Nowy numer 3/2021 Archiwum

Odpowiedzialność bez złudzeń

Utopią jest nadzieja na rozkwit życia chrześcijańskiego pośród ateistycznej kultury.

To, że „swobody aborcyjne”, a nie szacunek dla przykazania „Nie zabijaj”, uznawane są dziś za stan „naturalny” („normalność”), pokazuje miarę radykalnego przewrotu, którego doświadczyła w ciągu ostatniego półwiecza kultura europejska. Nawiasem mówiąc – rewolucje wygrywają, bo wiele popierających je środowisk ma nadzieję, że rewolucja zatrzyma się po spełnieniu ich własnych oczekiwań. Tymczasem rewolucje zawierają podwójną dynamikę: obiektywną – wynikającą z konsekwencji przyjętych założeń (nad którymi w zgiełku marszów i protestów nikt nie ma czasu się zastanawiać), i subiektywną – wynikającą z ustanowienia władzy przeciw społeczeństwu, zarówno tej jego części, która wywrotowym dążeniom od początku jest przeciwna, jak i tej, która, nieświadoma rewolucyjnej dynamiki, przestaje rewolucję w pewnym momencie popierać.

Święty Jan Paweł II pisał pod koniec życia, że we współczesnej Europie coraz częściej „odnosi się wrażenie, że niewiara jest czymś naturalnym, podczas gdy wiara wymaga uwierzytelnienia” i że w „kontekście społecznym i kulturowym, w którym chrześcijańska koncepcja życia jest stale wystawiana na próbę i zagrożona”, nieuchronnie „wzrasta trudność przeżywania osobistej wiary w Jezusa” (por. Ecclesia in Europa, 7). Warto pamiętać tę przestrogę przed kwietystyczną iluzją spokojnego chrześcijańskiego życia w otoczeniu ateistycznej kultury. Obrona ludzi przed tym „zagrożeniem” i „rosnącymi trudnościami” to stawka wyzwania, które dziś Polsce rzucono.

Tomasz Terlikowski, polemizując z Krystianem Kratiukiem, przeciwstawia kontrrewolucji – miłość. Ani jednak miłość nie polega na akceptacji rewolucji, ani kontrrewolucja jej nie zaprzecza. Kontrrewolucja zresztą to nie tylko doraźna reakcja, podejmująca walkę z rewolucją. To również niezgoda na uznanie nieodwracalności następstw rewolucji, to trwający przez dziesiątki lat prąd duchowy i intelektualny przeciwstawiający się następstwom rewolucji. We Francji czy w Rosji kulturowa kontrrewolucja (taka spod znaku Bernanos i Sołżenicyna) stała się biegunem wolności, niezgodą, choćby milczącą, na moralną aprobatę dla – rzekomo „nieuniknionego” – zniszczenia i przemocy. Jako prąd duchowy kontrrewolucja jest oparciem dla ludzi chcących zachować wierność cywilizacji chrześcijańskiej wbrew zniewalającej sile „historycznej konieczności”. Jest więc zarówno formą nadziei, jak i solidarności, dającą – szczególnie młodym ludziom – najważniejszą z wartości wspólnoty: świadomość, że nie są sami. Oczywiście jest również formą miłości, odpowiedzialności za dziedzictwo i przyszłość własnego kraju, która zachowuje pracę tych, którzy odeszli, i chroni życie tych, którzy przychodzą. Walka istotnie dzieli i nie należy być obojętnym na jej duchowe konsekwencje, nawet nieuniknione (por. Mt 10,34-36; Rz 12,18). Ale stanie z boku, gdy walka się toczy – też od-dziela od ludzi, od tych, którzy mają na nas prawo liczyć. Tomasz nigdy nie stał z boku, więc jego głos traktuję jedynie jako warte przemyślenia zastrzeżenie, które jednak tym bardziej muszę uzupełnić własnym.

Nowoczesnych totalitaryzmów nie ustanowiły upadające monarchie w Rosji czy w Niemczech ani republikańskie rządy, które po nich nastąpiły, ani nawet niechętne im, a nie interweniujące na czas – armie. Totalitaryzmy były dziełem rewolucyjnych ruchów społecznych, rodziły się na ulicach i w nienawistnych przemowach. Lenin i Hitler przed zdobyciem władzy byli więźniami politycznymi, ich partie okresowo działały nielegalnie, co tylko zwiększało patos „wolności”, o której deklamowały.

Nazywanie przez „Wyborczą” i towarzyszy aborcjonistycznych manifestacji „protestami kobiet” to nie tylko propaganda, ale czysty język pogardy, ignorujący sumienia, opinie i godność milionów matek i kobiet przeciwnych aborcjonizmowi.

Od dziesiątków lat czytaliśmy liberalne studia „agresji w debacie publicznej” oraz analizy „mowy nienawiści”, dopatrujące się owej „nienawiści” w każdym odruchu najbardziej uzasadnionego sprzeciwu czy oburzenia. Na koniec wszyscy autorzy tych użytecznych dywagacji dowiedzieli się od tych, dla których je pisali, że nie są już dłużej do niczego potrzebni, zrobili swoje i mogą teraz spokojnie „wy…”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama