Nowy numer 49/2020 Archiwum

Opowiem Wam o Antosiu

Antoś jest dzieckiem kochanym i chcianym do samego końca, dzieckiem, które pokonała choroba, a nie dzieckiem, zabitym przez rodziców. A ja dziś jestem matką, która straciła dziecko, a nie matką, która je zabiła.

Chciałabym Wam dziś opowiedzieć historię Antosia. Antoś to jeden z tych "potworków", tych "brzydkich, strasznych" dzieci, których zdjęć tak dużo dziś można znaleźć w Internecie. Antoś to dziecko z Zespołem Edwardsa. A zespół Edwardsa to straszna choroba genetyczna, w wielkim skrócie powodująca, że dzieci nie posiadają różnych narządów czy części ciała i żyją najwyżej kilka godzin, rzadko dni po porodzie. Antoś to mój Synek.

Możecie sobie wyobrazić, jak straszny to moment, kiedy matka dowiaduje się o tak okropnej wadzie u dziecka, które nosi pod sercem. A od lekarza nie dostaje nic więcej niż zalecenie aborcji. Nie ma żadnej konsultacji medycznej, nie ma rozmowy z psychologiem, nie ma żadnej propozycji wsparcia - jest tylko karteczka ze skierowaniem na zabieg. Tego właśnie doświadczyłam. I paradoksalnie, kiedy prawo dopuszczało różne możliwości w takiej sytuacji, nie przedstawiono mi żadnej alternatywy. O możliwość dokonania swojego wyboru musieliśmy razem z mężem walczyć. Wyboru, który zakładał życie dla naszego chorego dziecka. Innej opcji nie było. Przecież chodziło o naszego malutkiego syneczka… Ale lekarze tego nie rozumieli. Wszyscy, do których trafiałam, namawiali do aborcji. Do dziś nie rozumiem dlaczego. Bali się prowadzenia trudnej ciąży? Nie mieli ochoty uczestniczyć w takim mało radosnym porodzie? A może nie chcieli, by nasze dziecko zasiliło statystyki śmiertelności noworodków? Nie wiem. Musieliśmy sami szukać lekarzy, którzy chcieliby nam pomóc.

Posłuchaj niezwykłej historii o Antosiu:

#4 Adwent 2019 z gosc.pl Na co czekamy? Bałam się, że umrę. Prosiłam: Jezu, Ty się tym zajmij
Gość Niedzielny

I znaleźliśmy. Wspaniałych ludzi, dla których dziecko z Edwardsem, to wciąż dziecko, które ma prawo żyć. Ci lekarze opiekowali się nami w ciąży, a potem skierowali do szpitala, gdzie mogłam Antosia spokojnie urodzić, z poszanowaniem Jego i mojej godności.

Antosia nie ma dziś z nami. Urodziłam go już martwego, choroba nie dała mu żadnych szans. I pytacie teraz pewnie czy warto było przechodzić przez kilka miesięcy tak potwornego stresu i niezwykle traumatyczny poród. Co za różnica, w jaki sposób dziecko umarło skoro i tak nie miało szans na przeżycie? Powiem Wam. Otóż Antoś jest dzieckiem kochanym i chcianym do samego końca, dzieckiem, które pokonała choroba, a nie dzieckiem, zabitym przez rodziców. A ja dziś jestem matką, która straciła dziecko, a nie matką, która je zabiła. Gdybym znalazła się jeszcze raz w tak rozpaczliwej sytuacji, zrobiłabym dokładnie tak samo. Mimo wszystko. I znam naprawdę wiele kobiet, które mają za sobą o wiele straszniejsze historie niż ja. I żadnej z nich nie spotkacie dziś w protestach przeciwko czwartkowemu orzeczeniu TK. Każda z nich, mimo swoich strasznych doświadczeń, opowiada się za życiem. Nie zastanawia Was dlaczego?

Drogie Kobiety, kochane Mamy. Nie walczcie dziś o prawo do zabijania, bo nikt takiego prawa mieć nie może. Nie ma nic gorszego na świecie niż zadawanie śmierci. Dlaczego oburzają nas morderstwa, o których słyszymy w mediach? Dlaczego nikt nie myśli o zabiciu dziecka czy dorosłego, który stał się niepełnosprawny w wyniku wypadku, a domagamy się zabijania chorych dzieci w łonie matek? Nie ma większego zła niż zadawanie śmierci. Kto się dopuszcza tego zła, sam gotuje sobie piekło, już tu na ziemi. Nie czyńcie sobie tego. Nie obciążajcie swoich sumień. Te wszystkie biedne dzieci, których straszne zdjęcia, krążą dziś po sieci, w przeważającej większości nie dożywają porodu, a te którym się to udaje, umierają chwilę po nim. Nie są więc w przyszłości ani obciążeniem dla rodziców ani dla państwa. A trauma ciąży i porodu... cóż, według mnie, jest niczym w porównaniu z traumą zabicia swojego dziecka.

Dzieci z zespołem Downa, których jest najwięcej, a które do tej pory też można było abortować, są przeważnie wielką radością dla swoich rodziców. I większość z nas uśmiecha się na widok ich uśmiechniętych buziek. A inne dzieci niepełnosprawne, które przez całe życie takie pozostaną? W tym właśnie momencie pojawia się prawdziwy problem. I to, o co tak naprawdę powinniśmy walczyć. Drodzy Państwo, domagajmy się tego, by każda para, która dowie się o ciężkiej chorobie czy upośledzeniu swojego dziecka, była otoczona wszechstronnym wsparciem medycznym, finansowym, psychologicznym i społecznym. Walczmy o to, by rodzice wychowujący swoje chore i niepełnosprawne dzieci nie byli sami, a państwo gwarantowało im wszelką możliwą pomoc. Apelujmy o tworzenie profesjonalnych ośrodków dla niepełnosprawnych i dokonanie zmian systemowych umożliwiających łatwiejszą adopcję takich dzieci. To jest jedyna słuszna droga. Droga, która pozwoli żyć tym, którym życie będzie dane i droga, która ocali nasze sumienia i naszą ludzką godność.

Sama mam trzy córki. Mam nadzieję, że one też kiedyś będą matkami zdrowych dzieci. Ale nie mam takiej pewności, bo choroba dziecka może dotknąć każdego z nas. Dlatego będę robiła wszystko, co w mojej mocy, żeby powyższe zmiany dokonały się w Polsce. Będę walczyła z całych sił właśnie dla moich córek. Po to, żeby jeśli kiedyś staną w obliczu dramatu posiadania nieuleczalnie chorego dziecka, otrzymały wparcie i każdą potrzebną im pomoc. I by nawet myśl im nie przeszła o aborcji. Bo śmierć nigdy nie jest rozwiązaniem.

***

Tekst pierwotnie ukazał się na profilu facebookowym autorki. Justyna Stolfik-Binda jest publicystką, serwisantką i reporterką Radia eM.

 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama