Nowy numer 2/2021 Archiwum

Pęknięta Ameryka

Przerwanie przez największe stacje telewizyjne transmisji z przemówieniem niewierzącego w swoją przegraną prezydenta USA prawdopodobnie było symbolicznym zamknięciem ery Donalda Trumpa.

Jest pewne ryzyko w pisaniu powyższych słów, bo do czasu, gdy Czytelnik otrzyma ten numer „Gościa”, być może wydarzy się coś, czego kilka dni wcześniej autor tego tekstu nie mógł wiedzieć. Może wydarzył się „cud na urną” i wybory wygrał jednak Donald Trump. W chwili zamykania tego numeru GN wszystko wskazywało na to, że zwycięzcą jest Joe Biden. I to Donald Trump uznał najwidoczniej, że doszło do „cudu nad urną”, bo oskarżył swoich oponentów o sfałszowanie wyborów. Gdy wypowiadał te słowa, pięć największych stacji telewizyjnych (oprócz Fox News) niemal równocześnie przerwało transmisję przemówienia prezydenta, a prowadzący programy prezenterzy uzasadnili to niezgodą na okłamywanie społeczeństwa i rzucanie oskarżeń bez dowodów. Rzecz niebywała w amerykańskich mediach, bo choć Trump rzeczywiście wydawał się pogubiony w swojej niezgodzie na niespodziewaną porażkę, to nie było dotąd sytuacji zastosowania cenzury wypowiedzi na żywo urzędującego prezydenta. Było w tym coś symbolicznego, co można by nazwać pewną wspólną zemstą za „cenzurę”, jaką nieraz stosował Trump wobec nieprzychylnych mu mediów, przerywając pytania lub nie dopuszczając do głosu zwłaszcza korespondentów stacji CNN, którą konsekwentnie nazywał „fake news”. Dziś trudno powiedzieć, czy groźby jednej strony, że sprawa skończy się w Sądzie Najwyższym, a drugiej, że siłą wyprowadzi z Białego Domu przebywających tam nielegalnie (takie słowa padły ze strony sztabu Bidena), nie skończyły się wojną domową na ulicach amerykańskich miast.

Łeb w łeb

Takich emocji nie było w Stanach od 2000 roku, gdy George W. Bush wygrał wybory z Alem Gore’em dosłownie kilkuset głosami. Wygrał, choć w skali kraju zdobył 300 tys. głosów mniej, natomiast zwycięstwo dała mu zacięta batalia o stan Floryda, gdzie po ponownym przeliczeniu głosów przeważyło na korzyść Busha zaledwie 537 głosów, dając tym samym decydującą o wyniku wyborów liczbę głosów elektorskich. Warto przypomnieć ten przypadek teraz, gdy sprawa jest bardziej złożona. Teraz może się okazać, że ponowne przeliczanie głosów będzie konieczne nie w jednym, ale co najmniej w dwóch stanach. W kilku z nich, kluczowych dla wyniku wyborów, Trump i Biden szli łeb w łeb. Tak było m.in. w Wisconsin, Pensylwanii, Georgii czy Arizonie. Gdy oddajemy „Gościa” do druku, rywal Trumpa ma zapewnione 253 głosy elektorskie, więc niewiele brakuje do wymaganych 270. Prezydent ma tylko 213 głosów elektorskich, ale liczy na to, że ostatecznie wygra w wymienionych wyżej stanach, a to pozwoli mu prześcignąć Bidena. „Jeśli policzymy legalne głosy, z łatwością wygrywam. Jeśli liczymy nielegalne i te nadesłane po czasie, to jest to próba odebrania nam zwycięstwa” – mówił we właściwy sobie sposób Donald Trump. Jego sztab przekonywał, że w wielu miejscach odnotowano niespotykaną dotąd liczbę nieprawidłowości, w tym dużą liczbę głosów niespodziewanie „znalezionych”, z których wszystkie były oddane na Bidena, czy też przypadki oddawania głosów… pod nazwiskami osób już nieżyjących. Trudno zweryfikować te dane, ale właśnie po to jest możliwość odwołania do Sądu Najwyższego. To dlatego Trumpa tak zirytowało przedwczesne, jego zdaniem, ogłoszenie zwycięstwa przez Bidena. Problem w tym, że prezydent ogłosił własne zwycięstwo, zanim jeszcze podano wyniki z kilku stanów.

Jednorazowa pomyłka?

O ile 20 lat temu Al Gore dość łatwo pogodził się z ostateczną przegraną (choć do dziś trwa spór, czy głosowanie na Florydzie i późniejsze ponowne liczenie na pewno były przejrzyste), o tyle całkiem możliwa porażka Donalda Trumpa może tym razem nie skończyć się tradycyjnym uściskiem dłoni. Jeśli sprawa trafi do Sądu Najwyższego, być może jeszcze długo będziemy świadkami batalii o Biały Dom na drodze prawnej. A i demokraci – gdyby okazało się, że wygrał Trump – z pewnością nie odpuszczą i wstąpią na drogę sądową. To też pokazuje różnicę tegorocznych wyborów względem podobnego pata w 2000 roku. Dziś demokraci są zdeterminowani, by udowodnić sobie, Amerykanom i światu, że wybór Trumpa był tylko jednorazową „pomyłką”. Wszystkie przedwyborcze sondaże i większość mediów na długo przed wyborami zdążyły obwołać Joego Bidena zwycięzcą. Dlatego tak wyrównana walka była niemiłym zaskoczeniem dla tych, którzy w to uwierzyli. Kolejny raz okazało się, jak niedoceniany jest fenomen popularności Donalda Trumpa. Bo nawet jeśli to Biden ostatecznie przejmie Biały Dom, to nie będzie to miażdżące – jak zapowiadano – zwycięstwo. Nie jest tak, jak głosili przez 4 lata demokraci, że część Amerykanów dała się jednorazowo zwieść populiście, ale szybko zrozumiała swój błąd. Wystarczy spojrzeć na liczby: w 2016 roku Trump otrzymał prawie 63 mln głosów, a w tym roku co najmniej 70 milionów. To wprawdzie o ok. 4 mln mniej niż Joe Biden, ale przedwyborcze sondaże wskazywały na dużo większy dystans.

Prezydent przejściowy

Prawdopodobny 46. prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden ma 78 lat. Można by zażartować, że w tym wieku „co najwyżej” zostaje się papieżem albo kończy drugą kadencję prezydenta USA, ale żeby dopiero zaczynać prezydenturę światowego mocarstwa? Oczywiście mówimy mimo wszystko o doświadczonym polityku – Biden ma przecież za sobą dwie kadencje w roli wiceprezydenta u boku Baracka Obamy, a wcześniej przez sześć kadencji zasiadał w Senacie, gdzie szefował komisji spraw zagranicznych oraz komisji sprawiedliwości, a więc jednej z najbardziej wpływowych w amerykańskim Kongresie. Ale nawet demokraci mają świadomość, że Joe Biden (jeśli to on ostatecznie wygrał) będzie tylko prezydentem przejściowym – koniecznym do odsunięcia Trumpa i pozwalającym zyskać czas na znalezienie „nowego Baracka Obamy”. – Biden nie przedstawił żadnego spójnego planu. On jest klasycznym politykiem nadającym się na wiceprezydenta lub na kogoś, kto zajmuje formalnie wysokie stanowisko, ale nie musi podejmować samodzielnie ważnych decyzji. I chyba nie będzie zdolny do działań energicznych, wynikających z jego inicjatywy. Trump jest jego przeciwieństwem, podejmuje decyzje szybko, często intuicyjnie, ale kocha to robić. A Biden boi się podejmować decyzje. Może nawet z tego powodu będzie kontynuował politykę Trumpa, z pewnymi zmianami, bo chyba tylko na tyle go stać – mówił w rozmowie z GN prof. Zbigniew Lewicki, amerykanista z UKSW.

Człowiek Obamy

Dla lewicowej części amerykańskiego establishmentu Joe Biden, choć nie spełnia do końca kryteriów liberalno-lewicowej ortodoksji, jest w tym momencie wyborem idealnym. Środowiska liberalne liczą na powrót do polityki Baracka Obamy, także w sprawach, które w Europie nazywane są „światopoglądowymi”, a które w USA stoją w samym centrum politycznego sporu, bo są uznawane za sprawy życia i śmierci. Są to kwestie dotyczące ochrony życia czy finansowania organizacji promujących aborcję. I należy się spodziewać, że pod tym względem Joe Biden cofnie Amerykę do czasów Obamy, którego w radykalizmie w tych tematach wyprzedzała chyba tylko jego niedoszła następczyni, Hillary Clinton. Co prawda Biden lubi podkreślać swój katolicyzm. Jeszcze jako wiceprezydent, pomagając swojemu szefowi w reelekcji, wystąpił w klipie wyborczym, w którym podkreślał, że swoje wychowanie i edukację zawdzięcza katolickim rodzicom oraz zakonnicom i księżom. Zaznaczył też, że doktryna Kościoła katolickiego jest mu bliska. Problem w tym, że w działalności publicznej dokonywał wyborów, które przynajmniej w kwestii ochrony życia raczej tego nie potwierdzały. Jeszcze w 2008 roku, czyli przed pierwszymi zwycięskimi dla Obamy wyborami, Bidena upomniał publicznie bp John Ricard. „Wzywam pana do okazania wsparcia dla Ciała Chrystusa w najbardziej bezbronnych Jego członkach: dzieciach nienarodzonych” – napisał biskup w specjalnym liście. Kierownictwo episkopatu Stanów Zjednoczonych skrytykowało również przewodniczenie przez wiceprezydenta Bidena homoseksualnej ceremonii ślubnej: „Kiedy wybitny polityk katolicki publicznie i dobrowolnie przewodniczy ceremonii uroczystego zawarcia związku dwóch osób tej samej płci, powstaje zamieszanie w odniesieniu do katolickiej nauki o małżeństwie i związanych z nią obowiązkach moralnych katolików. To, co widzimy, jest antyświadectwem, a nie wierną postawą w oparciu o prawdę” – można było przeczytać na oficjalnej stronie Konferencji Episkopatu USA.

Dalej od Polski?

Trudno przewidzieć, które z działań Bidena na arenie międzynarodowej będą kontynuacją, a które odejściem od polityki Trumpa. Na zmianę liczą kraje zachodnioeuropejskie, zwłaszcza Niemcy i Francja, ale również Iran i Chiny. W przypadku Iranu możliwy jest powrót do zerwanego przez Trumpa porozumienia nuklearnego, ale w przypadku Chin trudno spodziewać się większych zmian, bo Państwo Środka pozostaje konkurentem USA w globalnej rozgrywce niezależnie od tego, kto zasiada w Białym Domu. Niemcy być może liczą na to, że Biden, znany z tego, że sprzeciwiał się masowemu wydobyciu gazu amerykańskiego, nie będzie już tak bardzo parł do sprzedaży surowca do Europy, tym samym torpedując niemiecko-rosyjski projekt Nord Stream 2. Ale i to może okazać się oczekiwaniem na wyrost, bo Ameryka ma interes w tym, by sprzedażą swojego gazu poszerzać wpływy w Europie.

Dla nas najważniejsze pozostaje pytanie, co zmieni się w polityce wobec Polski. – Joe Biden nie zmieni wszystkiego w amerykańskiej polityce; tam, gdzie będzie to korzystne dla Amerykanów, jak np. sprzedaż Polsce reaktora atomowego, na pewno tego nie odpuści. I zapewne przeprowadzi redukcję sił amerykańskich w Niemczech. Ale czy to będzie oznaczało zwiększenie sił amerykańskich w Polsce? – zastanawiał się w rozmowie z GN prof. Lewicki.

Trump (nie) musiał odejść

Czy Ameryka pożałuje, że Donald Trump nie został wybrany po raz drugi? Wielu Amerykanów nie może mu zapomnieć, że był przyczyną wielu napięć i podziałów, głównie przez język, jakiego używał. Ale jego przeciwnicy robili często to samo, tyle że w białych rękawiczkach. Bo jak inaczej nazwać wielotygodniowe kampanie w największych telewizjach, mające utwierdzić Amerykanów w podziałach rasowych i klasowych. Najlepszym przykładem była działalność ruchu Black Lives Matter, z którym nie chciała utożsamiać się spora część Afroamerykanów ze względu na uliczne burdy. Nie da się ukryć, że to wszystko było obliczone na osłabienie szans wyborczych Donalda Trumpa.

Można mieć wiele zastrzeżeń do (prawdopodobnie) odchodzącego prezydenta. Ale nie można odmówić mu tego, że nadał nowy, niepowtarzalny rys amerykańskiej prezydenturze, a zarazem w wielu punktach przywrócił dobre, sprawdzone amerykańskie przepisy na sukces, co odczuli zwłaszcza zwykli Amerykanie, prowadzący własne biznesy rodzinne. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Jacek Dziedzina

Dziennikarz działu „Świat”

W „Gościu" od 2006 r. Studia z socjologii ukończył w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Pracował m.in. w Instytucie Kultury Polskiej przy Ambasadzie RP w Londynie. Laureat nagrody Grand Press 2011 w kategorii Publicystyka. Autor reportaży zagranicznych, m.in. z Wietnamu, Libanu, Syrii, Izraela, Kosowa, USA, Cypru, Turcji, Irlandii, Mołdawii, Białorusi i innych. Publikował w „Do Rzeczy", „Rzeczpospolitej" („Plus Minus") i portalu Onet.pl. Autor książek, m.in. „Mocowałem się z Bogiem” (wywiad rzeka z ks. Henrykiem Bolczykiem) i „Psycholog w konfesjonale” (wywiad rzeka z ks. Markiem Dziewieckim). Prowadzi również własną działalność wydawniczą. Interesuje się historią najnowszą, stosunkami międzynarodowymi, teologią, literaturą faktu, filmem i muzyką liturgiczną. Obszary specjalizacji: analizy dotyczące Bliskiego Wschodu, Bałkanów, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, a także wywiady i publicystyka poświęcone życiu Kościoła na świecie i nowej ewangelizacji.

Kontakt:
jacek.dziedzina@gosc.pl
Więcej artykułów Jacka Dziedziny

 

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zobacz także