastosowałem też w piosence o św. Maksymilianie Kolbem. Tekst pisałem wprawdzie z perspektywy celi śmierci, ale zawsze fascynował mnie w jego biografii wątek japoński. Dlatego w piosence pojawia się takie „przedintro”, zagrane przeze mnie na gitarze w skali japońskiej. Z kolei do piosenki o św. Szarbelu Marcin Kuczewski, klawiszowiec i współaranżer, wydobył z bibliotek orientalne brzmienie fletu libańskiego.

Czy kiedy patrzysz z perspektywy czasu na tę galerię uwiecznionych przez siebie postaci, zauważasz jakiś wspólny mianownik?

Uzmysłowiłem sobie, że wspólnym mianownikiem jest Miłość. Ta pisana przez duże „M”. Bo Bóg jest Miłością i właśnie ta Miłość przemieniła te postaci całkowicie. Żadnej z nich nie sposób w oderwaniu od przemieniającej siły Miłości zrozumieć. Nikt z nich nie podjąłby takich działań, gdyby miłość nie rozpalała jego serca. Dziś to słowo się zbanalizowało, bo miłością nazywa się wszystko, ale chodzi o tę miłość największą, najgłębszą, która nie jest tylko uczuciem, ale siłą całkowicie zmieniającą nasz umysł i życiową postawę. Święci często kojarzą się nam z jakimiś herosami – nieprzystępnymi, odległymi, stojącymi na piedestale. A mnie się wydaje, że święty jest po prostu osobą, która w pewnym momencie, pod wpływem doświadczenia obecności Boga, oddała Mu swoje życie. Pewnie znamy ludzi, o których moglibyśmy tak powiedzieć. I dobrze, bo święci chodzą wśród nas. Nie wszyscy muszą być wyniesieni na ołtarze, ale wszyscy jesteśmy powołani do świętości. •

Marcin Styczeń

Wokalista, gitarzysta, kompozytor, autor tekstów. Mieszka w Warszawie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama