GN 48/2020 Archiwum

Migracja sąsiadów

Ukraińcy pracujący w Polsce są jedną z największych grup imigracyjnych w Europie. Dlatego ważnym zadaniem jest ich integracja w lokalnych społecznościach i otwarta rozmowa o wszystkich istniejących problemach.

Od kilku lat ich liczba systematycznie rośnie. Na podstawie danych operatorów komórkowych szacuje się, że obecnie w Polsce przebywa ok. półtora miliona Ukraińców. Nie są to wyłącznie pracownicy sezonowi, jak było na początku. Coraz większa ich grupa zostaje na dłużej, a część z nich zamierza osiedlić się na stałe. Nic bowiem nie wskazuje na to, aby sytuacja ekonomiczna na Ukrainie szybko się zmieniła. Rynek w Polsce będzie zaś stale potrzebował rąk do pracy. Ponad dwa i pół miliona Polaków wyjechało na Zachód i do kraju raczej nie wróci.

Różne kategorie pobytu

Ukraińcy przybywają do nas najczęściej na podstawie wizy i oświadczeń wystawianych przez polskich pracodawców o powierzeniu wykonywania pracy. Jeśli zostają dłużej, muszą się starać o zezwolenia na pobyt czasowy. Dokumentuje to karta pobytu, obok paszportu umożliwiająca pozostanie na dłużej w naszym kraju. Ukraińcy, z którymi rozmawiałem, skarżą się, że czas oczekiwania na decyzję administracyjną w sprawie tej karty trwa nawet do dwóch lat. W tym czasie są w stanie zawieszenia, gdyż nie mogą podpisać normalnego kontraktu, wynająć mieszkania czy w jakikolwiek inny sposób zalegalizować pobytu w naszym kraju. Kolejnym etapem jest procedura otrzymywania zgody na pobyt stały. Nie jest to proste. Cudzoziemiec może się o to starać dopiero po kilku latach i zdaniu egzaminu z języka polskiego. Z tego obowiązku zwolnieni są posiadacze Karty Polaka oraz osoby mające polskich współmałżonków, a także ich dzieci.

Szacuje się, że nieco ponad 47 proc. spośród przebywających u nas Ukraińców podejmuje pracę sezonową i po kilku tygodniach wraca do siebie. Część z nich pracuje w szarej strefie, nie płaci podatków. Najczęściej wynika to jednak z postawy polskiego pracodawcy. Ukraińcy często nie orientują się we wszystkich obowiązujących u nas procedurach. Myślą, że posiadanie oświadczenia pracodawcy załatwia wszystkie formalności legalizujące ich pracę. Osobną kwestią jest rola nieuczciwych pośredników, nieraz żerujących na niewiedzy czy naiwności tych, których zachęcają do pracy w Polsce. Pracownicy sezonowi w minimalnym stopniu zasilają nasz budżet. Żyją skromnie, a zaoszczędzone pieniądze wymieniają na walutę i zabierają ze sobą do domu. Korzyści z ich pracy mają głównie zatrudniający ich przedsiębiorcy.

Jednak coraz większa grupa Ukraińców zostaje u nas na stałe i wiąże z tym nadzieje na przyszłość. Po jakimś czasie sprowadzają rodziny, a nawet sprzedają posiadane na Ukrainie nieruchomości, aby nabyć mieszkanie w nowym miejscu czy zainwestować w kształcenie dzieci. Blisko pół miliona Ukraińców pracuje już na podstawie legalnych umów pracowniczych, płaci podatki oraz ZUS. Mają także prawo do różnych zasiłków: macierzyńskiego, chorobowego czy opiekuńczego. Pandemia nie spowodowała ich masowych wyjazdów, chociaż wielu straciło pracę i znalazło się w trudnej sytuacji. Wyjeżdżali najczęściej ludzie samotni, pozostawali ci, którzy sprowadzili rodziny.

Brakujące ręce do pracy

Ukraińcy na pobyt czasowy wybierają przede wszystkim wielkie aglomeracje miejskie, gdzie znajdują zatrudnienie w przemyśle i usługach. Największe ich skupiska to województwa: mazowieckie, pomorskie, małopolskie, śląskie i dolnośląskie. Są tam zatrudniani – poza usługami, budownictwem czy transportem – w dużych przedsiębiorstwach, powstałych w strefach przemysłowych wielkich miast. Kiedy polscy pracownicy, szukając lepszej płacy i warunków do życia, wyjechali na Zachód, wiele z tych firm stanęło wobec zagrożenia zamknięcia produkcji z powodu braku rąk do pracy. Pracownicy z Ukrainy nikogo więc nie wypierają z polskiego rynku pracy, ale łagodzą deficyt siły roboczej. Najczęściej są opłacani według stawek minimalnych. Nieco lepiej zarabiają zatrudnieni w logistyce i transporcie, gdzie spora grupa osiąga stawkę od 15 do 20 zł za godzinę. Na podobne wynagrodzenie może także liczyć część pracujących w budownictwie. Najgorzej opłacane są osoby zatrudniane w rolnictwie. Spora część przybyszów z Ukrainy mieszka w hostelach, nieraz o bardzo niskim standardzie, po kilka osób w jednym pomieszczeniu. Widziałem takie miejsca. W niewielkich pokojach stały rozstawione piętrowe łóżka. Wszędzie suszyła się bielizna. Toaleta była wspólna dla wszystkich. Wszystko po to, aby było taniej.

Pracownicy z Ukrainy cieszą się w pracy opinią pracowitych i zdyscyplinowanych, gorsza jest o nich opinia w miejscach zamieszkania. Skupiska młodych, samotnych mężczyzn, zresztą nie tylko Ukraińców, bywają bardzo uciążliwe. Zwłaszcza gdy jedyną rozrywką jest alkohol, pomagający przełamać izolację i zagłuszyć doskwierającą wielu samotność. Biorąc jednak pod uwagę skalę zjawiska ukraińskiej migracji, problemów i konfliktów jest stosunkowo niewiele. Warto dodać, że wielu pracowników z Ukrainy nie pracuje zgodnie ze swym wykształceniem i kwalifikacjami. Jest paradoksem, że w sytuacji, kiedy codziennie słyszymy o brakach w służbie medycznej, grupa ukraińskich lekarzy i wykwalifikowanych pielęgniarek pracuje w zawodach, gdzie nie potrzeba żadnych kwalifikacji. Oczywiście ich zatrudnienie wymagałoby nostryfikacji dyplomów oraz dobrego opanowania języka polskiego. Nie słyszałem jednak, aby podjęto działania, aby takie procesy uruchomić.

Potrzebują duchowego wsparcia

Odrębnym problemem jest zapewnienie pracującym i mieszkającym u nas Ukraińcom opieki duszpasterskiej. Przyjeżdżają do nas najczęściej prawosławni, ale nie brakuje także grekokatolików. W przypadku tych ostatnich mogą liczyć na wsparcie parafii greckokatolickich istniejących tam, gdzie żyje mniejszość ukraińska w Polsce. Nie zawsze jednak sieć tych placówek pokrywa się z kierunkami migracji. Dlatego do pracy wśród swoich rodaków przyjechało do Polski kilkunastu księży greckokatolickich. Było to dla nich wielkie wyzwanie. Dla nas często też, gdyż świadomość, że na Ukrainie istnieje liczny Kościół katolicki obrządku wschodniego, stanowiący integralną część Kościoła powszechnego, wcale nie jest wielka. Do tego dochodzą problemy bytowe, gdyż kapłani greckokatoliccy najczęściej są żonaci. Dłuższy pobyt w Polsce oznaczał dla nich rozłąkę z rodziną, a jej sprowadzenie wymagało zatroszczenia się o jej byt materialny. Każdy z tych kapłanów musiał podjąć pracę w różnych zawodach, aby zdobyć środki na utrzymanie. Niektórzy uczą religii dzieci ukraińskie w szkołach, ale muszą się na to zgodzić rodzice. Problemem jest także duże rozproszenie wiernych. Nie wszyscy wytrzymali te warunki, część po kilku miesiącach wróciła na Ukrainę.

Jednym z tych, którzy pozostali, jest ks. Wołodymyr Lytwyniw z diecezji tarnopolskiej. Przyjechał trzy lata temu na zaproszenie bp. Włodzimierza Juszczaka, ordynariusza wrocławsko-gdańskiej diecezji greckokatolickiej. Wraz z żoną i dwojgiem dzieci zamieszkał w Katowicach. Pracuje w Dziale Sprzedaży „Gościa Niedzielnego”. Duszpasterstwem zajmuje się w czasie wolnym. Jego „parafią” jest całe województwo śląskie. Posługuje w trzech punktach duszpasterskich – w parafii pw. Wszystkich Świętych w Gliwicach, gdzie już od 40 lat działa greckokatolicki punkt duszpasterski dla wiernych narodowości ukraińskiej, w parafii św. Jacka w Sosnowcu oraz św. Krzysztofa w Tychach. Tamtejsi proboszczowie wyrazili na to zgodę i wydzielili na potrzeby grekokatolików boczne kaplice bądź dolne kościoły.

Ze swoimi wiernymi ks. Wołodymyr kontaktuje się telefonicznie oraz przez media społecznościowe. Wspiera go ks. Andrzej Zaleski SVD, Polak, werbista obrządku wschodniego dobrze znający język ukraiński, gdyż niegdyś pracował wśród grekokatolików w Kaliningradzie. W katowickiej parafii garnizonowej posługę dla grekokatolików sprawuje przeor klasztoru augustianów w Krakowie, birytualista o. Szymon Jankowski OSA.

Fenomenem ukraińskiego greckokatolickiego duszpasterstwa migracyjnego w Polsce jest objęcie nim także prawosławnych. Ponieważ wielu pracujących na Śląsku Ukraińców pochodzi ze wschodniej i centralnej części kraju, najczęściej są wyznania prawosławnego. Na miejscu mają prawosławną parafię w Sosnowcu i część z nich tam uczestniczy w Liturgii. Inni korzystają z posługi ks. Wołodymyra. Dla niego ta sytuacja nie jest niczym niezwykłym. Podkreśla, że chce służyć pomocą duchową wszystkim, którzy tego potrzebują, bez różnicy konfesji. – Kiedy wrócą do siebie, to znów rozejdą się do swoich kościołów, ale tutaj, gdy nie mają takiej możliwości, chętnie przychodzą na nasze nabożeństwa odprawiane w znanym im rycie i obrządku – podkreśla. Udzielał także chrztu dzieciom urodzonym w prawosławnych rodzinach. Na wschodnią Liturgię przychodzą także Polacy, łacinnicy, co można poznać po sposobie żegnania się, odmiennym aniżeli u chrześcijan wschodnich. – Zawsze są mile widziani, gdyż budują świadomość przynależności nas wszystkich do jednego Kościoła katolickiego, chociaż różnych obrządków – mówi ks. Wołodymyr.

Wyzwań wiele

Inną stroną zagadnienia pracy cudzoziemców w Polsce są zachodzące u nas procesy demograficzne. Według prognoz ONZ liczba ludności w Polsce w tym stuleciu zmniejszy się z 38 do 24 mln. Dane GUS zdają się potwierdzać trafność tej prognozy. Przyrost naturalny w 2019 r. był nie tylko ujemny, ale w ogóle najniższy od II wojny światowej. Urodziło się zaledwie ok. 375 tys. dzieci, a liczba zgonów sięgnęła ok. 410 tys. Przypomnę, że w latach 50. ubiegłego wieku rodziło się w Polsce 700 tys. dzieci rocznie. Jesteśmy więc skazani na otwarcie się na innych chociażby po to, aby gospodarka mogła normalnie funkcjonować i nie zawalił się system opieki społecznej i emerytalnej.

Musimy się jednak liczyć z konsekwencjami tego procesu. Część z pracujących u nas Ukraińców oraz innych cudzoziemców zechce zostać na stałe. Ich dzieci będą miały szanse otrzymać polskie obywatelstwo. Wymaga to systemowych rozwiązań w skali kraju oraz na szczeblu władz samorządowych. W jakimś stopniu to się już dzieje. Można wskazać wiele miejsc, gdzie oddolne inicjatywy pozwoliły miejscowym nawiązać dialog z cudzoziemcami i poznać się z ich nowymi sąsiadami.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Andrzej Grajewski

Dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, kierownik działu „Świat”

Doktor nauk politycznych, historyk. W redakcji „Gościa” pracuje od czerwca 1981. W latach 80. był działaczem podziemnych struktur „Solidarności” na Podbeskidziu. Jest autorem wielu publikacji książkowych, w tym: „Agca nie był sam”, „Trudne pojednanie. Stosunki czesko-niemieckie 1989–1999”, „Kompleks Judasza. Kościół zraniony. Chrześcijanie w Europie Środkowo-Wschodniej między oporem a kolaboracją”, „Wygnanie”. Odznaczony Krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice, Krzyżem Wolności i Solidarności, Odznaką Honorową Bene Merito. Jego obszar specjalizacji to najnowsza historia Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, historia Kościoła, Stolica Apostolska i jej aktywność w świecie współczesnym.

Kontakt:
andrzej.grajewski@gosc.pl
Więcej artykułów Andrzeja Grajewskiego

Zobacz także

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się